czwartek, 6 grudnia 2007

Zasłona Dymna

Cóż za lud dziwnie jedyny!
Cóż za orłowe postaci!
Niedarmo drżały niziny
Szepcące o nich:”skrzydlaci”...”
[W. Orkan]

Wiele lat temu podczas pobytu w Tatrach wybrałem się wraz z towarzystwem na Orlą Perć, to nie był mój pierwszy raz! Założeniem było przejście uzupełnienie odcinka od Koziego Wierchu do Przełęczy Krzyżne. Nic innego jak turystyczna ambicja. Naszą bazą noclegową, było schronisko imienia Ludwika Zejsznera. Mimo braku komfortu było wspaniale. - Często przy wspominkach lubimy koloryzować, wypierać, to, co niegodne pamięci, a z czasem mówić o przeszłości jak o mitycznej idylli, w której realizowała się nasza młodość, zamazując narrację w jeden bezwarunkowy czas naszej sentymentalnej tożsamości. - W schronisku jak zawsze panował tłok, spaliśmy, więc na podłodze, to pewnego rodzaju egzotyka, ale bez przesady, już będąc nastolatkiem sypiałem w czasie rozmaitych podróży, a to pod kasą kolejową w Krakowie, a to w lesie gdzie wyściółką legowiska były gałęzie świerku... Pogoda wiadomo w górach zwłaszcza w tych wyższych raz w porządku, innym razem nie pozwala wychylić głowy przez kilka dni. Stan taki może być niekorzystny, kiedy nasze zapasy żywnościowe, nie maja przewidzianej większej rezerwy. - Bufet schroniskowy do tanich nie należy, patrzyliśmy, więc na to jak za oknem pada deszcz, jak w środku izby turyści napychają się fasolką po bretońsku, flakami z olejem czy jajecznicą na bekonie. Jeśli chodzi o sanitariat, każdy miał w tym miejscu przeboje. Po otwarciu drzwi ustępu, następował szok trzeba było wypionować się na piętach i krokiem Pinokia podążyć po zalanej moczem posadce, aż do ściany płaczu, zżartej przez ogromnego grzyba. Kuśtykało się na bezdechu, sznurówki nie mogły być luźne, niczego nie można było dotykać!

Po kilku dniach wreszcie pogoda, słońce rozświetliło Dolinę Pięciu Stawów Polskich, na, tyle, że wszystko, co marne poszło w niepamięć. Nawet próbowałem, ten sposób myślenia, związany bardziej z nastawieniem na naturę niż cywilizacje przeszczepić obcokrajowcowi, który biedny przeskakując z nogi na nogę, prosił mnie o pomoc, abym zdradził mu gdzie ukryte jest miejsce, w którym będzie mógł zaznać ulgi. W lesie, w kosówce – In the forest! - Odpowiedziałem. Nie mógł pojąć, w czym rzecz. Potem na werandzie widokowej schroniska podszedł do mnie z uśmiechem i potwierdził, to, co wcześniej próbowałem mu uświadomić. - Yes Dablju Si in the forest! Odkrycie Ameryki! Ale tego nie wie się od razu, nie dowiemy się o tym z katalogów reklamujących Polskę.

Jest cale multum ikon wskazujących na idylliczność rzeczywistości. Każdy z nas rozpycha się rękoma i kopie nogami, bo ktoś-coś tam obiecał! Zapewniano – Bądź z nami, opłaci się! Rozwiniesz się, zaznasz bezpieczeństwa, firma ciebie potrzebuje, grupa kocha. Tyle jest możliwości, można podnieść kompetencje, uczyć się, wdrażać w czyn nowe projekty. Państwo pomoże, kościół wesprze, partia wylansuje... Jak w poradniku zwiedzamy wodospad Siklawę, będzie i czas żeby pójść w górę, wierze w to, wyciągam rękę, na tle dłoni widzę szczyty Granatów. Czemu nie miał bym skorzystać? Przecież, to pikusie, teren turystyczny, trudności w skali tatrzańskiej dwa no góra trzy, żadnych lin, łańcuchów, nie trzeba, chodzi o czystą satysfakcje bycia na grani. Przecież coś człowiekowi od życia się należy!

Przybijam pieczątkę schroniska Nowa Przetoka. Mam plecak, wrzątek za darmo, jeśli trzeba będzie odremontuje się przed wizytą ulice, wymaluje trawnik na zielono, chwyci za bron, żeby sobie w patriotycznym uniesieniu pobaheterować. I wreszcie odpoczynek balanga przy butelce wódki. Karnawał z maskami na twarzy jak w rozkładówce playboya, ksiądz, pop-dyrektor, pastor czy przewodniczący, wszyscy jak jeden mąż, trzeba dawać ciała żeby żyć. Mgła pobratymców!

„... gdzie księżycową nocą,
Cień śpiących Tatr długą się smugą kładzie.
Gdzie blaski mdłe na jezior tle migocą.
A iskier pęk na srebrnej gra kaskadzie!”
[L. Rydel]

Żeby iść w górę do celu, po to tu przyjechaliśmy, później wrócimy do miast, do cywilizacji, powspinamy się jeszcze w Kluczowodach i Bolechowicach, wywołamy zdjęcia, coś z niczego się narodzi. Maniek cóż, odpadł, zarżnął się piwem, odparzył nogi, a przecież już się klarowało. Tyle jego, że ujrzał Wielką Niedźwiedzicę, tuż przed jej zgonem, przenosinami z Tatr do Gucwińskich, osierocone potomstwo, które później błąkało się po Wrocławiu. Do góry marsz! W stronę Przełęczy Krzyżne, podzieliliśmy się na dwie grupy. Ekipa pierwsza trzy osoby maszerująca bezpośrednio w stronę przełęczy i ja solo udający się w stronę Koziego Wierchu, a stamtąd przez Granaty do Krzyżnego. Było nie było wszyscy czuliśmy się pewnie.

To względne uczucie, kiedy człowiek myśli, że jest tak jak być powinno. Chcą nas, kochają, lubią, dają szanse, nic tylko brać! Frajer by nie korzystał, albo leń, który nie chce kiwnąć ręką. Robota, kariera, płaca godna kompetencji, dobre społeczne relacje, przydatność. Wszystko jak wyświetlają w reklamach, pełne zaufanie, emerytura, ochronka. - Tyle można! Ten, kto się waha potknie się o sznurówkę i padnie twarzą w posadzkę przed ścianą płaczu. A jest do licha i trochę! - Pracownia filmowa, rzeźby, pionier misji globalnej, szkolenie na astronautę, oprawianie obrazków z Maryjką, luksusowe warunki pracy, a nad wszystkim trzyma dozór kompetentna kadra kierownicza. Wejście pod Kozi Wierch od strony Doliny Pięciu Stawów, to nic szczególnego, nie było wiec żadnej rutyny, w samotnym wędrowaniu. W życiu nie wszystko robi się razem? A może ja tak myślę, a większość woli masówkę, wycieczki nad Morskie Oko liczące sobie 666 uczestników? Każdy musi wybrać, kiedy i w jakiej sytuacji razem lepiej czy samemu. Na wierchu przyjemnie, w dole schronisko, nad głową z wolna suną chmury, kozic jednak tu się nie zobaczy, za duży ruch, każdy przecież chce zaliczyć Orlą Perć, indywidualnie wpisać się w masowy rozgardiasz, taka moda trzeba być oryginalnym jedynym w swoim rodzaju. Znaki, szlaki i co tam jeszcze latanina w jedną stronę, zwiedzający giną, spadają w otchłań. Szarik zjada swoją kitę.

Granacka Przełęcz (2145) – W początku lata niebezpieczny śnieg. Zszedłszy nieco na stronę Doliny Pańszczycy wykonuję powietrzny trawers w urwisku Orlich Turniczek (2155) A potem przez spiętrzenie Orlej Baszty (2175)- idę szlakiem mijając wierzchołek.- Dobra pogoda zmieniła się w mgłę, widocznie jestem w chmurze? Brnę mimo wszystko dalej! Osiągam dwunastometrowy kominek i nim schodzę na Pościel Jasińskiego (2125). Trzymając się w pobliżu grani, perć prowadzi...?

Partia chce naszych składek. Skąd możemy wiedzieć, czy ci, którzy deklarują miłość i przyjaźń, nie potrzebują nas do zaspokojenia swoich potrzeb? Żaden folder informacyjny czy reklama nie oznajmi nam, że towar w sklepie jest wybrakowany, że prezes firmy wykorzystuje pracowników, nie płacąc im na czas. Kapłani oczekują zaangażowania, abyśmy ślepo wierzyli w ich słowa, płacili myto na ich potrzeby. Wszystko jest wybiorcze, pomoc doraźna, wyrachowana. Pomagacze, chcą profitu. Stajemy się niewolnikami, bo ktoś kupił nas za mieszkanie, pracę, fantasmagorię kariery, później zakładamy powróz i jazda ciągnąc furę, w kondukcie żałobnym.

Nie ma wizji, nie ma celu, ktoś wrzucił w tłum racę, nie wiadomo gdzie jest północ, gdzie południe, ktoś się o nas obija, popycha. W płucach gryzący dym. Pełno tego, żeby nic nie było widać, trzeba wszystko ukryć, na zewnątrz i w środku. Szczerząc zęby dla niepoznaki, stajemy się kłamcami.

Wszystko na nic, grubo deszcz zacina. Nawet nie ma sensu ryczeć o pomoc, nikt by nie usłyszał. Wspięło się, pora zejść; po omacku, ale jednak! Najpierw przez półki, potem przez ścianki, żlebami? Intuicyjnie w stronę doliny, aż dojdzie się pod strzechę. - Chwilami pełno rumoszu. Przezornie, żeby nie skręcić nogi. Granit śliski! Zadanie dla rąk i nóg, zygzakiem w dół. Nic tu po mnie!

Wojtek Krzysiek i Robert, w schronisku, pewnie siedzą przy stole i jedzą gorący kisiel. Oni też poczuli dupnięcie. Szkoda Orlej! Żal Krzyżnego, tyle dni tu kiblowaliśmy i nic! Kiedyś się jeszcze spróbuje, nie można mieć pretensji do świata natury. - Jeśli coś będzie nie tak... W Szatanim Żlebie diabeł strzeże cennych kruszców rażąc śmiałków kamieniami! Po kilku godzinach marszu trafiłem na szlak schodzący z Przełęczy Krzyżne ku Nowej Roztoce. Byłem w domu, tęsknił mi się wrzątek i ciepło izby, w której snują się biesiady przy zapalonych zniczach. Byłem ciekawy, w jaki sposób pierwsza ekipa rozegrała scenariusz po przeciwnej stronie szlaku. Gdyby tylko chodziło o mokre ubrania.

W orlich opowieściach zawsze dobrze! Hardzi wyszliśmy z Doliny Pięciu Stawów, być może, dlatego, że wzlatamy odpada, więc chodzenie na piętach ku potrzebie! – Wiążę sznurowadła - Logo Zimowej Stolicy Olimpijskiej z wielgachnie długim nosem Pinokia.

czwartek, 27 września 2007

Czas Wdrożenia?

W nauce jak w życiu, ludzie pragną żeby wszystko było ponazywane, stałe, swojskie i bezpieczne. W fizyce klasycznej mamy bardzo ważne trzy zasady Newtona. - Sprawdzają się oczywiście, ale czy zawsze mamy do czynienia z oddziaływaniem na siebie tylko I wyłącznie dwóch ciał? Normalnością są poduszki powietrzne, kostki hamulcowe, krzyże stojące wzdłuż dróg z pochodną postępu, którą należy przyjąć z pochyloną głową. Koncerny mają swoją taktykę niby zależy im na bezpieczeństwie, ale nad tym wszystkim i tak góruje lobby pieniądza. Do momentu, kiedy nie będzie potężnego ciśnienia, nic się nie zmieni, paliwem nadal będzie: ropa, gaz, węgiel; karoserie będą rdzewieć i giąć się pod byle naporem. Rosja będzie sięgać pod Biegun Północny, a Stany Zjednoczone do Iraku.

- Lęk jest zawsze psychiczny, bo fizyczny w tak krótkim czasie działania 0,02 – 0,01 sekundy, jest przez percepcję ludzką nie do zauważenia. Po prostu rozpędzasz pojazd do 50 km/h. I uderzasz nim w ścianę, ogląda, to wszystko przeszło setka osób, są media, goście zagraniczni, tajne służby. - Nie zapinamy pasów, testujemy nowe urządzenie, zderzak, który wywołuje opór świata nauki. Dziewięćdziesiąt procent energii kinetycznej zostaje przechwycona, skierowana w innym kierunku. Nie ma rezultatu zgniotu, nie trzeba nożyc do rozcinania karoserii. Kierowca jest żywy, zdolny do kolejnych pokazów.

- Zderzak Łągiewki, to dopiero początek autor nie wie, ile, to wszystko będzie go kosztować. Jest przecież „NIKIM”, lub jak inni wolą czarodziejem czy majsterklepką z prowincjonalnych Kowar! Wykształcenie, jakie posiada dla doktorów, inżynierów, sztabów urzędniczych jest żadne. Raptem wymęczył jakieś tam liceum, więc tak naprawdę nie ma, o czym mówić, nie zachodzi potrzeba...

- Trzy masy, inne zjawiska, procesy. W tym przypadku Newtona, nie zastosujesz, a obiektów może być nieskończenie wiele. Nie rozumiem, dlaczego fizyka nie poszła w tym kierunku, przegapiono bardzo proste rzeczy. – Tak myślę! Jak ja, taki prostak mogłem na to wszystko wpaść? - Od lat młodości kombinuję i myślę, najpierw miałem swoje laboratorium, potem zająłem się mechaniką; ta gałąź fizyki szczególnie mnie pociąga. Nie zaliczam się ani do teoretyków, ani do ścisłej grupy praktycznej. Czasem zanim coś się wymyśli, trzeba wyprowadzać wzory, układać fizyczne łamigłówki, potem przychodzi kolej na eksperymenty.

- Wiele rozgłosu o nic! Ucichnie lub szybko zgnije jak grzyby w lesie. Media zawsze są podekscytowane nieprawdopodobnymi historiami, a zderzaki są wadliwe i nigdy nie wejdą w użycie, nie ma odpowiedniej naukowej dokumentacji, nikt tego z zewnątrz nie badał. Potrzeba autorytetów, aby w nauce uznać coś za obowiązujące!

- Pokaz z 21 listopada 1998 roku, to dopiero początek. Od tego momentu zaczęła się tak zwana akcja zaczepna. Ford wystosował do mnie ofertę, abym za pewną kwotę zrzekł się wszelkich praw do wynalazku. Daewoo, też zainteresowane, postulowało, że owszem zajmie się badaniami, lecz o żadnych wynikach mnie nie poinformuje. Zrozumiałem, że wiele liczących się podmiotów, pragnie schować do szuflady, wszystko, co wiąże się z zagadnieniem odprowadzania sił bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Pojąłem, że nic szybko się nie stanie, że dla przebicia się z ideą, jej dobra, wcielenia jej w życie trzeba obrać metodę małych kroków. Stałem się ostrożny. Przed Nami Rewolucja!

- Ten odkrywca, no jak on mieszka. Rodzina jego boryka się z problemami, a on lekkoduch wymyśla perpetuum mobile. Żona i dzieci, wierzą w niego czy nie wierzą? Bieda, bezrobocie w domu, telefon odłączony, dodzwonić się nie można! Chłop w kilku koszulach biega, to ma być przyszły noblista? Zrobił wielki szum w Kowarach i myśli, że mu wszystko wolno, takich, to powinni zamykać, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy.

