– Jedzie grupa motocyklistów wyczynowych, za chwile grupa jeźdźców na czterokołowych motocyklach. Huk i pył prosto w twarz. Rozjechane leśne drogi. Przy kolejnym spotkaniu próbuję ich zatrzymać. Ostatni przystaje, twarzy jak u pozostałych nie widać – profesjonalne maski. Mówię: ”Dziękuję za Ciszę i świeże powietrze w lesie” Dodał gazu. I tyle. Pytałem zorientowanych – jeżdżą często.
Andrzej -”Niedzielny spacer w lasku za górką jeżowska za Zabobrzem. 09-07-07.
Wzrost zamożności społeczeństwa polskiego powoduje, że pojawiają się w klasie nowobogackiej nowe mody i zapotrzebowania, na rozrywkę. Na terenie Sudetów, a szczególnie Kotliny Jeleniogórskiej i przyległych doń gór (o tym terenie będę pisał, gdyż zjawisko obserwuje właśnie w Kotlinie) można, obserwować ze strony wzrastającej komercjalizacji następujące zagrożenia dla ochrony krajobrazu, środowiska naturalnego: wznoszenie budynków jednorodzinnych, w pop-kulturowym stylu architektonicznym; aż dziw bierze, że ludzie wydają na te szkaradne bunkry tyle pieniędzy. Całe wioski Kotliny Jeleniogórskiej są niszczone krajobrazowo, przez rozmaitego typu pop-pałacyki, chaty „podhalańskie”, geometryczne maszkary i wiele innych „cudów świata”. Spacerując, po jednej z takich nowobogackich dzielnic, widać brak gustu właścicieli: a to na placu przydomowym, posadzonych jest cały zestaw drzewek z całego niemal globu, a to inny właściciel jak „Wodnik Szuwarek” wykopał sobie „romantyczny” staw z drewnianym mostkiem łukowym przerzuconym nad taflą wody, ktoś inny zafascynowany kulturą wschodu, zrobił sobie ogród japoński, a tradycyjny wyznawca kiczu, gdzie tylko się da ustawił sztuczne bociany, gąski i krasnale. Wszystko, po to, aby było pięknie i bogato.
UF! -Kiedy już ma się upragniony pałac, którego chroni wataha obronnych psów, można, śmiało pomyśleć o adekwatnej dla portfela rozrywce. Nie będę się rozpisywać o szeregu możliwości, to pozostawiam wyobraźni odbiorcy. Ciekawym zagadnieniem jest jednak geneza potrzeby, która rodzi się w zblazowanym na swych włościach „magnacie, a jeszcze bardziej ciekawym psychologiczny rys charakteru i tożsamości zawłaszczającej w swe ramiona, co tylko się da. Mentalność posiadacza zatacza magiczne kręgi poza obręb pop- posesji. Aby poczuć, że się żyje, uciec przed nudą, czy pokazać sąsiadom, swój wigor i zawartość portfela, do kompletu trzech samochodów, nowobogacki zakupuje, dla siebie i dla swoich dzieci, jeśli takowe posiada, motory terenowe i kłady. Najpierw nasz sportowiec karmi bakcyla, jeżdżąc po okolicznych górkach. Taką sytuacje można obserwować w północnej części Kotliny Jeleniogórskiej, przylegającej bezpośrednio do Gór Kaczawskich. Są to góry stosunkowo nieskomercjalizowane, środowisko naturalne jest tu w o wiele lepszym stanie niż w chronionych Karkonoszach. Niestety, ten fakt wykorzystują „rajdowcy” pędząc, po leśnych bezdrożach. Wyjazd w trasę wygląda następująco. Nawet często nie ukrywając faktu przekraczania prawa, cała wataha krosowców, wyrusza z dzielnicy Maciejowa (w pobliżu znajduje się sklep motorowy, zaopatrujący fascynatów w potrzebne części i akcesoria), w stronę stawów hodowlanych, gdzie ma powstać okręg ochronny „Natura 2000”, na stałe bytuje tam m.in. Rybołów, rzadkość na Dolnym Śląsku. Skład drużyny krosowej, to głównie młodziki, ale są i rodzice, wożący dzieci na kłodach, a nawet i dziewczyny, którym pojazdy czterokołowe (kłody), szczególnie wydają się bezpieczne. Cała ekipa mija metalowy szlaban oddzielający las od terenu z urbanizowanego i wjeżdża w partie szczytowe Gór Kaczawskich.
