wtorek, 31 lipca 2007

DZIKUS

„ Na cudze nie liczę, sam próbuję sobie radzić i choć czasem niektórzy mówią, że awansowałem na śmieciarza,nie przygniata mnie to, żyję innym życiem,w innym świecie,tu jestem szczęśliwy!"

( Leon - technik budowlany)


Od momentu, kiedy zamieszkałem w lesie, minęło już sześć lat.
I powiem, że niczego nie żałuję, choć czasem myślę, że mógłbym jako blacharz z doświadczeniem wyniesionym z różnych budów, zajmować się powiedzmy usługami. Tyle, że teraz jest takie bezrobocie, tyle problemów z utrzymaniem się przy życiu, opłatami, że; w żartach powiem, obawiam się, że inni przyjdą mieszkać w moim sąsiedztwie i że obok dzielnicy Jeleniej Góry – Zabobrza, wyrośnie nowe osiedle ludzi bezdomnych.
Kiedyś, budowałem Dom Partii w Bolesławcu, a teraz wygrzebałem sobie dziurę w ziemi i mieszkam jako człowiek niezależny, z dala od przekrętów, chamstwa i przemocy.
Ludzi nie unikam, ale i nie tęsknie. Wielu z nich, co prawda mnie odwiedza, najczęściej po to, aby porozmawiać o problemach. Jedni nie mają na czynsz, drugim brakuje, aby utrzymać dzieci, inni głodują; stracili robotę, no a młodzi nie maja na naukę, są i tacy, którzy przychodzą z nudów popatrzeć jak sobie radzę w takich warunkach. Czasem, to i nawet przeszkadzają: tnę drewno, a tu dwie kobiety stoją na dachu mojego lokum zdziwione, że mnie widzą. I zaraz ludziska pytają się, czy się ukrywam? A ja odpowiadam, że owszem przed głupota ludzką się ukrywam!
Na sto ludzi, to dwóch jest porządnych, a takiego jak ja, to się w ogóle nie szanuje.
Dla większości jestem wyrzutkiem, kimś, kim ludzie by nie chcieli być. Czasem jak idę ulica, to dawni moi znajomi, odwracają się w drugą stronę, aby ręki śmieciarzowi nie podać. Są i tacy, którzy deklarują pomoc, ale to najczęściej tylko obiecanki.
Jednak, żeby było jasne, nie oczekuje od nikogo pomocy, ani się nie skarżę. Z natury jestem optymistą, nie zaglądam do cudzej kieszeni.- Zresztą, pójdę do opieki i co mi to da?
Wszystko mniej więcej, co chce znajduję. Zbieram metale, makulaturę, noszę to do skupu, za to mam pieniądze na jedzenie. No a resztę, ubrania jakieś wyposażenie, to ludzie wyrzucają na śmietnik, choć rzeczywistość w Polsce jest coraz gorsza i widać to dosłownie na każdym kroku. Dziś nawet wśród zbieraczy jest duża konkurencja. Kiedyś, to puszkami wiatr się bawił, a dziś zgrzyty gniecionych puszek słychać przez cała dobę i całe rodziny jak mrówki, się uwijają, a w śmietnikach prawie, że pusto.
Pytają się też mnie ludziska, czy z dnia na dzień zaczyna się grzebać po śmietnikach. W moim przypadku po prostu posprzeczałem się z kobietą; ciężko mi było z nią już dalej żyć. Ze względu na nasze charaktery, odszedłem z domu, od rodziny i zrobiłem to, co zawsze chciałem zrobić zbliżyłem się do natury; bliscy nawet nie wiedza, gdzie mieszkam. Syn kiedyś próbował mnie szukać, dlatego zmieniłem imię, aby nie mieli szans mnie znaleźć.
Nie gonię do pracy, kiedy chcę,to wstaję, jestem szczęśliwszy niż przedtem. No a praca, nie można powiedzieć, że nie pracuję, bo to, co robię uważam za pracę. Jak już mówiłem, nie skarżę się i jestem wytrwały w tym, co robię? Nawet, to śmieszne, ale inni zbieracze mówią, – Że po mnie to nie ma, co iść, że jak Leon poszedł, to już nie ma, co zbierać!
Na razie jestem w miarę zdrowy i musze taki być, bo co, jak co, to zachorować mi nie można. Żadnych świadczeń lekarskich przecież nie mam, jak coś poważnego mnie chwyci, to już do ziemi.
– Emerytura; przepracowany mam dwadzieścia siedem lat, potem pauzowałem, różni mnie jeszcze prosili abym pracował, ale ja już miałem dość, chciałem iść do lasu odpocząć. Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, człowiek bał się wahał, ale oczywiście za osiem lat jak dobrze pójdzie i osiągnę wiek emerytalny, będę się ubiegał o swoje. Myślę, że zostanie, to pozytywnie załatwione, chyba, że umrę i to, co odłożyłem pójdzie do kasy państwa.
Póki, co jakoś sobie radzę na jedzenie skromnie, bo skromnie, ale starcza. Za to, co nazbieram, czyli z dwa, trzy kilo metalu i około 50 kilo makulatury dostaje około 10 złotych dniówki. Czasem zdarzy się, że dociągnę do piętnastu. Także na chleb, makarony, kasze i takie inne tam posiłki starcza.