- Ogromny udział, pomoc w przecieraniu szlaku, w zrywaniu zasłon i uprzedzeń, skostnienia, ma mój przyjaciel z Krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej profesor dr hab. Stanisław Gomuła. To on jako jeden z pierwszych potraktował moje odkrycia poważnie, zgodził się przyjrzeć testom, przeprowadził analizy, pomiary, badał na Katedrze Maszyn i Urządzeń Energetycznych zjawiskowość nowego zagadnienia. Na pewnym etapie pomogła mi też Politechnika Poznańska, wykonano potrzebne modele i za to dziękuję, bo w innych placówkach naukowych natrafiłem na intelektualny beton. Wrocław uważał mnie za szarlatana, studenci pisali pracę magisterskie, a na oczy mnie nie widzieli, czerpali wiedzę z internetu – Ignorancja!

- Spotkałem tego dziwaka w czerwcu 2001 roku, w „Klubie Stajnia”, nawet z nim polemizowałem, ale on tylko ten zderzak, hamulec dynamiczny i tak dalej, a jak spytałem o procesy, to mi zaczął jak pętakowi wektory rozrysowywać na tablicy. Ja mam masę spraw do prowadzenia w rektoracie, wystarczająco wiele żeby sobie dać spokój z tego rodzaju historiami o cudownych samochodach, co to można z nich wyjść po kolizji bez szwanku.

- Wchodziłem w konflikty w kryzysy, a to problem natury teoretycznej, innym razem ktoś chciał zabrać mój patent, podpisywał się na dokumentach bez mojej wiedzy. Dla wytchnienia uciekałem w pracę nad pędnikiem i testami z hamulcem dynamicznym, tu mnie nie dosięgną, mogą obrzucać błotem, ale nie przyjdzie im do głowy być w nowych miejscach. To nie jest kwestia tworzenia, raczej odkrywania. W fizyce wszystko już istniejące, tylko trzeba, to odsłonić zrozumieć. W wypadku hamowania z zastosowaniem hamulca dynamicznego czas 0,5 – 1,5 sekundy, pozwala już odczuć, w czym rzecz. Jedziemy autem i podobnie jak w zderzaku stosujemy mechanizm odprowadzenia siły bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Gwałtownie stajemy, ale nie ma efektu wyrzucenia naszego ciała w przód, co więcej nawet, gdy szklankę napełnioną wodą, będziemy trzymali w ręce, to przy gwałtownym hamowaniu nie straci ona swej zawartości. To proste, hamulec i zderzak mogłyby ocalić setki tysięcy istnień ginących na drogach. Co do pędnika, odbiega ideą od wyżej wymienionych mechanicznych innowacji. Przedmiot ten, to nic innego jak uniwersalny silnik, prosty gabarytowo w porównaniu z obecnie istniejącymi. Większość pojazdów na świecie czy to samochody, czy statki, samoloty, potrzebują odpychać się od ziemi, wody czy powietrza, żeby skutecznie przemierzać przestrzeń. Problem, co w momencie, kiedy mamy cały ten skomplikowany mechanizm w postaci na przykład luksusowego samochodu, stojącego na idealnej tafli lodu? Otóż mimo silnika i paliwa, Bierny-Mierny-Wierny nie ruszy z miejsca, a przy zastosowaniu pędnika owszem będzie jechał. Energia hermetycznie zamknięta, zmagazynowana w silniku, wykorzystuje zderzenie klasyczne plus efekt Łągiewki, trzeba, to widzieć, na modelu żeby jasno zrozumieć, o co chodzi. Nie jestem w tym przypadku ścisłym nowatorem, podobne badania były już prowadzone, uważam, że trzeba je kontynuować. Pędnik wewnątrz siebie ma zmagazynowaną energię, która odpowiednio wykierowana puszcza obiekt w ruch. Nad tym pracowałem w Długołęce.

- Do czego, to można zastosować? Łągiewka za dużo generalnie myśli i mówi, przychodzą różni tam do niego, dzieje się, to bez żadnej kontroli. Niech WSI bezzwłocznie interweniuje. Przerwie dywagacje, przyjrzy się planom, może wykorzystamy, te zderzaki, hamulce i pędniki w armii? Temu profesorowi Gomule, też narzucić klauzulę – Ściśle Tajne! Zarekwirować cały sprzęt i papiery do naszych instytutów badawczych. I ostatnie, postraszyć dziennikarzy i zablokować wszelkie dane w internecie, żeby nie było żadnych wycieków. Sprawą powinien zająć się minister.

- Mgliściej, co raz tępiej, co raz mniej wiary w Polskę! Same przeszkody! Dla wielu ideałem byłoby gdybym nie istniał. Nie pozwolą człowiekowi normalnie pracować, wprowadzać wynalazki w życie. Zbyt ciasne horyzonty, średniowiecze w głowie. - Źle, tragicznie, bo samochody mniej się będą psuć, ludzie obejdą się w wielu wypadkach bez pomocy. - Mamona, wyrachowanie i strach, splatają całe gałęzie przemysłu. W Kowarach mógłby powstać zakład zderzaków, przecież jest bezrobocie, a pan minister proponuje mi warunki, na których więcej skorzystają urzędnicy niż sztab badawczy, wdrożeniowy czy zwykli ludzie. - Dobrze, że zwrócili przyrządy. Wstydzę się, ani ja, ani moja rodzina; synowie czy wnuk nie mogą liczyć na profit z pracy.
- Jestem na tropie nowości, nie porzucę zagadnień, które wiążą człowieka na całe życie?

- Wdrożenie, to mglista sprawa lepiej może pomyśleć jak unicestwić tę negatywną energię polskiej inercji, aby nam wszystkim nie szkodziła. Jak tu się realizować? Na około pęd do władzy, bonusy w oczach, pycha i nonszalancja. Szkoda życia! Najprawdopodobniej będzie tak; poczekają aż pan umrze, a wtedy położą ręce na całości lub wszystko ucichnie i będzie jak chce beton po staremu. Wydaje mi się, że lepiej „krowy” paść za granicą niż w Polsce być dyrektorem!


EUreka! – Optymalna opcja dla dotychczasowej budowy zderzaka! Teraz można uderzać samochodem w ścianę z prędkością 100 km/h. - Energii nie trzeba już zamieniać w ruch obrotowy, jak było do tej pory, to lepszy sposób mniej wadliwy. - Przemek skończył już AGH, będzie moim zastępcą. - Błąd polegliśmy na polskim rynku! Postanowiłem opatentować swój zderzak w Unii Europejskiej, z patriotyzmu wyleczono mnie elektrowstrząsami. - Warunki do rozwoju i pracy zapewnia mi niemiecka firma MFS, należąca, do Georga Piontka. Czekamy na zamknięcie procedury patentowej. W Iserohn, koło Dortmundu, powstają najnowsze modele i prototypy. Co jeszcze Otrzymuję, co miesięczną pensję i pełne wsparcie w pracach, załatwianiu spraw formalnych. Myśli moje i zajęcia koncentrują się na tym, co trzeba. Nie potrzebuje wielkich pieniędzy, uważam, że miło byłoby godnie spędzić starość. Zależało mi na interesie w Polsce, ale bardziej szanują mnie Hiszpanie, Niemcy, niż rodacy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: Jestem Europejczykiem i kocham swoją rodzinę!

- W środowisku naukowym zapadła głucha cisza, ale, to nie to samo milczenie, co kiedyś! Każdy chciał coś znaczyć, ugrać, przejechać się na plecach Lucjana Łągiewki.

środa, 19 września 2007

Miłość w przedziale 12/18

Narzeczony(a),który mieszka w innej parafii niż ta, w której spisuje się protokół przedślubny, otrzymuje specjalny dokument, który zanosi do kancelarii swojej parafii w celu ogłoszenia także tam zapowiedzi. Zapowiedzi ogłasza się przez wywieszenie informacji na tablicy ogłoszeń parafialnych przez 8 dni (dwie niedzielę i tydzień między nimi). Po ogłoszeniu zapowiedzi, należy dokument odebrać i zanieść do parafii, gdzie spisywany jest protokół przed ślubny.



- Jakie ty masz życiowe doświadczenia? Nie mówię, że jesteś głupi i nie wiesz ile jest dwa razy dwa, ale brak ci wiedzy pod tym względem.
- Pod jakim?
- Powiedzmy, życia i ogólnie!
- Przykłady, przykłady?
- Odpuściłeś sobie między innymi zajęcia z wychowania fizycznego! Przez głupi WF kiblujesz!
- Odbij! Nie zmuszaj mnie abym podrygiwał jak kretyn, za stary już na to jestem.
- Taki siłacz, wyjadacz z ciebie, a pajacyk cię blokuje?
- Nie chodzisz do mojej szkoły, to skąd możesz wiedzieć, co w niej się dzieje.
Ludzie mają już potomstwo, a tu jakiś włefista każe ci robić pajaca i kręcić fikołki, przecież to żenada!
- I co dzieciaci z Harvardem coś osiągną?
- Pewnie tak, nie wszyscy muszą być wykształceni, po studiach prawniczych.
- Albo ciebie z tym pijaństwem, któraś dziewczyna na dłużej zechce?
- Są takie, co chcą, pełno takich na około, a i w internecie wystarczy parę razy kliknąć i nie możesz się odgonić.
- Roksanka i ten twój najlepszy kumpel, co ci ją odbija darmozjad Walerianek?
- Prowokujesz, a przecież wiesz, że jestem nerwowy i ostatnio cię przepraszałem.
- Co może kolegami mnie swoimi postraszysz? Wszyscy się z ciebie śmieją, bo Walerian chodzi i opowiada pikantne szczegóły. – Ty no i wiesz, ja ją tego i psi!
- Mało mnie, to obchodzi, czy będę sam czy z dziewczyną.
- I widzisz, tu masz kolejną słabość, brak odpowiedniego podejścia do lasek.
- Co do Roksany, to był taki chamski paznokieć. Na sianko leciała, no może z początku nie, ale potem się rozbestwiła.
- Prawie wszystkie są takie, kochają zwierzęta: norki w szafie, jaguara w garażu i osła, który na to wszystko zarobi!
- Ty od razu myślisz, ze ja chcę mieć żonę. W przyszłości może tak, żeby mieć gębę, do kogo odezwać i ogólnie. No, ale wiesz, to jeszcze zależy jak będzie, bo jak nie będzie sianka, to, co znajdę sobie żonę narobię jej dzieci, a potem będę musiał iść na puszkach żyć, albo chodzić po hipermarketach i pytać się o pracę?
- Czyli co, Walerianowi nie dasz po mordzie?
- On I tak już nie raz nieźle wyłapał. Z Roksanką było very good, ale potem zaczęły się wypominki. Wiesz, że ja jej do kina nie chcę zabrać, do restauracji I nic nie mam jej do zaoferowania tylko siedzenie na ławce.
- Może chciała pospacerować po parku, pójść do Mc Donalda lub na jakąś piccę?
- To też, ale zauważyłem, że ona szybko się nudzi, ogląda się za innymi kasztanami, zmienia upodobania, a Walerian nie miał dziewczyny, więc mu ją odpuściłem.
-To było po tym jak wylądowałeś z tym skrętem jądra w szpitalu?
- No jakoś tak, pamiętasz oni mnie już wtedy zaakceptowali na zięcia. Jak wy wychodziliście, to oni przychodzili.
- A tego nam nie mówiłeś.
- To były moje sprawy, zaraz jak wychodziliście z odwiedzin, brałem komórkę, puszczałem do niej sygnał i za godzinę były ona i jej mamuśka.
- Ale mięso!
- No tak, ale potem rozbestwiła się, aż wreszcie Walerian odziedziczył spadek. On wcześniej miał same porażki. Jedną klientkę, to niby zdradzał. To potem sam, do niej przypucował, głupi kasztan, z tą historią. To było jeszcze do odkręcenia, no, ale on po pijaku esemesy wysyłał z przeprosinami, tyle, że nie na ten numer, co trzeba, tak się zapętlił. Potem z tego całego lamentu chodził przez cały tydzień jak zbity pies. A ja wtedy już z Roksanką chodziłem, on chciał pożyczyć pieniądze na nalewki, to mu moja była dała. Jeszcze się tak złożyło, że wtedy była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy!
- Pożyczył kasę i poszedł na Owsika?
- Pił sobie nalewki, palił papieroski, zadżumił się totalnie; do domu wrócił bez kurtki. Jacyś tam się przyplątali, chcieli go nawet z mostu zrzucić, zabrać buty, ale wzięli tylko kurtkę, podobała się im. Walerian był zrozpaczony, miłość w głowie, zamiast uciekać, dał się oporządzić jak frajer.
- Dostał kosza, bo mu nie zależało!
- Generalnie, to pechowiec, innym razem przez dwie zaproszone na imprezę panienki wylądował w szpitalu. Niby z huśtawki spadł.
- To wtedy jak miał ten ogolony łeb?
- Dokładnie wtedy.
- Ja myślałem, że on za karka robi, a tu patrz huśtawka.
- Nic innego jak imieniny Żółtego, zaopatrzone w nalewki, jakieś tam koleżanki przyszły, było git! Walerian dobrze się bawił, nawet próbował tam wyrywać jedną larwę, tyle,że mu przerwano.
- Co się stało?
- A do drzwi waliły gachy tych panienek. Grzecznie dzwonili i pukali, niby zaproszeni a jakże z piwami. No a Żółty wstrzymał Waleriana, który z nimi tam przez drzwi rozmawiał, żeby ich olał i udał, głupa, że niby nie słyszy i nie rozumie, w czym rzecz. - A tu wiesz, muza ryczy na cały blok widać, że balety pełną mordą.
- To wymówki nie ma!
- Głupi posłuchał! Mówiłem mu coś ty zrobił. A on swoje. - To kasztany, kasztany!
- I co?
- Następnego dnia, jak szli na poprawiny do Żółtego: PrFF! PrFF! – PRZEKOPKA!
- O kurcze!
- Żółtego, to tak lekko obili, Kula po mordzie parę razy dostał, Banderka, to samo, a Waleriana, to tak obkopali, że w szpitalu wylądował ze wstrząsem mózgu!
- Tak to jest można dostać wstrząsu mózgu za nie odryglowanie drzwi!
- Trzeba było jeszcze naściemniać jego matuli, że Walery spadł z huśtawki. Wiesz mamka w szoku, jakby jej powiedzieć prawdę, to zaraz na policję by zadzwoniła i jej syn jakby tylko wyszedł ze szpitala miałby powtórkę z rozrywki.
- Bis przekopkę!
- Albo kosę by mu ożenili, oni wiesz tam bardzo szarmanccy są. No i sam powiedz ja mam jeszcze takiego człowieka bić, za to, że poszedł w tany z moja byłą?
- A ona go chciała czy on ją?
- Siedzieliśmy kiedyś, na placówie, pożarci już na maksa, I tak sobie już wszyscy żartowali ja już miałem szczerze wszystko gdzieś, machnąłem ręką. I wtedy Walery wystartował do Roksany – Sypiesz się czy trzeba z tobą chodzić? A ona na to. – To zależy, z kim, jak i dlaczego. Zobacz, jaka wyrachowana!
- Mają tysiąc szans, mogą wiecznie trwać!
- Wiesz, w zasadzie, to ja im dobrze życzę. Walerian ma większe możliwości finansowe niż ja, może będzie jej wierny? No, bo w moim typie ona nie była, pewnie w przyszłości ja bym musiał tyrać, a Roksana chciałaby mieć profity, a mi jakieś sianko też się należy.
- No jak każdemu!
- Dzieci nawet mógłbym mieć, ale wszystko zależy od warunków w kraju. Jak będzie lepiej, kto wie, a jak gorzej, to za robienie dzieci za nic nie będę się brał!
- Po mojemu to lepiej się uczyć, bo wszystko inne rozmywa się w „X” lat!
- Ja widzę, to inaczej lepiej mieć Harvarda i odpuścić trzaskanie pajacyka. No, bo co narobię dzieci, a potem gdzie one pójdą na śmietnik? Zamiast piąć się, spadną w dół?
- A ten twój przyjaciel, kiedy bierze ślub?
- Moja eks-teściowa mówi, że za trzy miesiące jak Roksanka skończy 16 lat! Bo wiesz, było nie było, jest trochę załatwiania; Zapowiedzi, kartki ze spowiedzi, obrączki, dziecko w drodze, tymczasowe dowody osobiste…

sobota, 15 września 2007

Wszelkie Formalności

Pochówki najlepiej organizować przez firmę komunalną, pod nadzorem gminy. Jeżeli kupisz trumnę z tych droższych, to z tego, co masz przyznane na pogrzeb nie zostaje prawie nic! Wedle kosztów nie ma możliwości manewru. W mediach natomiast mówi się, że za skórę bierze się około 1600 zł. Jakby nie patrzył nie mieści się, to w rachunkach. Firmy muszą działać wedle jakiś działań poza prawnych.
Najpierw dostałem zlecenie pochowania wuja, był alkoholikiem nabawił się przez, to aldshaimera. Jego żona w tym czasie miała poważne problemy trawił ją nowotwór. Wuj jako pacjent szczególnej troski przebywał w hospicjum. Technicznie, w takim zakładzie nie dzieje się dobrze. Na każdy posiłek karmienie poważnie chorego, trzeba poświęcić około godziny! Nieliczna obsługa nie jest w stanie cierpliwie podejść do poszczególnych przypadków. Ludzie zarabiają tam po 700/800 złotych. Nie ma motywacji, ani możliwości żeby opanować sytuację w przepełnionej placówce.