Rajdy odbywają się cyklicznie najczęściej w dni wolne, w rejonie Maślaka, Stawów Maciejowskich, Uliny, Dziwiszowa, Góry Szybowisko, Jeżowa Sudeckiego, Góry Wapiennej. Na polanie pod Szybowiskiem, z dokładnością zegarka można ustalić czas przejazdu pętli rajdowej: Jeżów Sudecki – Góra Szybowcowa – Dziwiszów – Jeżów Sudecki. Kolejno, kiedy górki przyległe okażą się dla „endurowców” nudne, krąg magiczny zatacza większe koło. Podczas spaceru po Karkonoskim Parku Narodowym, w dolnych partiach można „obserwować” nie tylko jelenie, sarny, dziki, czy inną zwierzynę, ale i zamaskowanych barbarzyńców na pędzących maszynach. Maszerując w ciszy, nagle wyjeżdża na nas ośmiu krosowców, wymijają nas z lewa, z prawa, ryją ściółkę lasu, płoszą ptaki i zwierzynę płową. Często mkną w rejonie Szklarskiej Poręby i Michałowic (rejon potoku Szklarka, Pracz) oraz w otulinie parku karkonoskiego, rejon potoku Czarna Płuczka. Partie innych pasm górskich również są rozjeżdżane np. Rudawy Janowickie, rejon przełęczy Karpnickiej – Fajka, Góry Sokole itd.
Zjawisko przyjmuje rozmiar międzynarodowy, bowiem pseudo sportowcy z całej Europy, a może i świata, wiedzą, że można sobie bezkarnie jeździć krosem w Karkonoszach. W Internecie nawet promuje się tego typu nielegalną jazdę, jako jeden z elementów „promocji” regionu.
Problem oczywiście ma swoje źródło. Wiele lat temu, na terenie Kotliny Jeleniogórskiej, były organizowane Rajdy enduro oraz Mistrzostwa Świata w motokrosie. Wówczas wydano m.in. zgodę, aby na terenie Góry Szybowcowej przeorać całkowicie podłoże, mimo występujących tam roślin chronionych, podobnie rzecz się miała z terenem obecnego Parku Krajobrazowego Dolina Bobru (Góra Gapy, Lipnik, Cichoń). Obecnie we wszystkich tych miejscach można spotkać pseudorajdowców, którzy prawdopodobnie niegdyś byli kibicami. Dziś miasto Jelenia Góra, a także i władze przyległych miejscowości Jeżów Sudecki, Dziwiszów, Szklarska Poręba, Karpniki, Piechowice, wydają się bezradne w walce z ryczącymi silnikami krosów. Stwierdza się, że od tego jest policja, aby ścigała przestępców, problem w tym, że owi przestępcy, wyjeżdżając w trasę, ściągają tablice rejestracyjne, a ścigani wjeżdżają w las, gdzie policja jak tłumaczy, nie ma szans ich ścigania. Dziwne, bo w innych przypadkach stosuje się obławę, śledztwo; przecież w sklepach z akcesoriami motorowymi na terenie kotliny pojawiają się te same osoby, można sprawdzić, kto posiada motor, gdzie mieszka, ustala się w ten sposób krąg podejrzanych. Liczne sygnały od oburzonych turystów i spacerowiczów, są przez policje bagatelizowane, nie wiem, czy uważa się ten proceder za mało szkodliwy, ale każdy fakt zgłoszenia przybliża do uporania się z problemem, wystarczy na mapie naznaczyć, w jakim rejonie gór odbywają się przejazdy krosowców i spokojnie jak przyjdzie weekend: czekać tam na nich, jeśli nawet się ich nie złapie, to przynajmniej działa efekt psychologiczny, ktoś jest i na nas poluje. Góra Szybowcowa (cykliczne miejsce przejazdu), ma dogodny wjazd, jest na szczycie parking, gdzie radiowóz mógłby spokojnie oczekiwać, aż zwierzyna wyjdzie im, naprzeciw, ale to widać nie jest do wykonania obecnie dla stróżów prawa. Problem przerasta, a przecież mawia się: Polak potrafi? Moim zdaniem, każdy motor krosowy, winien być sprzedawany w sklepie motorowym z wbudowanym GPS, wówczas, policja miałaby jasny obraz, kto i gdzie jeździ, przecież wiadomym jest, iż jeśli ktoś decyduje się na zakup takiego sprzętu, to nie po to, aby stał on w garażu, a skoro w pobliżu nie ma legalnych tras do rajdowania, to oczywistym, jest, że będzie łamał prawo, jeżdżąc po lesie i to nawet w Parku Narodowym.