Mój dzień powszedni wygląda różnie, w zależności czy jest lato czy zima. Jak jest mróz, to trzeba się dogrzać, ale ja mam piecyk, więc w środku mam ciepło? Dzień zaczynam wcześnie, jem śniadanie i wychodzę na obchód. W nocy już nie grzebię, bo mam słaby wzrok, a poza tym jest niebezpiecznie, zdarzają się bójki. Choć ci, co wychodzą nocą na rewir z latarkami, to ludzie raczej normalni, tyle, że się wstydzą chodzić w dzień. Jednak bez porównania w dzień jest lepiej i skup jest otwarty. Jak przychodzę z pięciogodzinnego obchodu, to jem drugie śniadanie i biorę się za obiad? Mam dwupalnikową kuchenkę na propan – butan i na niej gotuję: makarony kasze, ale głównie ziemniaki. Bardzo lubię jajka i nabiał, za mięsem nie przepadam, to raczej je mój pies. Wieczorem kolacja i tak jest codziennie, chyba, że czasem ogarnia mnie lenistwo, to wtedy odpuszczam sobie z dwa dni i nie chodzę na obchody. Wodę czerpię z pobliskiego strumyka, albo ze źródła w lesie.
Jak jest gorące lato, to strumień wysycha, ale czasem jest jej za dużo, aż wlewa mi się do środka ziemianki? Znaczy wlewało się, bo teraz pokombinowałem i jak będzie powódź, to już nie będę pływał z psiakiem na łóżku, tylko puszczę strumień w las.
Służby leśne, policja, a nawet media, wiedzą, że tu mieszkam, tak naprawdę nie można się ukryć przed ludźmi, każdy coś tam ma do wytropienia, każdy ma w tym swój interes. Irytuje mnie to, bo jak żyłem tamtym życiem, to mną się nikt nie interesował, a teraz to przyjeżdżają, rozmaite cwaniaki. Naobiecują złote góry, a potem się nie pokazują.
Przez te kilka lat mojej izolacji, utwierdziłem się tylko w tym, że na ludziach nie można polegać. Mieszkali też ze mną przejściowo, tacy sami bezdomni jak ja i źle mi z nimi było. Natomiast sąsiedzi, którzy mieszkali powyżej w lesie; gdzie mieli prawie, że miasteczko, byli wszyscy alkoholikami. Odwiedzałem ich tam czasem, nawet się człowiek napił, ale oni tankowali cały czas, a tu trzeba robotę zrobić: narąbać drzewa, pójść na obchód itd. Po jakimś czasie takich rządów wszystko się tam rozwaliło, zostało po nich pełno śmieci i koty. Oni mieli bardzo dużo kotów, a kot do miejsca się przyzwyczaja, nie do człowieka. Były też tragedie. Taki Romek delirki dostał, akurat w tym czasie, gdy był sam, bo inni poszli na miesiąc pić w miasto. - Oni tam denaturat pili, spali po wsypach i tym podobne. - Młody człowiek trzydzieści parę lat, delirki dostał, a koty same pozostawione, nie miały, co jeść, to się czepiły ludzkiego mięsa. Nadgryzły mu troszkę twarzy i ręki, potem było dużo szumu, ale na tym miejscu już nikogo z ludzi nie ma, wszystko tam spalone.
Prawdziwego przyjaciela to nie mam, no chyba, że Misiek wierny czworonóg, tak samo bezdomny jak ja. Pilnuje mi domostwa, jak potrzeba to ugryzie, obroni, ale to łagodny pies, dbam o niego i cieszę się, że go mam.
Depresja czy jakieś tam myśli samobójcze, nie przychodzą mi do głowy, nie dawałem sobie życia, aby je sobie odbierać, nawet, kiedy jest takie, a nie inne. Był tu u mnie kiedyś taki, co stracił pracę, stabilizację życiową, myślałem, że pozbiera się tak jak ja, przecież mogłem mu nawet pomoc, ale on wolał skończyć z sobą, powiesił się i to, tuż obok mojej ziemianki. Znaleźli go potem policjanci jak wisiał. Uważam to za jakąś chorobę; fakt ciężkie jest życie, ale trzeba sobie jakoś radzić.
- Czasem znajduję na śmietniku ciekawe rzeczy: wideo, monitor, klawiaturę komputerową, radio czy wieżę na płyty kompaktowe i wiele książek, od Biblii po „Kapitał” Marksa.
Uważam, że nie można się zniechęcać, opuszczać rąk, choć ludzie dokuczają, zawsze im coś przeszkadza, jednak człowiek stworzony jest do przezwyciężania codziennych trudności, no i trzeba patrzeć tylko, aby gorzej nie było ze zdrowiem, abym żył i jak trzeba, mógł pochować psiaka.


Lokum dzikusa zostało umyślnie podpalone, nie wiadomo, przez kogo, nie wiadomo, dlaczego, a sam bohater rozmył się w nicości i tylko czasem widać ostatnią przemijalna realność z tej tragicznej opowieści, szwendającego się na peryferiach miasta psa, czekającego na nowego pana.