- Niesienie krzyża 100 złotych!

Wujek Stach wytrzymał w hospicjum półtora miesiąca. Nie było ciekawie, miał bule brzucha, nic nie jadł! W pewnym momencie zapytałem się pielęgniarek czy on w ogóle się wypróżniał? Nie zauważyły, nie było okazji, przez dwadzieścia dni chory wije się z bólu i nikt nic nie wie, dlaczego?

- Taka umieralnia, taśma do momentu śmierci!

Wujka Staszka wizytowałem tylko ja, cała rodzina nie miała na to ochoty, być może nie czuła się zobowiązana. Kiedy przychodziłem do hospicjum wujek mimo tego, że był jak warzywo, uśmiechał się, ale były i momenty, kiedy, to wyładowywał na mnie gniew, chwytał mnie wtedy za barki, mścił się, za to, że cierpi w zamkniętym oddziale. Nie był łatwym pacjentem, buntował się, walczył, pluł i szczypał! Jego intelekt prawie nie funkcjonował, aż przyszedł czas, kiedy zanikł mu odruch połykania, obsługa dawała mu wtedy sondę.

- Dać komuś kwotę za opiekę?

Dopóki była stabilizacja czułem się zadowolony, byłem przy nim po kilka godzin dziennie, w między czasie sygnalizowałem ciotce, aby finansowo uregulowała sprawę przyszłej pielęgnacji nad mężem. Nie chodziło o łapówkę, ale zwyczajnie legalne rozwiązanie. Ciotka wiedziała, że wszystko nie idzie jak trzeba. Sama była ciężko chora, z drugiej strony miała żal do męża, za to, że nieustannie pił, stosował przemoc od momentu ślubu, do pojawienia się choroby. Staszkowi, jak powiedział lekarz: - Alkohol zżarł mózg!
- Ludzie nie chcą odwiedzać umierających i chorych.

W hospicjum panuje ponura atmosfera. Wielokrotnie pognębiony sytuacją czułem ogromny smutek i bezradność, oglądanie umierania zmienia człowieka! Na pięćdziesiąt osób leżących w zakładzie, dziennie było odwiedzanych trzy/cztery!
Ciężko mi było, być może, to ja przyspieszyłem zgon wuja. Zasugerowałem przecież pielęgniarkom, żeby podać mu ziołowy lek na przeczyszczenie. Tak też się stało, środek zadziałał, ale cztery dni później wuj źle się poczuł, a następnie zmarł!

- Rodzina do końca zachowała dystans!

Moje pełnomocnictwo obejmowało, nie tylko opiekę, ale i zorganizowanie wszelkich formalności związanych z pochówkiem.
W dwa dni trzeba było załatwić akt zgonu, pogrzebówkę w Zusie, rozmaite upoważnienia. Trumnę zamówiłem dębową za 1200 złotych, krzyż za 100, mycie ciała za 300! Z tym przygotowaniem zwłok nieboszczyka do pogrzebu zachodzą pewne komplikacje, drużyna odpowiedzialna za te zadanie woła sobie, dodatkową stówkę do kieszeni. Wystarczy jedno spojrzenie na wykonawców, aby zrozumieć, na co idą te pieniądze.



- Transport zwłok wchodził w koszta meykapu!

Praktyczna porada! Jeśli ktoś ma zamiar otworzyć trumnę podczas ostatniej ceremonii, niech nie żałuje wspomnianej stówki, bo w innym wypadku widok nieboszczyka może przerazić na całe życie!
- Potem jest noszenie trumny, do wykopanego dołu.
- Druga praktyczna wskazówka! Co wybrać, czy tradycyjny system chowania, czy novum, czyli „system śląski”, bez zasypywania dołu przy rodzinie? Jeżeli zdecydujemy się na wariant łagodniejszy, z układaniem kwiatów na kraty, to proponuje po około piętnastu minutach, powrócić na miejsce pochówku, by zobaczyć jak robota została wykonana. - W moim przypadku przez zbagatelizowanie sprawy, musiałem sam łopatą uformować mogiłę!
Ceremoniał przegalopował rutynowo, ksiądz bardzo się spieszył, nie tylko ja miałem wrażenie, że jest nie tak jak być powinno. Dobrze jest, więc zdyscyplinować i duchownego.

- Jeśli chodzi o kwiaciarnie.

Tu nie można również odpuścić! Każdy pragnie zebrać swoje żniwo. Żeby na grobie nie pojawiły się zwiędłe badyle zamiast kwiatów, za które słono się płaci, w żadnym wypadku nie można na wstępie płacić całej należności. Dobrym rozwiązaniem jest zaliczka, która automatycznie daje motywacje do uczciwości. Tych zagadnień jest bez liku, najczęściej w momencie traumy darujemy hienom fory, nie chcemy się wadzić, nawet w przypadkach, gdy dochodzi do zamiany trumny; to znaczy, płacimy za droższą, a dostajemy tańszą!

- Poczęstunek, warto czy nie warto?

Stypa odbyła się w bardzo dobrej atmosferze; to znaczy daleka była od traumatycznego modelu katolickiego, gdzie wszyscy są klasycznie zdołowani. Koszta imprezy, to 30 złotych za bardzo dobry obiad plus ciastko i napój na jedną osobę. Dziś restauracje prześcigają się z ofertami, można zbijać cenę, targować się, posiedzieć przynajmniej z pięć godzin.

- Informacja też kosztuje!

O śmierci swojego męża ciotka Anna dowiedziała się ode mnie. Nie mogła być na pogrzebie, z powodu poważnej operacji w związku z rakiem jelita grubego. Po zgonie wuja Stacha, Anna myślała, że zaczyna nowe życie, wolne od ucisku, zniewag i tego wszystkiego, co było koszmarem przeszłości. - Co ciekawe? Lekarze i rodzina, przez cały czas choroby, utrzymywali ją w niewiedzy. Najsmutniejsze jest, to, że ja sam starałem się umiejętnie dawkować nieprawdę, kreując przed umierającym człowiekiem optymistyczne wizje.
Z ciocią przez całe życie miałem bardzo dobre relacje, traktowała mnie wyjątkowo, ujrzała we mnie bratnią duszę, nie miała swoich dzieci.

- Propozycja!

W przeszłości wielokrotnie proponowała mi pewnego rodzaju ofertę. Chciała, abym, hipotetycznie opiekował się nią i jej mężem, kiedy zajdzie taka potrzeba. Otrzymałem wniosek przejęcia jej całego majątku to jest siedemdziesięciu tysięcy złotych w zamian za deklarację.- Odmówiłem! Rozumiałem, że nie mogę być cwaniakiem, który podejmuje zobowiązanie, a z drugiej strony, nie jest skłonny poświęcić swojego życia dla osoby chorej na aldshaimera. Oczywiście, mogłem ruszyć głową, w wyrachowaniu układać scenariusze, ale, to byłoby wstrętne. Ciotka Anna była zaskoczona, w ten sposób nabrała do mnie jeszcze większego zaufania.

- Z rodziną, za Pan Brat?

Toczyłem batalię o ciotkę, podobnie jak w przypadku wuja, każdy dzień życia przecież ma sens. W rozmowie z ordynatorem, uzgodniliśmy, że w zasadzie można jeszcze spróbować szczęścia w klinice. Jednak w tym zagadnieniu spotkał mnie nieoczekiwany opór ze strony rodziny! Miałem problem etyczny, krewni uważali, że tego rodzaju pobyt, to spory wydatek pieniężny, a przy tak złych rokowaniach, nie ma najmniejszego sensu uruchamiać całego procesu opłat z tym związanych. Byłem zdruzgotany, milczałem, nie mogłem powiedzieć Annie, co się dzieje, jaka jest jej realna sytuacja, jakimi zawodnikami są jej bliscy.
- Choroba postępowa.

Mówili tak: - Aniu! Lada dzień wyjdziesz zdrowa do domu! Trzeba będzie się leczyć, choroba ustanie. Nie ma powodu się martwić, podróżować po klinikach, Warszawach, Wrocławiach…, przechodzić niepotrzebne operacje! - Najgorsze, że ciotka w te opowieści naprawdę uwierzyła. W praktyce oznaczało, to przegraną, zaniechanie alternatywnych rozwiązań walki z rakiem finansowanych przez Unię Europejską. Były też i jej pieniądze, wszystko można było rozegrać inaczej.

- Bez łapówki, to Makabra!

Chora trąciła logikę, w tym czasie ponownie proponowała mi przejęcie kwot pieniężnych i mieszkania. - Odmówiłem!
Apelowałem do krewnych, że w tym szpitalu, bez łapówki jest trauma! Nie chcieli słyszeć, że bez datku do kieszeni nic nikogo nie interesuje. Opowiadałem, na co żaliła się ciocia. Postulowałem - Trzeba dać ordynatorowi z dwa tysiące i ciotka będzie traktowana jak księżniczka!
- Być jak oddział intensywnej terapii!

Zwłoka spowodowała, że ciotkę chciano już wypisać ze szpitala. Osobiście zostałem wezwany przez ordynatora na konsultację. Ten prosił mnie, aby poddał się nietypowemu szkoleniu w zakresie pielęgnacji pielęgniarsko-lekarskiej nad bliską osobą. - Nie łapówka, tylko interwencja wysokiego urzędnika państwowego spowodowała zmianę diagnozy, nie zostałem lekarzem, biała służba przestraszyła się konsekwencji.

- Polski folklor!

Pieniądze od ciotki, których nie chciałem, przejęła jej siostrzenica
Umierająca była już w zupełnie innym świecie, całą noc wyła z bólu, gdyż środki przeciwbólowe wedle prawa, przysługują pacjentom tylko po operacji! – VIP nie wytrzymał i interweniował! Zdecydowano, że osoba, która jeszcze parę godzin temu miała być wypisana do domu, idzie na stół operacyjny. Za pieniądze chorej kupiono środek na przeczyszczenie przed operacyjne. Ciotka jednak miała schorzenie korelujące z przeciwwskazaniami tego leku. Lekarze i obsługa nie zwrócili na to uwagi. Można cierpieć, wyć z bólu, z partaniny i warcholstwa, nieodpowiedniej diagnozy.

- Skóra kosztuje 1600 złotych!

Operacja była tylko środkiem doraźnym, rak w krótkim czasie przerzucił się na trzustkę po trzech miesiącach Anna umarła! Wiele zrozumiałem, zdobyłem doświadczenie, dopiąłem pogrzeb na amen. Ciocia była osobą uduchowioną i religijną, często dawała datki na kościół. Taki paradoks, w zaradności można wszystko dobrze zorganizować, być w porządku, jednak inni potraktują, to jak padlinę! - Ksiądz przeprowadził ceremonię bardzo obcesowo, w znacznie większym pośpiechu niż w przypadku wuja. Wszystko było dla niego anonimowe; rodzina, denat, ale nie pieniądze! W takich chwilach ludzie pokazują swój prawdziwy charakter. Każdy gest jest ważny, nawet sposób chwytania otrzymanego banknotu do ręki. Dobrze widać, co energię danego człowieka porusza. Najlepszym przykładem jest moja krewna, która w całości przejęła spadek, bez cienia zażenowania od majaczącej osoby. Szukuje się nowa historia rodzina będzie chodzić do sądu.

-Ładny wieniec kosztuje 400 złotych z hakiem,
wykup miejsca na cmentarzu 600,
sprawa sądowa 10 % od kwoty sporu!