Na koniec historyjka: jeden z rajdowców, skarżył się w prasie, że ktoś założył na jednej ze ścieżek leśnych, na niego wnyki, młodzieniec narzekał, że mógł stracić życie. Kiedy policja i pozostałe władze bagatelizują sprawę ludzie zaczynają działać we własnym zakresie, ale czy mamy wtedy do czynienia z państwem prawa? Już najwyższy czas, aby, ktoś zrobił z tym porządek, nie może być tak, że jakaś grupa społeczna ma dobrą rozrywkę, a pozostała część społeczeństwa, i przyroda, ponosi na tym szwank.
środa, 1 sierpnia 2007
Koszmarno
„Wiemy, bowiem, że jeśli ten namiot, który jest naszym ziemskim mieszkaniem, się rozpadnie, mamy budowle od Boga, dom w niebie, nie rękoma zbudowany, wieczny.
Dlatego też w tym doczesnym wzdychamy, pragnąc przyoblec się w domostwo nasze, które jest z nieba.”
II List Św. Pawła do Koryntian 5.1-2.
Górskie eskapady przysposabiają człowieka do kontemplacji, jednocześnie wzmagają specyficzne odczucie ucieczki w świat niezbrukany, pozostający poza tym wszystkim, co oferuje nam cywilizacja. Już w bardzo młodym wieku odczuwałem nastrój współistnienia ładu i chaosu, a wędrówki, które odbywałem z ojcem po rozmaitych pasmach górskich, rzutowały na mój sposób myślenia.
Wyjeżdżając w teren koncentrowaliśmy się na jak najszybszym opuszczeniu miasta; stało się wówczas na zatłoczonych do oporu peronach i forsowało drzwi autobusu czy wagonu. Na szczęście tania, choć toporna komunikacja, pozwalała dotrzeć niemal do każdego miasteczka i wioski. Niejednokrotnie rezygnowałem z różnych form spędzania czasu z rówieśnikami, dla odcięcia się od wszelkich znaczeń wyznaczonych mi przez betonowe getto. Przestrzeń, do której się uwalniałem oferowała mi o wiele więcej przyjaznych impulsów niż utopia PRL-u. Dzwonki i zegary, które mieliśmy w głowie cichły. Mój ojciec przechodził przemianę z robotnika w człowieka, a ja nie musiałem się martwić, co będzie, kiedy aparat edukacji zgnębi mnie tak, że nie będę zdolny się podnieść. Przyroda gór w odróżnieniu od oparów siarkowodoru emitowanych z położonej w środku Jeleniej Góry Celwiskozy, nie śmierdziała. Kiedy wędrowaliśmy łąkami nic nas nie tłamsiło, gdy innym razem szliśmy przez las czuliśmy, że jest tu wszystko, co potrzebne do szczęścia; gdy widzieliśmy rzekę, odczuwaliśmy dynamikę życia. Wiatr, słońce, sarny, śpiew ptaków, dalekie horyzonty; tu nie chodziło o romantyzm, ale o równowagę niezbędną do życia. - Kaczawskie Góry:, Chrośnickie Kopy, Okole, Lubrza, Skopiec..., Miejsca, w których nauczyłem się naturalności.
1986- maj najpiękniejszy miesiąc roku. Podczas słonecznego dnia chaos wkrada się w przestrzeń mojego wypoczynku. Przymusowo pod groźbą obniżenia podatności na zaliczenie kolejnego roku szkoły, wygnano nas na pierwszomajowy pochód. Czerwone flagi były jak policzek w twarz, hasła na transparentach pozostające już tylko w pamięci, odznaczały się wyjątkową perfidią. Po tym całym cyrku z robotnikami w roli głównej, wybrałem się z ojcem w Rudawy Janowickie. Niebo bezchmurne, słońce wyjątkowo mocne i widoki zbrukanego skażeniem czarnobylskim świata! Tu nie chodziło o pesymizm, ale o logiczność.