środa, 5 września 2007

Bunkier

W Skierniewicach, mieszkaliśmy na ulicy Poniatowskiego. Gdy wybuchła wojna ojciec mój dostał kartę mobilizacyjną i ruszył do walki z Niemcami. Działania nie trwały długo, Armia Polska cofała się pod naporem hitlerowskiej machiny, przesuwała się na wschód, tam była rozbrajana przez Sowietów. Ludzie nie wiedzieli jak reagować, chcieli się bić, ale nie było szans, aby cokolwiek pozytywnego rozstrzygnąć. Mój ojciec podjął dobrą decyzję, nie zaufał jak inni Rosjanom, przekonującym, że polskim żołnierzom krzywda się nie stanie. Gdyby nie ten fakt nie byłoby ojca, tylko wspomnienia z Syberii, łagrowe listy czy wykopany ze zbiorowej mogiły guzik z orzełkiem. Bolesław, podjął ucieczkę. Jego powrót do domu trwał kilka tygodni. Polska była już pod okupacją, nie można było poruszać się w dzień i w żadnym wypadku w mundurze wojskowym. Nocą było o wiele lepiej, kilkaset kilometrów trwała wędrówka lasem i polami. Mama była bardzo zadowolona, kiedy jej mąż zjawił się w domu. Dom nasz stał na pagórku osiemdziesiąt metrów od rzeki Łupi. Na całą sześcioosobową rodzinę przypadała jedna izba z kuchnią. Niemcy byli już u nas na początku września, opanowali miasto, wehrmacht zajął polskie koszary, zaczęło się panowanie nazistów. Życie się skomplikowało, ale nie na tyle żeby ludzie nie mogli przyzwyczaić się do nowych warunków. W naszej izbie przez całą okupację żołnierze niemieccy byli dwa, trzy razy. Nawet trudno mi to odtworzyć Byłem dzieckiem, biegałem po podwórku, a ojciec z matką odpowiadali na rutynowe pytania Niemców. Żyło się biednie jedynym karmicielem był ojciec. Czasem trochę żywności otrzymywaliśmy od dziadków; mleko krowie, jabłka z sadu. Na co dzień jedliśmy ziemniaki, kaszę jaglaną, prażuchę – ziemniaki mieszane z mąką, maczało się też chleb w oleju z cebulą, a na śniadanie bardzo często była maślanka. Ojciec pracował dorywczo, prace na budowie, porządkowanie miasta. Gdy były bombardowania robota ustawała, cała rodzina żywiła się wtedy obierkami ziemniaczanymi. W szkole uczono nas niemieckiego, ale mi to nie wchodziło do głowy, świadectwa wydawali po niemiecku i polsku. Potem zorganizowano tajne nauczanie i tam nas rodzice posyłali. Byłem dzieckiem wojny, kiedy nastała okupacja miałem trzy lata, okres mojego rozwoju przypadł w nieciekawym czasie. Jednak, dobrze wspominam momenty, kiedy, to biegaliśmy po łąkach, podwórku,kąpaliśmy się z kolegami w Skierniewce. Chodziło się też z ojcem na raki i ryby; środowisko nie było zniszczone, ryb było więcej niż teraz. Ciepłą porą biegało się na bosaka, zimą trzeba było na nogi zakładać trepy, to nie była wygoda, trzeba było umieć w tym chodzić, buty mieliśmy tylko od święta, czy do szkoły. W pobliżu Skierniewic w kompleksach leśnych działała partyzantka. Niemcy nie byli zadowoleni, gdy złapali kogoś, urządzali niesmaczne widowisko. Do dziś pamiętam szafot ulokowany w centrum rynku, pięciu mężczyzn wiszących na szubienicy, z jakimiś kartkami pod spodem. Ludzie patrzyli na to ze smutkiem, hitlerowcy niemal na każdym słupie informowali o bandytach i wywrotowcach. Panował strach, większość starała się nie politykować, trzeba było przetrwać, utrzymać przy życiu rodziny. Czy była gwarancja? Słyszało się, że całe Skierniewice, miały zostać eksterminowane, skończyć w lesie, albo w obozie koncentracyjnym. Sytuacja była typowo na przetrzymanie. Okresy biedy przeplatały się z okresami względnego „dobrobytu”. W lecie, jak w naturze, panowała obfitość. Ojciec polował na dzikie kaczki, przynosił mąkę na chleb z młynu, w którym dzięki Bogu dostał pracę. Zimą przez całą okupację wykluwała się we mnie gruźlica. I tak miałem szczęście, bo dużo dzieci umierało z niedożywienia i braku witamin. Kiedy leżał śnieg, nasze menu składało się z chwytanych przez ojca wróbli, gołębi, kawek, a czasem i dzikich królików? Mama robiła, co mogła, aby ugotować dobry rosół z gołębia. Po śmietnikach nikt nie grzebał, nic w nich nie było, a i ludzie woleli iść coś złapać, pokombinować. Umieralność wokoło była duża, w wielu rodzinach często nie było obiadów, chowano dorosłych i dzieci, u nas na szczęście nikt nie zmarł. Inaczej było z ojcem. Właściciel młynu, u którego pracował mój ojciec, miał wielki kłopot naraził się Niemcom, wedle ich paragrafów zasłużył na karę śmierci. Śledztwo było tak prowadzone, aby jak najszybciej doprowadzić sytuację do końca. Konopacki był zrozpaczony, prosił mojego tatę, aby ten winę wziął na siebie, bo w jego wypadku zachodzi możliwość, że Niemcy z racji na posiadanie licznej rodziny, darują mu życie. Ojciec był w szachu, bał się, że straci pracę, dochód na rodzinę, myślał, aż w końcu zgodził się na propozycję młynarza. Najszybciej jak mógł zgłosił się do hitlerowskiego urzędu i całą winę wziął na siebie, przyznawał się do wszystkiego, co mu zarzucano, Niemcy uzyskali, to, co chcieli zamknęli go w więzieniu. Kiedy mama dowiedziała się o wszystkim, wzięła wszystkie swoje dzieci I poszła na gestapo wstawiać się za mężem. Bolesław został skazany na karę śmierci, Eugenia prosiła „nadludzi”, aby darowali tacie życie. Pamiętam jak przechodziliśmy, kładką przez rzekę w kierunku miejsca gdzie stacjonowali hitlerowcy. Matka powoływała się na nas, na to, że bez mężczyzny sama sobie nie poradzi z utrzymaniem dzieci przy życiu. Mama była mądra, wzbudzała litość, była stanowcza i racjonalna, wiedziała, że trzeba próbować, że nie wszyscy Niemcy byli do końca źli. Tak, to oczywiste, są ludzkie kanalie, ale są i ludzie, którzy mimo wszystko potrafią wczuć się w sytuację. Ostatecznie za sprawą tych próśb ulegli, mama wynegocjowała kompromisowe rozwiązanie. Przed ojcem pojawiła się szansa życia, Niemcy w bardzo krótkim czasie oczekiwali z jego strony rekompensaty poprzez pracę. Tato miał wybudować w ciągu kilku dni bunkier, o rozmiarach średniego garażu. Trudno powiedzieć, do czego okupantom był potrzebny ten schron, ale miał on w większej swej części być pod ziemią i tylko nieznacznie wystawać ponad powierzchnie. Ojciec pracował sam, dniem i nocą bardzo się przejął sytuacją, robił, co mógł, aby oddalić od siebie wyrok, nadludzkim wysiłkiem wywalczył dalsze życie. Ojciec do domu przyczołgał się stękający, był pobity i posiniaczony, na plecach miał pręgi, leżał jeszcze przez jakiś czas, aż wrócił do zdrowia. Znowu jedliśmy króliki, ryby, kawki, i gołębie. Konopacki był bardzo szczęśliwy, wdzięczny i zadowolony. Tato wrócił do swojego pracodawcy i zawsze był traktowany jako szczególnego rodzaju pracownik. Konopacki, zatrudniał tatę przez całą okupację i jeszcze rok po wojnie, do momentu, gdy rodzina zaczęła podejmować inne decyzje. Od młynarza mieliśmy mąkę, kasze jaglaną, w takich ilościach, że starczało nie tylko dla nas, ale i dla pozostałej rodziny. W tym czasie nikomu się nie przelewało, ale od czasu pobicia ojca sytuacja się poprawiła. Można było biegać na bosaka po trawie, ściernisku, korzystać z beztroskich lat dzieciństwa.
Pod koniec wojny w 1944 roku ojciec naraził się Niemcom drugi raz! Sprawa była poważna, groziła za to czapa dla całej rodziny. Tato, jak każdego dnia wracał z pracy, w pewnym momencie dobiegły do jego uszów jęki dobiegające z kierunku nasypu kolejowego. Kiedy zaciekawiony, podszedł bliżej, okazało się, że natrafił na uciekinierów z transportu Warszawa – obóz koncentracyjny? Bobowicze, byli wywożeni zaraz po upadku Powstania. Mężczyzna był w pełnej kondycji, ale jego żona, przy wyskakiwaniu z pociągu, poważnie złamana nogę. Ludzie ci byli w wieku około trzydziestu lat, mogli jeszcze wiele znieść, jednak trzeba było im pomóc. Ojciec w dzień mógł im tylko zanieść koce i ubrania. Natomiast nocą Bobowicze zostali przyprowadzeni do naszego domu. Ułożono ich na siennikach, do końca okupacji obowiązywała nas tajemnica. Nikomu nie można było mówić, że mamy w domu gości.
Małżeństwo zżyło się z nami, było im u nas dobrze, rany się wygoiły, a w pewnym momencie Niemcy odeszli powodowani strachem przed nadciągającymi Rosjanami.
Osiemnastego stycznia 1945r. W naszym domu pojawili się czerwonoarmiści, Skierniewiczanki, nie mogły liczyć na pobłażanie, chroniły się w tym czasie jak partyzanci w lesie, trzeba było unikać gwałcicieli. Rosjanie okradli nas z różnych rzeczy, po szafkach grzebali. W mieście dochodziło wręcz do anegdotycznych zawłaszczeń, tak było z krową, która najpierw ukradziona, potem sprzedawana za bimber gospodarzom, ponownie przechodziła z rąk do rąk, dopóki żołnierze frontowi, nie ruszyli w dalszy bój. Z ich odejściem sprawy się znormalizowały. Kobiety mogły już wrócić z leśnego spaceru. Ktoś inny musiał uważać. Fala gwałcicieli rzuciła się na zachód
W Skierniewicach mieszkaliśmy jeszcze dwa lata, potem etapami praktycznie cała nasza rodzina przemieściła się z Polski Centralnej na Dolny Śląsk. Bobowicze, którzy byli u nas przechowywani, skusili ojca żeby zamieszkać w Jeleniej Górze. Później pojechaliśmy tam wszyscy. Małżeństwo, któremu wyszliśmy na przeciw, okazało się nie do końca wdzięcznym, mieliśmy z nimi wiele problemów. Bobowicz, rozwiódł się w końcu ze swoją żoną, z którą dotknął niemal spraw ostatecznych, szybko znalazł sobie nową małżonkę mówiącą po niemiecku. Ci ludzie nie nauczyli się niczego ze swoich ciężkich doświadczeń, a przecież wieźli ich do obozu!

środa, 1 sierpnia 2007

Karkonoski Park Motokrosowy

– Jedzie grupa motocyklistów wyczynowych, za chwile grupa jeźdźców na czterokołowych motocyklach. Huk i pył prosto w twarz. Rozjechane leśne drogi. Przy kolejnym spotkaniu próbuję ich zatrzymać. Ostatni przystaje, twarzy jak u pozostałych nie widać – profesjonalne maski. Mówię: ”Dziękuję za Ciszę i świeże powietrze w lesie” Dodał gazu. I tyle. Pytałem zorientowanych – jeżdżą często.

Andrzej -”Niedzielny spacer w lasku za górką jeżowska za Zabobrzem. 09-07-07.



Wzrost zamożności społeczeństwa polskiego powoduje, że pojawiają się w klasie nowobogackiej nowe mody i zapotrzebowania, na rozrywkę. Na terenie Sudetów, a szczególnie Kotliny Jeleniogórskiej i przyległych doń gór (o tym terenie będę pisał, gdyż zjawisko obserwuje właśnie w Kotlinie) można, obserwować ze strony wzrastającej komercjalizacji następujące zagrożenia dla ochrony krajobrazu, środowiska naturalnego: wznoszenie budynków jednorodzinnych, w pop-kulturowym stylu architektonicznym; aż dziw bierze, że ludzie wydają na te szkaradne bunkry tyle pieniędzy. Całe wioski Kotliny Jeleniogórskiej są niszczone krajobrazowo, przez rozmaitego typu pop-pałacyki, chaty „podhalańskie”, geometryczne maszkary i wiele innych „cudów świata”. Spacerując, po jednej z takich nowobogackich dzielnic, widać brak gustu właścicieli: a to na placu przydomowym, posadzonych jest cały zestaw drzewek z całego niemal globu, a to inny właściciel jak „Wodnik Szuwarek” wykopał sobie „romantyczny” staw z drewnianym mostkiem łukowym przerzuconym nad taflą wody, ktoś inny zafascynowany kulturą wschodu, zrobił sobie ogród japoński, a tradycyjny wyznawca kiczu, gdzie tylko się da ustawił sztuczne bociany, gąski i krasnale. Wszystko, po to, aby było pięknie i bogato.
UF! -Kiedy już ma się upragniony pałac, którego chroni wataha obronnych psów, można, śmiało pomyśleć o adekwatnej dla portfela rozrywce. Nie będę się rozpisywać o szeregu możliwości, to pozostawiam wyobraźni odbiorcy. Ciekawym zagadnieniem jest jednak geneza potrzeby, która rodzi się w zblazowanym na swych włościach „magnacie, a jeszcze bardziej ciekawym psychologiczny rys charakteru i tożsamości zawłaszczającej w swe ramiona, co tylko się da. Mentalność posiadacza zatacza magiczne kręgi poza obręb pop- posesji. Aby poczuć, że się żyje, uciec przed nudą, czy pokazać sąsiadom, swój wigor i zawartość portfela, do kompletu trzech samochodów, nowobogacki zakupuje, dla siebie i dla swoich dzieci, jeśli takowe posiada, motory terenowe i kłady. Najpierw nasz sportowiec karmi bakcyla, jeżdżąc po okolicznych górkach. Taką sytuacje można obserwować w północnej części Kotliny Jeleniogórskiej, przylegającej bezpośrednio do Gór Kaczawskich. Są to góry stosunkowo nieskomercjalizowane, środowisko naturalne jest tu w o wiele lepszym stanie niż w chronionych Karkonoszach. Niestety, ten fakt wykorzystują „rajdowcy” pędząc, po leśnych bezdrożach. Wyjazd w trasę wygląda następująco. Nawet często nie ukrywając faktu przekraczania prawa, cała wataha krosowców, wyrusza z dzielnicy Maciejowa (w pobliżu znajduje się sklep motorowy, zaopatrujący fascynatów w potrzebne części i akcesoria), w stronę stawów hodowlanych, gdzie ma powstać okręg ochronny „Natura 2000”, na stałe bytuje tam m.in. Rybołów, rzadkość na Dolnym Śląsku. Skład drużyny krosowej, to głównie młodziki, ale są i rodzice, wożący dzieci na kłodach, a nawet i dziewczyny, którym pojazdy czterokołowe (kłody), szczególnie wydają się bezpieczne. Cała ekipa mija metalowy szlaban oddzielający las od terenu z urbanizowanego i wjeżdża w partie szczytowe Gór Kaczawskich.
Rajdy odbywają się cyklicznie najczęściej w dni wolne, w rejonie Maślaka, Stawów Maciejowskich, Uliny, Dziwiszowa, Góry Szybowisko, Jeżowa Sudeckiego, Góry Wapiennej. Na polanie pod Szybowiskiem, z dokładnością zegarka można ustalić czas przejazdu pętli rajdowej: Jeżów Sudecki – Góra Szybowcowa – Dziwiszów – Jeżów Sudecki. Kolejno, kiedy górki przyległe okażą się dla „endurowców” nudne, krąg magiczny zatacza większe koło. Podczas spaceru po Karkonoskim Parku Narodowym, w dolnych partiach można „obserwować” nie tylko jelenie, sarny, dziki, czy inną zwierzynę, ale i zamaskowanych barbarzyńców na pędzących maszynach. Maszerując w ciszy, nagle wyjeżdża na nas ośmiu krosowców, wymijają nas z lewa, z prawa, ryją ściółkę lasu, płoszą ptaki i zwierzynę płową. Często mkną w rejonie Szklarskiej Poręby i Michałowic (rejon potoku Szklarka, Pracz) oraz w otulinie parku karkonoskiego, rejon potoku Czarna Płuczka. Partie innych pasm górskich również są rozjeżdżane np. Rudawy Janowickie, rejon przełęczy Karpnickiej – Fajka, Góry Sokole itd.
Zjawisko przyjmuje rozmiar międzynarodowy, bowiem pseudo sportowcy z całej Europy, a może i świata, wiedzą, że można sobie bezkarnie jeździć krosem w Karkonoszach. W Internecie nawet promuje się tego typu nielegalną jazdę, jako jeden z elementów „promocji” regionu.
Problem oczywiście ma swoje źródło. Wiele lat temu, na terenie Kotliny Jeleniogórskiej, były organizowane Rajdy enduro oraz Mistrzostwa Świata w motokrosie. Wówczas wydano m.in. zgodę, aby na terenie Góry Szybowcowej przeorać całkowicie podłoże, mimo występujących tam roślin chronionych, podobnie rzecz się miała z terenem obecnego Parku Krajobrazowego Dolina Bobru (Góra Gapy, Lipnik, Cichoń). Obecnie we wszystkich tych miejscach można spotkać pseudorajdowców, którzy prawdopodobnie niegdyś byli kibicami. Dziś miasto Jelenia Góra, a także i władze przyległych miejscowości Jeżów Sudecki, Dziwiszów, Szklarska Poręba, Karpniki, Piechowice, wydają się bezradne w walce z ryczącymi silnikami krosów. Stwierdza się, że od tego jest policja, aby ścigała przestępców, problem w tym, że owi przestępcy, wyjeżdżając w trasę, ściągają tablice rejestracyjne, a ścigani wjeżdżają w las, gdzie policja jak tłumaczy, nie ma szans ich ścigania. Dziwne, bo w innych przypadkach stosuje się obławę, śledztwo; przecież w sklepach z akcesoriami motorowymi na terenie kotliny pojawiają się te same osoby, można sprawdzić, kto posiada motor, gdzie mieszka, ustala się w ten sposób krąg podejrzanych. Liczne sygnały od oburzonych turystów i spacerowiczów, są przez policje bagatelizowane, nie wiem, czy uważa się ten proceder za mało szkodliwy, ale każdy fakt zgłoszenia przybliża do uporania się z problemem, wystarczy na mapie naznaczyć, w jakim rejonie gór odbywają się przejazdy krosowców i spokojnie jak przyjdzie weekend: czekać tam na nich, jeśli nawet się ich nie złapie, to przynajmniej działa efekt psychologiczny, ktoś jest i na nas poluje. Góra Szybowcowa (cykliczne miejsce przejazdu), ma dogodny wjazd, jest na szczycie parking, gdzie radiowóz mógłby spokojnie oczekiwać, aż zwierzyna wyjdzie im, naprzeciw, ale to widać nie jest do wykonania obecnie dla stróżów prawa. Problem przerasta, a przecież mawia się: Polak potrafi? Moim zdaniem, każdy motor krosowy, winien być sprzedawany w sklepie motorowym z wbudowanym GPS, wówczas, policja miałaby jasny obraz, kto i gdzie jeździ, przecież wiadomym jest, iż jeśli ktoś decyduje się na zakup takiego sprzętu, to nie po to, aby stał on w garażu, a skoro w pobliżu nie ma legalnych tras do rajdowania, to oczywistym, jest, że będzie łamał prawo, jeżdżąc po lesie i to nawet w Parku Narodowym.
Na koniec historyjka: jeden z rajdowców, skarżył się w prasie, że ktoś założył na jednej ze ścieżek leśnych, na niego wnyki, młodzieniec narzekał, że mógł stracić życie. Kiedy policja i pozostałe władze bagatelizują sprawę ludzie zaczynają działać we własnym zakresie, ale czy mamy wtedy do czynienia z państwem prawa? Już najwyższy czas, aby, ktoś zrobił z tym porządek, nie może być tak, że jakaś grupa społeczna ma dobrą rozrywkę, a pozostała część społeczeństwa, i przyroda, ponosi na tym szwank.

Koszmarno

„Wiemy, bowiem, że jeśli ten namiot, który jest naszym ziemskim mieszkaniem, się rozpadnie, mamy budowle od Boga, dom w niebie, nie rękoma zbudowany, wieczny.
Dlatego też w tym doczesnym wzdychamy, pragnąc przyoblec się w domostwo nasze, które jest z nieba.”
II List Św. Pawła do Koryntian 5.1-2.



Górskie eskapady przysposabiają człowieka do kontemplacji, jednocześnie wzmagają specyficzne odczucie ucieczki w świat niezbrukany, pozostający poza tym wszystkim, co oferuje nam cywilizacja. Już w bardzo młodym wieku odczuwałem nastrój współistnienia ładu i chaosu, a wędrówki, które odbywałem z ojcem po rozmaitych pasmach górskich, rzutowały na mój sposób myślenia.
Wyjeżdżając w teren koncentrowaliśmy się na jak najszybszym opuszczeniu miasta; stało się wówczas na zatłoczonych do oporu peronach i forsowało drzwi autobusu czy wagonu. Na szczęście tania, choć toporna komunikacja, pozwalała dotrzeć niemal do każdego miasteczka i wioski. Niejednokrotnie rezygnowałem z różnych form spędzania czasu z rówieśnikami, dla odcięcia się od wszelkich znaczeń wyznaczonych mi przez betonowe getto. Przestrzeń, do której się uwalniałem oferowała mi o wiele więcej przyjaznych impulsów niż utopia PRL-u. Dzwonki i zegary, które mieliśmy w głowie cichły. Mój ojciec przechodził przemianę z robotnika w człowieka, a ja nie musiałem się martwić, co będzie, kiedy aparat edukacji zgnębi mnie tak, że nie będę zdolny się podnieść. Przyroda gór w odróżnieniu od oparów siarkowodoru emitowanych z położonej w środku Jeleniej Góry Celwiskozy, nie śmierdziała. Kiedy wędrowaliśmy łąkami nic nas nie tłamsiło, gdy innym razem szliśmy przez las czuliśmy, że jest tu wszystko, co potrzebne do szczęścia; gdy widzieliśmy rzekę, odczuwaliśmy dynamikę życia. Wiatr, słońce, sarny, śpiew ptaków, dalekie horyzonty; tu nie chodziło o romantyzm, ale o równowagę niezbędną do życia. - Kaczawskie Góry:, Chrośnickie Kopy, Okole, Lubrza, Skopiec..., Miejsca, w których nauczyłem się naturalności.

1986- maj najpiękniejszy miesiąc roku. Podczas słonecznego dnia chaos wkrada się w przestrzeń mojego wypoczynku. Przymusowo pod groźbą obniżenia podatności na zaliczenie kolejnego roku szkoły, wygnano nas na pierwszomajowy pochód. Czerwone flagi były jak policzek w twarz, hasła na transparentach pozostające już tylko w pamięci, odznaczały się wyjątkową perfidią. Po tym całym cyrku z robotnikami w roli głównej, wybrałem się z ojcem w Rudawy Janowickie. Niebo bezchmurne, słońce wyjątkowo mocne i widoki zbrukanego skażeniem czarnobylskim świata! Tu nie chodziło o pesymizm, ale o logiczność.

Walił się system, rodził się kolejny. Uparcie szukałem odskoczni, zalewając się potem w wielokilometrowych marszrutach. Błądziłem latem i zimą po wykrotach i uroczyskach, szukałem zaradności, przystosowania do świata, którego nie można zaakceptować. W ten sposób natknąłem się na jedno z bardziej pochłaniających, a zarazem próżnych zajęć, znieczulających ból egzystencji wspinanie. W odróżnieniu od komunistów, księży i robotników ludzie gór wydali mi się wiarygodni i w miarę oswobodzeni. Nie rozumiałem wówczas, że często byli zaprzęgnięci w kierat udowodnienia światu, że coś znaczą, że ich osiągnięcia sportowe mają jakiś sens. Wyłonieni z masy, za wszelką cenę pragnęli stać się jednostkami; skały i góry były dla nich jak gdyby bogiem, fundamentem za pomocą, którego życie nabiera sensu.
To prawda; równie dobrze mógłbym jeździć na nartach, chodzić po jaskiniach, łapać ryby, czy uprawiać lotniarstwo. Wybrałem jednak dyscyplinę najbardziej odpowiadającą mojej naturze, zainteresowaniom i temperamentowi. Amok wspinania, był na tyle duży, że pochłonął mnie na kilka lat. Oczywiście w tym okresie miałem wiele celów, które uznawałem za wyjątkowe i dające poczucie wartości. Czułem wolność; mimo uzależnienia od miejsca i zajęcia, które napastowało mój mózg, do stopnia, w którym zdolny byłem ryzykować życiem, dla przejścia jakiejś tam połaci granitu. W całym tym szaleństwie były jednak chwile kontemplacji. Podobnie jak w wędrówkach z ojcem tak w momentach pokory, kiedy to stykałem się z przyroda jako tłem mojego bycia tu i teraz; dorastałem. Huk wiatru, przepaść siejąca grozą, panorama z wierzchołka skały. To metafory zagrożeń rzeczywistych.

Myślę sobie – Mój Boże, są ludzie, którzy mają inne motywacje, szukają spełnienia wedle innych wykładni; tak jest z pewnością. Do tej pory zmagam się z pytaniem, jaki imperatyw tkwi w ludziach, że są skłonni, tak jak ja niegdyś poświęcić niemal całe swoje zainteresowania dla jednej namiastkowej płaszczyzny. Żyć przez lata, pracować, płodzić i rodzić, wychowywać i umierać w tle orientacji czasowej. Być może śmierć osób w górach warunkują nie tylko zmienne i surowe warunki, ale jest to jakby samo sprawdzające się życzenie. Poczułem się wśród wspinaczy jak w sekcie, widocznie za bardzo intensywnie pracował mój mózg, kiedy to widziałem konających na mych oczach straceńców. Z wolna dotarło do mnie, że granit, wapień, piaskowiec, to tylko jeden z wielu elementów przyrody. Zmiana i szczęście wiąże się zupełnie z czymś innym niż chwytanie występów skalnych. Bo czy ludzka tożsamość tkwi pod okapem, w lodospadzie, albo w rysie? Dobrze, było to zrozumieć.

Z powrotem w rzeczywistości z utopi w utopię, tym razem bardziej masową, uznawaną za obowiązującą wykładnię. Przebrnąłem przez system edukacyjny, aby pozyskać glejty do względnego funkcjonowania w społeczeństwie. Oceny, świadectwa, rozmowy kwalifikacyjne, kolokwia, egzaminy, seminaria - nowe horyzonty. Nawet nie myślałem, że będą mi dane; dwa kroki w przód, a jeden... w tył: historia, kulturoznawstwo, seminarium teologiczne. - I przemieszczam się ponownie jak nomada w poszukiwaniu lepszej przestrzeni życia, opuszczam góry, wioski, miasteczka, własną celę w bloku, aby przez trzy i pół godziny podróżować do większego ośrodka miejskiego. Kiedy podczas tej nużącej jazdy w wagonie nieczystym, względnie, przeanalizuje całe swoje życie i będę miał dość wsłuchiwania i wpatrywania się w to, co mówią i robią współtowarzysze i współtowarzyszki odysei z PKP., Kiedy dojadę już do celu: wówczas stanę na dworcu głównym we Wrocławiu, tuż pod wciąż zmieniającym się, elektronicznym rozkładem jazdy i w ciągu kilku minut mentalnie wyrwę się w całą Polskę. A potem wyruszę w miasto i pierwsze, co zobaczę, to neon witający konkretnie mnie – „Dobry Wieczór we Wrocławiu”!

Nasuwa się pytanie - Czy jestem względnie dobry? Gdybym był nie zrezygnowałbym z historii, uniknął wielu nieprzyjemności i miał w sobie tyle pogody ducha, aby starczyło nie tylko dla mnie, ale i dla każdego, kogo bym spotkał. To jest wyzwanie - cel. Cynizm i nihilizm, który mnie gnębił przez całe życie, przecież nie bierze się ot tak z niczego. Wystarczy spojrzeć gdzie kierujesz swoje kroki, co czytasz, z kim przebywasz, co uważasz za ważne, gdzie mieszkasz, nawet przez chwilę. Bo jeśli być przenikliwym, okaże się,że wszędzie mieszkamy tymczasowo. Tak - oto zagadnienie. Nie tylko ja wychodzę w przestrzeń i nadmiernie skupiam się na sobie, ale czyni, to każdy bez wyjątku. Ten cholerny dworzec z tablicą do lepszego świata jest w każdym z nas, a potem są kroki, mijające tramwaje, Galeria Dominikańska w budowie, potem coś nienamacalnego, dalej rozstrzelona infrastruktura Uniwersytetu, bar Duet, w którym bywa, że spożywam posiłki i stancja moich kolegów położona obok ulicy Narodowej Jedności. Pytanie jak to wszystko przekłada się na przyszłość; moje prowadzenie, kolor lamperii dobranej przez Piotra, zmagania się Kasi i Roberta z Arturem i wizyta Damiana. - Huk z pistoletu i start w gonitwę za czymś bliżej nieokreślonym, po to by być lepszym od innych. Mijają lata, a ja biegnę. Przepycham się, staram się coś sobie i innym udowodnić, wydaję na świat nowe pokolenia, i to są moje - nasze kładki prywatne do kariery, szczęścia rodzinnego, w dobrobyt, w pseudonieśmiertelność.
Kolor lamperii pomarańczowy, ubikacja bez drzwi, związki formalne i nieformalne zakrapiane piwem i wreszcie widok z okna na narożnik uliczny, przy którym właśnie konstytuuje się alkoholowa, napowietrzna grupa spotkaniowa. To wybraliśmy porzucając świat bliższy naszej natury. Przebieramy nogami w wyznaczonym, przebiegu czasowym, a kiedy jesteśmy już na tyle mądrzy by pojąć, że przed nami smutny cel, stajemy w paraliżu i mantrujemy do bólu. To, co minęło już nigdy nie wróci. Na pocieszenie zostają nam zdjęcia i kwiaty noszone na groby bliskich. Szczęśliwe dzieci, lecz....

Jedność, jaką stanowi nasz naród jest taka, że Damian za kilka tygodni zmuszony jest wyjechać. Dla niego tablica z nazwami miast pulsuje na lotnisku i zatrzymuje się na nazwie Dublin. Dlatego też rozmawiamy właśnie z sobą. Ja nakreślam plany związane z Wrocławiem, Damian opowiada mi o Szkocie, który zwerbował go na wakat w Irlandii. Wiele czasu czekał na pracę, aż ta zaczarowała go ofertą. W sąsiedztwo jego posesji zawitali ludzie szukający pracowników mówiących po angielsku. Dalej już wszystko potoczyło się normalnie. Damian rezygnuje z dalszej nauki, aby spróbować szczęścia i pomóc rodzinie tonącej w długach. Na pracę w Brzegu Opolskim podobnie jak w całym Mordorze nie ma, co liczyć. To chyba paradoks, zjechałem dopiero, co do Wrocławia i znalazłem to, czego szukał przez wiele miesięcy Damian. To nic, że ulica Beskidzka jest oddalona o półtorej godziny jazdy od miejsca, z którego wyruszam. Nic też, że przesiadam się trzy razy. Jest robota – tak pocieszam się patrząc na plan miasta. Naszym dylematom współtowarzyszy wyciszony do zera telewizor – świetlista lampa, okno na świat. Cieszymy się żartujemy opowiadamy anegdotki, przy nucie grozy, jaka płynie z kineskopu. Co to jest – Pytam film fantastyczny, gra komputerowa. Stacja CNN, wciąż pokazuje kłęby dymu i uderzające w World Trade Centre samoloty. - Babilon płonie podkreśla Damian, w milczeniu spoglądamy jak dekonstruują się wieże Manhattanu. Równolegle w bramie tę samą dekonstrukcję tylko w jednostkowym i rozłożonym w czasie wymiarze osiąga mężczyzna zalęgający na posadzce na podobieństwo wycieraczki. Dwa kroki pomiędzy tułowiem i głową, fruniemy ja i Damian nad upitym do nieprzytomnymności rodakiem; szybciej, prędzej by zdążyć na tramwaj.

Dwunasty września 2001, przemieszczam się w kierunku ulicy Beskidzkiej; to ma być synonim gór, czeka tam na mnie oferta pracy pomocnik dekarza, przesiadam się cierpliwie z wagonu do wagonu, z autobusu w autobus, wystaje na pętlach. To jest miejsce, które stwarza nowe możliwości. Pętla materialna i czasowa, bez większego sensu na logiczne życie, logiczne jutro. Zarabiać, aby zarabiać, żyć, aby żyć i to wszystko dla samego siebie projektować. Nie docieram do Nowego Dworu, powracam do Centrum, aby skorzystać z bankomatu, który zawiera mój limit środków niezbędnych do szukania nowych okazji.

Apokalipsa, krzyczą plakaty rozmieszczone niemal w całym mieście, składają hołd pomordowanym w Ameryce. Tak kończy się ludzkie życie, nagle i niespodziewanie. Szykuje się nowa rzeczywistość, nowa wojna, hegemonia Stanów Zjednoczonych; palić będą i rabować, w imię demokracji, odwiecznej walki o pokój pacyfikować.

Wrzesień jak kampania wrześniowa, nie do podźwignięcia, zwłaszcza dla człowieka atakowanego ze wszystkich stron, uwikłanego w własne sidła. Świat wartości, który miałem uległ rozpadowi, kolejny raz doświadczyłem upokorzenia, a zarazem zrozumiałem gdzie jest moje miejsce. Krzyczała we mnie nutka zawzięcia, aby przechytrzyć nieuchronność, która wyrokuje inny scenariusz niż bym sobie tego życzył. Zapętlenie ideologiczne i brak punktu odniesienia wydają mnie na zagładę. Tydzień po ataku i bezowocnych poszukiwaniach pracy zdecydowałem się na ostateczna konfrontację z Ułudą, która dopadła mnie, by ostatecznie pogrążyć moje nadzieje osadzone w tym świecie. Tak jak wspomniałem, byłem wystawiony na finalizację.

Jedna z publikacji stwierdza, że w okresie globalnych katastrof; czy nawet, kiedy dzieją się tragedie na szczeblu lokalnym ludzie, mający skłonności samobójcze wcielają je w czyn. To, co się działo w mojej psychice być może rezonowało z bieżącymi wydarzeniami, ale nie robiło znaczącego wyłomu w moim sposobie myślenia. Jak bowiem nadać sensu czemuś lub komuś, kto tego już nie jest w stanie dojrzeć w realności. Jako jednostka poczułem, że dotychczasowe formy rozmaitych przedsięwzięć, jakie podejmowałem oparte były na z góry przegranej materii. Produkując eliksir snu, myślałem tylko o jednym; jak najszybciej wydostać się z Wrocławia, pozostawić wszystko i wszystkich, udać się w miejsce odludne i spokojne odejść z tego padołu, w pełni pogodzonym z brutalna rzeczywistością.


W aptece, w pobliżu hali targowej zakupiłem strzykawkę wraz z igłą. Ekspedientki, czuły, że jest ze mną coś nie tak. Milczały podając mi treść mojej marności. Następnie skierowałem się do sklepu chemicznego, po benzynę ekstrakcyjną, by w ten sposób zabezpieczyć się na wypadek, kiedy podstawowy specyfik nie zadziała. Trudno maszeruje się ulicą, wśród tłumu ludzi, ze świadomością ostatecznej porażki. Trudno podróżuje w miejsce swojego końca. Gdy nie lada osiągnięciem jest normalne spojrzenie w oczy, drugiego człowieka. - Czy On - Ona wie, co jest w naszym sercu, gdzie kierujemy swoje kroki. Zauważyłem, że kobiety są bardziej empatyczne, bardziej wczuwają się w nastrój i sytuacje drugiego człowieka.
Kiedy dotarłem do „przystani”, udałem się w stronę Parku Wolności. Rozległy teren porośnięty mieszanym lasem był w mojej opinii najlepszym miejscem; z dala od wszystkich i wszystkiego.
Gdzieś w godzinach południowych przekroczyłem barierę naturalnych hamulców. Jak z bólem zęba, zblokowałem uczucia alkoholem; tyle, że w tym wypadku chodziło o całość w dosłownym słowa tego znaczeniu. - Stracić oddech, błękit nieba, blask słońca, widok chmur przepływających nad górami, nigdy nie zobaczyć już morza, nie porozmawiać z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi. Wybrać z gruntu nie wiadomo, co, uznać się za pokonanego. Wszystko, co było dobre w mym życiu..., ale były rzeczy, z którymi jako człowiek nie umiałem sobie poradzić, dlatego znalazłem się w tym miejscu jako ten, który przegrał życie. Co czuje człowiek w takim momencie; żal ogromny, powagę sytuacji i beznadziejność. Chwyta się czasem ostatnich impulsów łączących go ze światem, jakby chciał odnaleźć sens, choćby cień życzliwości, kierowany od świata w swym kierunku. Jednak nic prawdziwego nie otrzymuje, gdyż ludzie nie są w stanie mu zaoferować tego, czego szuka - Wolności!
Po pewnym czasie przestały docierać do mnie bodźce dopływające z otoczenia, najpierw dźwięki wydłużyły jakby falę dotarcia, śpiew ptaków stał się basowy powolniejszy przypominał raczej gardłową mowę, aż ustał zupełnie, potem na przemian widziałem ciemność i jasność, aż straciłem poczucie czasu, miejsca, tożsamości i istnienia.


Jest miejscowość w górach, które znam z dzieciństwa, Komarno, niegdyś zaludnione aż po sam koniec, gdzie łączyło się w jedno z przestrzenią Gór, które kocham. Wędrowaliśmy stamtąd w stronę, Połomu i Wojcieszowa lub odwrotnie w stronę Przełęczy Widok. To był inny świat, czas i ludzie. Mój ojciec miał na sobie zwykłą koszulę flanelową, chlebak, w którym znajdowała się mapa - kanapki, to wszystko starczało jemu, aby być szczęśliwym, by wracać do dzieci i żony.

Głos, który z nagła dał się słyszeć, rozprawiał o zupełnie innym obrazie świata, niż ten, w którym terminowałem. - Wszystkie formy trwania na Planecie Ziemia czekają na najważniejsze wydarzenie w skali fundamentalnej, oznaczającej koniec znanej rzeczywistości. Wobec powtórnego przyjścia Zbawiciela wszystko nabiera zupełnie innych wartości i sensu. Ciężary, które tak nas zżerają, są tak naprawdę niczym. Wytworzone przez bojaźń owszem paraliżują nas. Jednak Bóg, Pan Wszechświata jest ponad troskami. Pozostaje przy nas w najcięższych chwilach, i ratuje, kiedy my sami nie potrafimy już nic. Nasze prowadzenie; porażki, zwycięstwa, myśli i uczucia, przemijalność są mu znane. Jest - Który Jest przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, zaprasza do zmiany wartościowania oraz uszanowania daru życia, którym zostaliśmy obdarzeni. Nie tylko tu i teraz, ale i tego po finalnym przyjściu - Króla Królów, który Zbawił za darmo wszystkich.

Był mżysty zmierzch, nie wiedziałem ile czasu trwałem w zawieszeniu, czy to były dni, czy godziny. Straciłem orientacje, trudno było mi określić gdzie jestem, czy to jest znana rzeczywistość, czy zupełnie coś innego. Czułem też obecność wroga, ogromną zaporę nieprzekraczalności, do której chciałem przejść; z jednej strony intrygowała i kusiła, aby spróbować ponownie z pomocą benzyny i strzykawki; z drugiej ciemność oznaczała totalne zagrożenie i niebyt. Uchwyciłem się słów nadziei, a następnie bodźców zewnętrznych. Telefon komórkowy, z pulpitem wyzerowanym do czystości; tak,że nie było widać ani daty, ani godziny, dodatkowo potęgował zamęt. Błędnik szwankował, odzyskałem logikę i trzeźwość, przybrałem pozycję pionową. Poczułem ogromną radość i lekkość tych zagadnień, które do tej pory mnie paraliżowały. Jakie znaczenie ma, bojaźń, przemijanie, bieda, jeśli wszystko, co najważniejsze dla nas zawiera się w ofercie Jezusa. Na którego przyjście świadomie czy nieświadomie czeka cała ludzkość. - Jej chora ograniczoność; zdałem sobie sprawę o oddaleniu ludzi od Boga, swoistej amnezji, że to właśnie z jego strony można oczekiwać pomocy na całe życie.

W porównaniu ze stanem poprzednim zachowywałem się jak szaleniec, musiałem dotknąć dna, aby ujrzeć świat zgoła odmiennym. Przypomniałem sobie, to wszystko, co niegdyś wyczytałem, w Księdze Daniela, Apokalipsie i Ewangeliach. Nie było tam słodkich słów na temat otaczającego nas świata; umrze on jak wszystko, co jest ograniczone. W poruszeniu chciałem jak najszybciej wrócić do rzeczywistości i podzielić ze znajomymi tym, co mnie spotkało. - Myśl naczelna: opanować emocję, aby ludzie nie myśleli, że bredzę. Z wolna, a potem szybkim krokiem dotarłem na dworzec... – Do Wrocławia przybyłem przed północą. W jednym ze sklepów nocnych kupiłem mleko i pieczywo. Drzwi stancji, na której przebywali moi znajomi dawno były już zamknięte. Nie starałem się budzić tych, którzy mieli z rana wstać do pracy i szkoły. Przespałem się na ostatnim piętrze kamienicy Daszyńskiego 11.

Damian S szykował się do wyjazdu; po kilku dniach człowiek, z którym przez ostatni okres dużo rozmawiałem, porzucił studia, by podjąć pracę jako robotnik ogrodowy w Irlandii. Z tą świadomością, którą posiada ciężko będzie mu odpowiedzieć na pytania związane ze swoim życiem. Być czy mieć? A może coś, ponad, bo kiedy człowiek ma i kiedy jest? Telefon od Damiana przyjąłem niezbyt chętnie. Jechać do miasta, które wiąże się nie tylko z Jego osobistą porażką, ale i tak ciężkimi przejściami, jakich doznałem w ostatnim czasie było trudno. Uległem prośbom i namowom udając się na imprezę pożegnalną, która polegała na piciu piwa i rozmawianiu o wszystkim i niczym. Jak niegdyś z ojcem tak teraz z przyjacielem wyjechaliśmy w miejsce, które konstytuowało Damiana. Polna droga i na około niczym nie ograniczony horyzont. Transpozycja Wolności.
Po nocy zakrapianej piwem balowicze zbierali się każdy ku celom, które sobie obrał. Damian przejmował się, że zaprzepaścił okulary, przez które coś widział. Ja chciałem jak najszybciej opuścić teren, który nic dla mnie nie znaczył. Całość mojej znajomości z Damianem dopięła się z chwilą polaryzacji naszych charakterów. On miał gdzie jechać, ja już wiedziałem, że to nie kwestia podróżowania po świecie czyni człowieka szczęśliwym.
Praktycznie nie wracałem nigdzie, ani do konkretnych osób, ani do miejsc. Wsiadłem do pociągu bez jakiegokolwiek nastawienia, z kacem moralnym i fizycznym, iż nie potrafimy normalnie bez udziału alkoholu rozmawiać o najważniejszych rzeczach w życiu. Jakiś niesprecyzowany żal nadal gnębił moją duszę; może trzeba było spróbować z tą benzyną. Ta dwoistość utwierdzała mnie w tym, co już wiedziałem – nie jestem dobry, mądry i stały! Siła to licha i złudna! Nie mogę mierzyć siebie taką miarą, bo niczego dobrego to nie przyniesie. Kiedy pociąg ruszył, dosiadłem się do znajomego, który wypatrzył moją postać w tłumie. Sebastian podróżował wraz z Edytą, aby załatwić sprawy we Wrocławiu. Moją uwagę przykuła osoba im towarzysząca, ciepła i skromna. Patrzyłem w jej oczy i czułem, że jest w nich to, coś, co trudno opisać, wywołującego nic sympatii, chęć przyjaźni, a może i miłości. Kiedy dojechaliśmy do Wrocławia, nasi wspólni znajomi opuścili nas. Stałem wraz z Joanną na peronie dworcowym i śmiało zapytałem: - Czy nie będzie miała nic przeciwko temu abym odprowadził ją na tramwaj. Zaintrygowani sobą i okolicznościami podróżowaliśmy w kierunku Biskupina. I tak ponownie dotarłem do pętli. Tyle, że tym razem, to nie był mój scenariusz, ale nieuchronność. Było milczenie, gesty i słowa w konsekwencji Joanna – dziewczyna, o której jeszcze parę godzin temu nie miałem pojęcia, że istnieje, stała się najbliższym memu sercu człowiekiem.

Moja przygoda z Wrocławiem jako miejscem przyjaznym do życia dobiegała końca, bankomat wypluwał dla mnie ostatnie kwoty, a poszukiwania pracy w rozmaitych miejscach nie dały rezultatów. Martwiłem się też o ojca, który został sam w Jeleniej Górze, ze świadomością, że nie wrócę. Teraz nie myślałem zgoła i wyłącznie o sobie, ale o tym jak być i kochać ludzi; nie tylko tych najbliższych, ale każdego spotkanego człowieka. Nie minął tydzień jak powróciłem w strony rodzinne z odmienionym wstępnie, ale fundamentalnie życiem.

Puenta narasta wraz z upływem lat, I tak pewnego dnia wybraliśmy się w trójkę do Komarna, to, co zobaczyliśmy tylko utwierdziło nas w myśleniu, że jedynie Bóg jest trwałym fundamentem, a człowiek ufający Jego obietnicą nie musi być psychicznie niezrównoważonym wędrowcem biorącym udział w gonitwie do śmierci. Komarno, przerodziło się w Koszmarno. Opustoszałe, bez perspektyw na lepsze jutro; gdzie domy, które niegdyś tętniły życiem, straszą ruiną. Ludzie z nich na zawsze odeszli lub błąkają się, wystając pod rozmaitymi tablicami wyznaczającymi im utopijne raje na ziemi. Świat w ten sposób ukonstytuowany rozpościera się na cały glob - UMARŁEM dla tego wymiaru, świadomie opowiedziałem się za Jezusem zanurzając się w wodach chrztu; aby na podobieństwo Jego zmartwychwstać do zupełnie innego życia, opartego nie na materii, ale na Osobie, która ją uczyniła. UMARLIŚMY: Ja, moja Żona i Ojciec!
Wszystko w zupełności po to, by, cieszyć się wolnością i maszerować w przestrzeń, mimo trudów.

Świnie pod Wanną

Stać na straży własnego mienia,
Mieć wszystko tam gdzie być powinno.
Upilnować to, co się posiada, zdobyć bezpieczeństwo.
Mieć świnie pod wanną, kota w worku i...


W przestrzeni napotykamy kształty, które z wolna przybierają postać materialną. Widzimy jak fatamorganę coś wykluwającego się na pograniczu jawy i snu. Dom rodzinny, szkoła budzą w nas marzenia o życiu dla konsumpcji. Chcemy lalki, samochodziki cały lamus niezliczonych gadżetów. Młodość nasza jest tępa, starość zaś napawa się tym wszystkim, co przez długie lata braliśmy w swoje ramiona. Mamy kładki prywatne niosące nas w nieśmiertelność, etos pracy dla dóbr, a w krajobrazie pasaże. Wycieczki do nowo otwieranych marketów, w których można nabyć po cenie promocyjnej ściereczki kuchenne.

- Czy można być ponad to, wyizolowanym?


Priorytetem w naszym życiu jest dorobić się! Wziąć kredyt na mieszkanie, upiększyć je jak najmodniej. Pójść po kolejne pożyczki, standardowo dojrzewać w strefie żarcia, picia, aktywności seksualnej...
- Mieć! Oto kodyfikacja nowej religijności.

Pierwszym mieszkaniem otrzymanym od państwa w przypadku moich rodziców był barak, położony na dzikich peryferiach miasta. Kolejnym, wymarzony lokal spółdzielczy na osiedlu z szarego betonu; M3 - 54 metry kwadratowe.
Trzeba wiedzieć, że lata komuny, mimo całej ciężkości, nie niosły ze sobą, aż takiego bagażu dysproporcji, z jakimi mamy do czynienia obecnie.
Dysproporcje, dlatego o nich wspominam, im większe tym bardziej generują w ludziach chęci. Interesujące, że motorem życia dla przedmiotów może być zarówno skrajna bieda, jak i bogactwo. Zazdrość klasy niższej, wywodzącej się z przestrzeni gett i slumsów, jest często namaszczeniem do bycia konsumentami.
- Należy się nam!
- Inni mają, a my, co gorsi jesteśmy?!
- Jeśli ja nie miałem, niech przynajmniej moje dzieci
użyją do woli!
Pragniemy mieć więcej, bo to ściany krzywe, z rur cieknie, okna zwichrowane przepuszczają wiatr, a licha pensja robotnika wystarcza na chleb z dżemem! Tak rodzi się w człowieku frustracja.
Do szkoły wszyscy chodziliśmy odziani w niebieskie fartuchy. Już wtedy łapówkarze pompowali ciało pedagogiczne. Nawet członkowie mojej dalszej rodziny, wywodzący się z tej samej klasy społecznej, rozumieli co znaczy mieć pieniądze. A to mydełko, markowy alkohol, innym razem czekoladki i już towarzyszka Kowalczyk z wrednej baby przeradzała się w poczciwą, do rany przyłóż wychowawczynię. Kuzyni, jak elementarz mieli wyuczone, że majętność jest czymś ponad. Utwierdziła ich w tym matka pracująca zagranicą oraz wujek, zaprzedany prominent PZPR-u, dlatego też w pewnym momencie mój ojciec mógł usłyszeć od swojego szwagra: „Biednyś, boś głupi!”.

- Nie tylko ojca miałem głupiego, ale i matkę, kto wie może nawet i siostry, podczas gdy inni donosząc i plotkując na nasz temat odznaczali się wysokim ilorazem inteligencji, jak i moralną poprawnością. Ta cała hipokryzja powodowała, że podziały były nie do uniknięcia, szybko zrozumiałem, że z rodziną dobrze wychodzi się, ale tylko na zdjęciu.

W naszej przestrzeni budzi się dobrobyt. Trzeba walczyć o: plazmy, odtwarzacze, nowe samochody, pojechać na wakacje do bunkra nad Morzem Śródziemnym



Mieszkanie w komunie blokowej, to kolejna nauka poprawności. Zawody sportowe pomiędzy rodzinami Zdanowiczów, Wiertaków i Wieczorków. Nawet gdybyśmy nie chcieli, sąsiedzi będą dociekać, kim jesteśmy, na jaki kolor malujemy ściany, czemu nie płodzimy dzieci, jakie są nasze zarobki, a nawet tak absurdalne pytanie: skąd mamy ziemniaki na zimę. Zakupując cokolwiek do domu, trzeba się liczyć, że sąsiad, spotykając nas na schodach, będzie chciał rozpakować zawartość pakunku i zobaczyć, co się w nim kryje. Podobnie też każda intymna rozmowa, może być z powodzeniem podsłuchiwana przez sąsiadkę, nie krepującą się przyłożyć ucha do drzwi naszego mieszkania. - Nas to interesuje! Wszystko, to prowadzi do wojny bytów, w której obie strony są na przegranych pozycjach, gdyż sytuacje są tak tępe, że aż wstyd je rozpatrywać. Aby przekonać się, jak to wszystko prosperuje, wystarczy wynieść na zewnątrz jeden z przedmiotów, który się posiada i z perspektywy obserwatora patrzeć, jak białe robaki w ciągu zaskakująco krótkiego czasu, ogołocą sprzęt do zera. Dlatego też istnieje stała sąsiedzka kontrola; pragnie się wiedzieć wszystko o wszystkich. Ponoć tego typu zabiegi wyznaczają normę. Skoro wiemy, co mają i robią inni, łatwo jest decydować, czego nam potrzeba.

Dziś, kiedy mamy skrzynki na reklamy; z własną rodziną, ale również podczas spotkań towarzyskich z innymi ludźmi, możemy wytyczyć cele. Zdanowicze dorabiający na rynku zaproponują nam zakup płytek podłogowych o podobnym deseniu do ich własnych. Wiertaki i inni będą starali się wpłynąć na to, abyśmy zmienili nasze upodobania muzyczne. Ich życzeniem będzie, abyśmy słuchali muzyki takiej, jakiej oni chcą słuchać. Frantowie nie będą mogli pojąc, dlaczego w naszych oknach nie ma firan, a są trzciny przypominające bambusy. Zaproponują po sąsiedzku pomoc - Jak nie macie firan, to możemy je wam dać! Zły elektryk, podobnie jak i jego córka, będą służyć głosem doradczym, dosłownie w zakresie każdego ulokowanego w piwnicy na półce przetworu. Wszyscy muszą wiedzieć o każdym remoncie, wyjeździe, kroku podejmowanym jednostkowo. A Zdanowicz, książę klatki schodowej, gdy nie będzie w towarzystwie swojej żony, zaglądnie pod spódnicę naszym siostrom. Takim ludziom kłaniamy się i mówimy Dzień Dobry!

Powiedziałby ktoś – Taki jest świat, podstawą do zagarnięcia godności osobistej jest przyzwolenie, na które się godzimy. Trzeba wyznaczyć granicę, gdzie nikt nie ma prawa łamania naszej intymności.

Już dobrze. Teraz napij się kawy. Posłuchaj, jak schodzą do roboty sąsiedzi, sprzątaczki, urzędnicy, socjal i budżetówka. Zatrzymaj się na chwile, zastosuj ramy otwarcia, poprowadź dialog o chorobach i pogodzie, nie można przecież dąsać się na wszystkich.


Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym. Maż w Stanach u boku innej, córka również wybrała życie za Oceanem.
- Jak tam praca?
Wścibstwo podciągnięte pod troskę. A dziękuję, jakoś tam...
– No, to dobrze. Trzeba kombinować, albo inaczej wyjeżdżać póki jeszcze można. W Polsce zostają tylko starcy i nieudacznicy!
- A ile zarabiasz? No to ładnie!

Niesie się zapach drogich perfum, Pani Ania zgrzyczy coś jeszcze pod nosem na temat zepsutych domofonów, które to nas wszystkich powinny chronić przed wizytami obcych. Rzeczywiście popsute, ktoś kopnął w pulpit z numerkami, może ze złości, że nie mógł namierzyć nazwiska, którego szukał. Ludzie teraz są tacy anonimowi.

Samodzielność i siła tkwi w czerwono-biało pasiastej fladze z białymi gwiazdkami na niebieskim tle. Tych, którzy są w Ameryce, postrzega się jak bohaterów, każdy z nas praktycznie ma w rodzinie herosa zmagającego się z zaoceanicznym azbestem. Wielka też odpowiedzialność ciąży na naszych przyjaciołach. Kiedy już nie będą mieli gdzie iść, dogonią ich nasze e-maile, postawią na baczność telefony. I tak – Miron winien wszystkich ściągnąć do Ameryki! Krzysiek do Hiszpanii, a Mariusz nad Jezioro Genewskie. Bez wątpienia wielki progres nastąpił z chwilą wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej. Już nie musimy czekać, aż ktoś łaskawie uraczy nas zachodem. Z całych sił sami pędzimy, jak lemingi w stepy Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i cholera go wie jeszcze, jakiego kraju? Dolar bardzo stracił, a funt zyskał. Miron, nie jest już nam tak bardzo potrzebny. Krępujące, ale tak naprawdę prawie go nie znamy, wiemy tylko, ze ściągnął w ślad za sobą żonę, która złapała wiatr w żagle i odpłynęła do majętnego Jankesa. Stąd wydaje się roztropniej zapoznać kogoś na miejscu: Holendra, Irlandczyka, Dunkę.... Startować z jakiegoś poziomu, aby już na początku deklasować konkurencje.
Yes!Yes!Yes! Nie potrzebujemy Mirona, zapraszają nas premierzy poszczególnych państw, w których tyramy jak niewolnicy. A za większe pieniądze, z miłą chęcią, jak na kosmopolitów przystało, zajmiemy się podmywaniem dup emerytów i rencistów bogatego świata. Szczytem w zakresie robienia kariery, jest nic bardziej prostszego, jak zrobić doktorat w Polsce, a następnie wyjechać zagranicę czyścić muszle klozetowe! - Chwat, zwycięzca z wypchanym portfelem, musimy ocalić świat, sprostać naszym instynktom, wykarmić kolejne pokolenia.

Negocjuję cenę za wykonanie prac alpinistycznych, tu na miejscu! Czyli mniej mi zapłacą, o ile zaakceptują moją bezpretensjonalność. Myślę sobie, żyłowaliście i zaniżacie dalej koszta czasu, który się dla was poświęca. Kobieta dosłownie zapowietrza się, gdy podaję stawkę przeciętną tak naprawdę.
Wszystko mi jedno, co będzie, jest granica, do której można zejść, w innym przypadku najmujcie sobie, tych, których dawno już tu nie ma. Dochodzimy do konsensusu, teraz jeszcze tylko czekać, aż będzie można zacząć.
Cierpliwość, słowo klucz, niekorzystne warunki atmosferyczne, ignorancja, gra znaczonymi kartami. Oznajmiam, że soboty traktuję jako dzień wolny, to tym bardziej wydłuża czekanie, wiąże się z tolerancją. Nikt przecież nie rozumie fanaberii określającej, że sobota jest biblijnym dniem świętym i że w związku z tym najzwyczajniej jestem wolny, odpoczywam od teatru złotówek, funtów i euro. W głębi duszy triumfuję, złamałem kod hegemonii człowieka nad człowiekiem. Sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu.

- A niedziela?
Owszem mogę pracować, ale chyba wy nie możecie, jesteście tak zabiegani, że potrzeba wam zakazu, aby uświęcić to, co człowiek uznał za święte.

Kontestowanie - Żyć dla codziennej iluzji, wypluwać kolejne pokolenia w „umowę społeczną”, płodzić beznamiętne masy dla potrzeb rynku i ekonomi. Bo inaczej - Ludzie! Wszystko szlag trafi, wszystko się zawali.

Pięć złotych na godzinę oferuję nowym pracownikom, jeden z moich współrozmówców. Skarży się, że jeszcze kilka dni temu miał pięcioosobową załogę, a dziś do dyspozycji ma tylko dwóch ludzi. - Chyba za mało im pan płacił, albo robotnicy wyjechali zwyczajnie za granicę. Otrzymuję potwierdzenie.

– No i powiedz człowieku, co ja mam teraz robić, nie ma ludzi, nie ma interesu...!

Zostałem ostatnim przekaźnikiem ciągłości rodzinnej. Mój kuzyn, ze Szklarskiej Poręby za bardzo przejął się uwarunkowaniami. Nie miał pieniędzy, pracy ani rodziny, przez lata brnął w alkoholizm i depresje, aby na końcu zacisnąć postronek na szyi i zawisnąć.
Taka ciężkość, rozpad i upadek, a przecież naszych ojców pchał do miejsc, z których dziś uciekamy, entuzjazm. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, na Ziemie Zachodnie napływali osadnicy. Przyjeżdżali z większym lub mniejszym dobytkiem, zza Bugu i z Polski Centralnej. Bezrolni i małorolni, gospodarze, robotnicy i parobkowie. Czekały na nich nowe obszary, domy, dzieci i praca.
Na początku zakasanie rękawów; nikt tu o nic nie dbał, status ziem był nie do określenia. Mnożyło się szabrownictwo, a przestrzeń pod ciężarem nowego porządku uwsteczniała się cywilizacyjnie. Można było szczać po klatkach, tłuc szyby gdzie się da, pochłaniać inwentarz sąsiadów, demontować trakcje elektryczne. Mnożyły się okazję żeby się obłowić. Po sześćdziesięciu latach pożegnania przez naszych przodków Mazowsza, Litwy czy Ukrainy, fruniemy na skrzydłach tanich przewoźników do Londynu. Wita nas Zjednoczone Królestwo, abyśmy mogli wyrazić wszędobylskim ku..., naszą barbarzyńską tożsamość i zaraz potem zarzygać Heathrow.
Perfidna mentalność pluskwy wypijającej krew z wszystkiego, co jeszcze funkcjonuje. Funty, euro, dolary, jak krew do spożycia. Nie dać się rozgnieść, zagłodzić, nażyć się konsumpcją do syta; w ukrytych szczelinach, złożyć jaja pod podwalinę większej kolonii.

Płyną chmury nad śródmieściem. Czekanie jak tortura. Nie chodzi o pieniądze, ani miejsce, które człowiek wybiera. Znęca się nad człowiekiem, o wiele coś bardziej doniosłego, tożsamość i bycie! - Pracuję na dachu, pociągam pędzlem połacie, wybieram linę w przyrządzie asekuracyjnym. Nikt nie wtrąca mi się w zakres obowiązków, jestem zbyt wysoko, poza zasięgiem, relaks, odprężenie, ulga! Delikatnie przerzucam linę ku przeciwnej stronie, niestety zaczepia ona o jedno z narzędzi, próbuję zachować przytomność. Pistolet do pianki izolacyjnej zsuwa się jednak w dół, spada w otchłań, niknie! Najszybciej jak można staję pod podstawą budynku. Białe robaki maszerują chodnikiem, mają dumne oblicza, naznaczone tysiącletnią tradycją. Gdzieś w tym wszystkim zdematerializowała się cząstka mojego działania. Panta rej, niewidoczni antagoniści.

Ogarnij całość! Jeszcze o tym nie wiesz, nie zdajesz sobie sprawy z błogosławieństw, które będą twym udziałem. Możesz żyć w luksusie, zaciągać kredyty, emigrować do krajów, w których poziom życia jest wyższy. Przykleić do korkowej tablicy fiszkę, w niedługim czasie będę posiadał, opracować system totolotka!

W brudnych, wymazanych farbą ciuchach, nie wzbudzam, szacunku społecznego, a przecież, nie jestem tym, co robię. Czyszczę rynnę, a za chwilę mówię Dzień Dobry dyrektorowi placówki kulturalnej, który zna mnie z zupełnie innej działalności. – Moje uszanowanie! Z ogromnym dystansem, wymieniam spojrzenie z materią, która blokowała się przed moimi możliwościami.

Proszę! Jestem takim, jakim chcieliście żebym był. Ufajdanym w farbie od stóp po czubek głowy, odchodem uniwersytetu, któremu ot najwyżej, pozwala się pomalować dach i wyczyścić rynnę.

Co tam kasa, zabór mienia, tutaj stoją chore domy, na zatrutej ziemi. Dlatego za absurdalne uważam przedsięwzięcie jednego z moich znajomych. Praca w Londynie, tyra w molochu; lata wyrzeczeń i gonitwy za wyższym standardem pochłaniania. Aby na końcu lać fundamenty na grząskich piaskach Mordoru.

Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym.
- Ukradli mi samochód!
Nie patrzyliście, czy ktoś przy nim się nie kręcił?
Jeszcze nie zdążyłam spłacić kredytu, a już mi go rąbnęli.
Jak ja teraz będę jeździć do pracy?
Co za ludzie?
Co za naród?
Dlaczego nie powycinają tych drzew?
Rosną sobie, jak gdyby nic i zasłaniają widok z okna na samochody.
Spółdzielnia powinna coś z tym zrobić; tak dalej być nie może. Trzeba wyciąć wszystkie drzewa, aby już nikt, nigdy nie tracił majątku!

Mieć świnie pod wanną - klucz, zasłyszana anegdota.
Jest w tym coś z rozwiercania zamków w willi mojego wujka, z kradzieży samochodu sąsiadki, z zaglądania pod spódnicę moim siostrom. Słychać już nawet alarm podniesiony przez prosięta, kiedy cała masa repatriantów, bezszelestnie i niewidocznie skrada się ku obranym celom. - Nasz dom jak twierdza, otoczony palisadą; po trawniku biega wilczur i doberman. Ziemia się kręci, noc się zbliża, potem jak gdyby nigdy nic wschodzi słońce, a my zauważamy, że coś jest nie tak w otoczeniu. Świnie hałasują, psy nie chcą jeść śniadania, dlaczego na trawniku leżą pocięte fragmenty drutu kolczastego? Zdaje się, że ktoś ukradł nam sadzonki, rozwiercał drzwi od garażu, są nawet ślady błota na marmurach. Jak tu przetrwać w przyszłości, może zamontować kamery, załatwić zezwolenie na broń, w amoku strzelać do tych, którzy próbują odciąć dopływ prądu. Trzeba też będzie zamontować fotokomórki i blokady, wprawić szyby pancerne, ustawić barykadę i słuchać świń, czy aby nic im nie zagraża.
- Schowam moje skarby, nakryję je pancerzem, stanę do walki, żeby mi ich nie ukradli. Chrumkają biedactwa, teraz są bezpieczne, pan nad nimi czuwa, nie są przecież tak błyskotliwe, żeby przewidzieć zagrożenia. Jak dać im do zrozumienia, żeby zmieniły się choć troszkę? Mniej prowokowały, rzucały się w oczy, dyskretniej taplały w barłogu, przybierały mniej wyzywające pozy?
- Świnie, świnki, świniunie, świneczki. Dla was, przez was, dla waszej przyszłości wypruwałem się jak knur; nie spałem po nocach; emigrowałem, nurkowałem w odmęt za perłami, by rzucić je wam pod racice. Proszę! Schowam was, ukryję. Kiedy zjawi się dematerializacja, nie przyjdzie jej do głowy, gdzie jesteście.

Koniec robót przy ulicy Mostowej, zabieram sprzęt: liny itd.. Rozmawiam z kierowniczką. Zostaję poinstruowany, że w holu ośrodka poruszać się mam w foliowych workach na nogach.
– Proszę się do tego zastosować!
Ależ oczywiście pani kierowniczko. - Na potwierdzenie macham głową, aby kobieta poczuła ulgę. Oficjalnie jestem zerem. Szacunek w tym wypadku jest postrzegany pionowo: więcej go dla rozgrywających na górze, a mniej dla pionków przesuwanych na polu gry. Tak też traktuje się każdego człowieka utrzymującego się w Polsce z pracy rąk. Ukradli mi godność! To o wiele ważniejsze niż cokolwiek. Mam jednak pokój w sercu i wiele dystansu, do tego wszystkiego, co się dzieje wokoło. Wracam myślami do kuzyna samobójcy, szkoda, że nie nauczył się żyć z funkcją braku. Są ludzie na tym świecie, nie mający rąk, nóg, pozbawieni zdrowia psychicznego i wzroku. Nigdy nie pomyślę o nich, że są odpadami, więcej w nich prawdy o świecie niż w nie jednym zdrowym, uposażonym po zęby wrzaskliwym konsumencie. Nie jesteśmy doskonali. Skąd ten krzyk, czy abyś chciał posiąść, a nie jest ci dane?

Świnie, po ciężkim stanie oblężenia, obroniłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłem je trzymać przez długie miesiące prozaicznie pod wanną. Ewaporyzacja, pozbawiała mnie kolejno: samochodu, sanek, rowerów, skutera, narzędzi ogrodniczych. Z budynku zniknęły: odgromnik i rynny. Wewnątrz z pomieszczeń wyniesiono: komputer, dwa telewizory; w tym jeden ciekłokrystaliczny, pralkę i lodówkę, cały drobny sprzęt gospodarstwa domowego. Na końcu jakiś haker dorwał się do moich danych, pozaciągał kredyty i wyczyścił do zera stan mojego konta.
Generalnie jednak wytrwałem. Obroniłem okop „Świętej Trójcy”, z mnóstwem robactwa, kotem w worku, zaduszoną trzodą chlewną!
Jeśli nie my nakarmimy, to nami nakarmią...

Późna noc, komórka wyrywa mnie ze snu. Jestem jak wujek dobra rada, telefon zaufania, gorąca linia od spraw patologii i uzależnień. Łączę - Przykładam do ucha aparat, słyszę basowy rytmiczny głos:
- Aktualnie pracuje na dom, co tam zwykłe mieszkanie.
Londyn, to moloch, przemęczę się te kilka lat i wracam, budować posesję.
Problem jest zupełnie inny!
Wyobraź sobie, że mam trudności ze znalezieniem fachowców od szeroko pojętej budowlanki.
Zaczynam się martwić, nie masz kogoś na oku, kto mi ułoży cegły?


Mijam rozkładających się na mych oczach sąsiadów! Myślę o nowym opowiadaniu: „Teoria Nitki i Cegły”. Napiszę je, gdy wszystko się zerwie. Przedmioty umierają i my też; huzia, kto pierwszy?

Ludożercy

Obrazy śmierci zalewają nas praktycznie w każdym przekazie informacyjnym. Sztuka nie pozostaje obojętna, w wiekach przeszłych był to jeden z chętnie podejmowanych wątków tematycznych, pokazywano rozmaite przedstawienia od tańca śmierci, po makabreski i przerażające obrazy masakr etc. Choroba i śmierć, to zjawiska dotyczące każdego z nas z osobna, personalnie bardzo nam bliskie, a jednak za wszelką cenę wypierane z naszej świadomości.

Korzystając z możliwości, chciałbym się podzielić wrażeniami z wykładu, jaki się odbył w Jeleniogórskim oddziale BWA. Pod koniec ubiegłego roku, gościnnie z wykładem o śmierci w polskiej sztuce współczesnej, gościła dr Izabela Kowalczyk (historyk sztuki, krytyczka i publicystka, autorka m.in. książki pt.: Ciało i Władza, którą również będę starał się zrecenzować na forum.

Polska sztuka krytyczna, związana z nurtem współczesnym, za główny cel stawia sobie nie epatowanie obrazami śmierci, lecz cytowanie jej w kontekście. Obecna na sali wykładowej postronna kobieta zadała pytanie: „Czy musimy oglądać te stare kobiety, te zniszczone chorobą ciała, te pozbawione życia korpusy ofiar wojennych?”. Izabela Kowalczyk, która zajmuje się tymi zagadnieniami, odpowiedziała: „Oczywiście moglibyśmy na to wszystko nie patrzeć, udać, że nie istnieje to w naszym życiu, ale to oznaczałoby, że nie dorośliśmy do zrozumienia tego, kim tak naprawdę jesteśmy. Jest tak, że im bardziej zastanawiamy się nad tymi granicznymi odczuciami, tym bardziej zaczynamy je rozumieć i oswajać się z tym, że i w końcu to i nas dosięgnie."

Z drugiej strony, jeden z postulatów postawionych przez dr Kowalczyk brzmiał, że na obrazach śmierci można zrobić fortunę. Reporterzy uczestniczący w konkursach fotografii dziennikarskiej, zrobią wszystko, aby zdobyć jak najbardziej wstrząsające kadry, które potem mogą im przynieść sławę i pieniądze. Tego typu zachowanie zostało ocenione jako „medialny wzrokowy kanibalizm”. Ciekawe w tym wszystkim, że również my sami jesteśmy zaliczeni do tej grupy, przecież tak często napawamy się widokiem umierających ludzi.

Polska sztuka krytyczna w ostatnich latach zwróciła uwagę na ten temat i uznała, że jest on wart skomentowania z kilku powodów. Na pewno czynnikiem prowokacyjnym jest rola mediów w dzisiejszej komunikacji społecznej. Oto przeciętny człowiek swoją wiedzę o świecie czerpie z telewizji (prasy, Internetu). Wszechobecna kultura masowa uczyniła ze złych informacji, informacje najbardziej pożądane, które na pewno przyciągną odbiorcę i się sprzedadzą. Dlatego artyści uznając, że sami są zalewani tymi obrazami, mogą je codziennie zobaczyć w każdym serwisie wiadomości, zaczęli reagować na nie w swoisty artystyczny sposób. I tak Katarzyna Kozyra w swojej pracy dyplomowej „Piramida Zwierząt”, udała się do ubojni, gdzie wyselekcjonowała przeznaczonego na śmierć konia, a następnie na jej polecenie zwierze zostało uśmiercone, aby posłużyć jako jeden z elementów jej przyszłej kontrowersyjnej rzeźby. „Piramida Zwierząt” wywołała liczne reperkusję oraz oburzenie w rozmaitych kręgach odbiorców, artystkę atakowano przede wszystkim za niemoralność i brak serca, czyli za okrucieństwo. Praca jednak opowiadała właśnie o niczym innym, jak o tym okrucieństwie, które każdy z nas pragnie wyprzeć z umysłu. Większość Polaków to mięsożercy, traktujący pożywienie mięsne, jakby ono pojawiało się znikąd, chodzi o to, że nie tylko koń, ale miliony zwierząt jest uśmiercanych, aby ktoś mógł zjeść sobie kotleta. Zatem atakujemy innych, a przecież to my wytwarzamy zapotrzebowanie na ten mord, to dla nas zabija się w ubojniach prądem zwierzęta, my natomiast w swej hipokryzji pragniemy mieć na rękach czyste białe rękawiczki, nie identyfikując swoich postaw z przemocą i zabijaniem, tak jakbyśmy byli ponad.

Kolejne przedstawienie K. Kozyry pt.: „Olimpia” pokazuje ciało w stanie choroby, starzenia i rozkładu. Nie jest to ciało zdrowe, sztuczne, modelki z rozkładówki czy Playboya, na które chętnie spojrzą miliony mężczyzn, ale nie tylko mężczyzn, bo każdy pragnie patrzeć na ładne buzie etc. Jest to ciało zaatakowane śmiertelną chorobą, pokazujące nam, że z nami może stać się to samo w swoim czasie. I znowu krytyka zareagowała chronicznie, tak jakby to, co pokazała artystka nie dotyczyło człowieka (każdego z nas). Na wielu przezroczach mogliśmy też zobaczyć, jak człowiek z podmiotu staje się w momencie śmierci przedmiotem, bezkształtną masą, bryłą zwłok, często powykręcaną, zdeformowaną lub służącą za preparat w jednej z akademii medycznych (Łódź, w holu A.M. eksponowane są fragmenty ludzkie (prawdopodobnie ludzie bezdomni), służą one za eksponaty dla studentów).

W polskiej sztuce powojennej do tego typu obrazów należą przedstawienia z cyklu „Rozstrzelania”, które tworzył Andrzej Wróblewski (1927-1957). Oglądając te kompozycje, widzimy powyginane torsy, bezwyrazowe twarze i wiele innych detali, wskazujących na symbolikę umierania nie koniecznie zaplanowanego. Kto z nas chciałby dobrowolnie stanąć pod ścianą straceń? Do tych prac znakomicie odnoszą się przedstawienia fotografii dziennikarskiej, gdzie np. w Sarajewie podczas konfliktu dochodziło do opłacania snajperów przez dziennikarzy rządnych tzw. „dobrego zdjęcia”. Ludzie ginęli, bo fotograf opłacił snajpera (dochodziło do takich przypadków). Inny współczesny polski artysta, krytykowany praktycznie cyklicznie za swoje prace Zbigniew Libera w pracy pt.: „Obóz Koncentracyjny” ukazał nic innego, jak wyświechtanie przez kulturę masową prawdy o śmierci. Obóz koncentracyjny w formie klocków lego to dobry obraz naszej obłudy. Funkcjonują przecież w naszym społeczeństwie tzw. dowcipy o Żydach, piecach i kominach, dzieci nasze bawią się zabawkami, które imitują narzędzia mordu, tym bardziej nie zrozumiała jest krytyka, a to z tego powodu, że adresowana jest nie do odpowiedniego źródła (artysta). Wielu z nas wojnę kojarzy jako przygodę, sprawdzian bohaterstwa, a pobyt w wojsku jako sprawdzian męskości. Wystawa „Naziści” w Zachęcie, która skończyła się skandalem z powodu „Kmicica” Daniela Olbrychskiego, pokazała jak bardzo za sprawą kultury masowej została zamazana prawda o brutalności wojny. Artysta czyniąc zabieg wymieszania fotografii prawdziwych nazistów z tymi fikcyjnymi (aktorzy grający nazistów), chciał pokazać, że tak naprawdę nie rozróżniamy już prawdy od fikcji, a wojnę kojarzymy z tym, co pokażą nam w telewizji. Np. z kultowym filmem pt. „Czterej Pancerni i Pies” reż. K. Nałęckiego.

Jaka jest wojna? Czy rzeczywistość jest taka, jak ją nam przedstawiają media, czy rzeczywiście Polacy w misji „pokojowej” w Iraku stoją na straży, tego, co najlepsze? Nad
pobytem polskich żołnierzy w Iraku również zastanawiał się w swych pracach Libera. Kiedy zobaczyłem jego przedstawienie, na którym było widać, jak żołnierz polski z uśmiechem na twarzy obejmuje kobietę iracką, pełną uśmiechu i wdzięczności dla naszego żołnierza, zestawiłem ten obrazek z zasłyszaną historią od ludzi, którzy mieli styczność bezpośrednią z tym konfliktem (żołnierz, pobyt w Iraku). Okazuje się, że kobiety irackie często pozorują ciążę, atakują posterunki okupantów, podchodząc doń, a następnie detonując się w akcie samobójczym. Żołnierze na krawędzi wytrzymałości psychicznej, niejednokrotnie strzelają do kobiet w ciąży, myśląc, że to niedoszłe samobójczynie! O tym nie dowiemy się z gazet, ani z telewizji, tylko bezpośrednio od ludzi uczestniczących w tej akcji.

Inny artysta Artur Żmijewski pokazuje ciała kalekie, zdeformowane, chore lub stare. Trudno jest patrzeć na taki obraz człowieka, z pewnością łatwiej jest malować kwiatki, portrety, konie w galopie etc. Jednak czy skupiając się tylko i wyłącznie na tego typu sztuce, przekazie, człowiek jest w stanie się czegoś dowiedzieć o sobie? W sztuce jesteśmy przyzwyczajeni do obrazów śmierci, ale tych estetycznie poprawnych, czasem nawet urzekających i taki też fotogram można było zobaczyć podczas wykładu: młoda Czeczenka samobójczyni, która dokonała samoeksplozji na koncercie rockowym w Moskwie. Przeczyła wszelkim propagandowym kanonom, które mamy zakodowane za sprawą Rosjan tj. Czeczenka osoba stara, gruba, fanatyczka. Ta młoda dziewczyna, leżąca martwa na ziemi, była piękna, zastygła w potencjale, jaki mogła nieść przez całe życie, z tego powodu prasa zastanawiała się czy te zdjęcie może być pokazane, czy też nie.
Jako twórca niezależny, działający również w zakresie sztuk plastycznych, niejednokrotnie podejmowałem tematykę związaną z ostatecznością. Zawsze byłem świadom powagi tematu, nie chodziło mi osobiście o podkręcanie patosu umierania, ale o sam fakt jej brutalności, tzn. najczęściej nieoczekiwanego wkroczenia jej za sprawą innych ludzi czy żywiołów w nasz poukładany świat. Śmierć to coś nieuchronnego, coś co może się przydarzyć nie tylko starcom czy żołnierzom, ale każdemu z nas w każdej chwili, czy, to dziecku, czy młodej kobiecie, czy pewnemu sobie dyrektorowi firmy lub artyście (np. Beksińskiemu).

Skupiłem się w swoich przedstawieniach na aktualnych problemach, newsach podawanych w serwisach: matki morderczynie, katastrofy, oprawcy ścinający głowy, atak na W.T.C, jak i też Śmierć Papieża, która była za sprawą transmisji medialnej reportażem z umierania, podobnie jak śmierć J. Arafata czy Sadama. Czy artysta może; ma prawo przedstawiać w swej sztuce tego typu przedstawienia, jak powinien to robić, co jest najważniejsze w takich komunikatach?