Walił się system, rodził się kolejny. Uparcie szukałem odskoczni, zalewając się potem w wielokilometrowych marszrutach. Błądziłem latem i zimą po wykrotach i uroczyskach, szukałem zaradności, przystosowania do świata, którego nie można zaakceptować. W ten sposób natknąłem się na jedno z bardziej pochłaniających, a zarazem próżnych zajęć, znieczulających ból egzystencji wspinanie. W odróżnieniu od komunistów, księży i robotników ludzie gór wydali mi się wiarygodni i w miarę oswobodzeni. Nie rozumiałem wówczas, że często byli zaprzęgnięci w kierat udowodnienia światu, że coś znaczą, że ich osiągnięcia sportowe mają jakiś sens. Wyłonieni z masy, za wszelką cenę pragnęli stać się jednostkami; skały i góry były dla nich jak gdyby bogiem, fundamentem za pomocą, którego życie nabiera sensu.
To prawda; równie dobrze mógłbym jeździć na nartach, chodzić po jaskiniach, łapać ryby, czy uprawiać lotniarstwo. Wybrałem jednak dyscyplinę najbardziej odpowiadającą mojej naturze, zainteresowaniom i temperamentowi. Amok wspinania, był na tyle duży, że pochłonął mnie na kilka lat. Oczywiście w tym okresie miałem wiele celów, które uznawałem za wyjątkowe i dające poczucie wartości. Czułem wolność; mimo uzależnienia od miejsca i zajęcia, które napastowało mój mózg, do stopnia, w którym zdolny byłem ryzykować życiem, dla przejścia jakiejś tam połaci granitu. W całym tym szaleństwie były jednak chwile kontemplacji. Podobnie jak w wędrówkach z ojcem tak w momentach pokory, kiedy to stykałem się z przyroda jako tłem mojego bycia tu i teraz; dorastałem. Huk wiatru, przepaść siejąca grozą, panorama z wierzchołka skały. To metafory zagrożeń rzeczywistych.
Myślę sobie – Mój Boże, są ludzie, którzy mają inne motywacje, szukają spełnienia wedle innych wykładni; tak jest z pewnością. Do tej pory zmagam się z pytaniem, jaki imperatyw tkwi w ludziach, że są skłonni, tak jak ja niegdyś poświęcić niemal całe swoje zainteresowania dla jednej namiastkowej płaszczyzny. Żyć przez lata, pracować, płodzić i rodzić, wychowywać i umierać w tle orientacji czasowej. Być może śmierć osób w górach warunkują nie tylko zmienne i surowe warunki, ale jest to jakby samo sprawdzające się życzenie. Poczułem się wśród wspinaczy jak w sekcie, widocznie za bardzo intensywnie pracował mój mózg, kiedy to widziałem konających na mych oczach straceńców. Z wolna dotarło do mnie, że granit, wapień, piaskowiec, to tylko jeden z wielu elementów przyrody. Zmiana i szczęście wiąże się zupełnie z czymś innym niż chwytanie występów skalnych. Bo czy ludzka tożsamość tkwi pod okapem, w lodospadzie, albo w rysie? Dobrze, było to zrozumieć.
Z powrotem w rzeczywistości z utopi w utopię, tym razem bardziej masową, uznawaną za obowiązującą wykładnię. Przebrnąłem przez system edukacyjny, aby pozyskać glejty do względnego funkcjonowania w społeczeństwie. Oceny, świadectwa, rozmowy kwalifikacyjne, kolokwia, egzaminy, seminaria - nowe horyzonty. Nawet nie myślałem, że będą mi dane; dwa kroki w przód, a jeden... w tył: historia, kulturoznawstwo, seminarium teologiczne. - I przemieszczam się ponownie jak nomada w poszukiwaniu lepszej przestrzeni życia, opuszczam góry, wioski, miasteczka, własną celę w bloku, aby przez trzy i pół godziny podróżować do większego ośrodka miejskiego. Kiedy podczas tej nużącej jazdy w wagonie nieczystym, względnie, przeanalizuje całe swoje życie i będę miał dość wsłuchiwania i wpatrywania się w to, co mówią i robią współtowarzysze i współtowarzyszki odysei z PKP., Kiedy dojadę już do celu: wówczas stanę na dworcu głównym we Wrocławiu, tuż pod wciąż zmieniającym się, elektronicznym rozkładem jazdy i w ciągu kilku minut mentalnie wyrwę się w całą Polskę. A potem wyruszę w miasto i pierwsze, co zobaczę, to neon witający konkretnie mnie – „Dobry Wieczór we Wrocławiu”!
Nasuwa się pytanie - Czy jestem względnie dobry? Gdybym był nie zrezygnowałbym z historii, uniknął wielu nieprzyjemności i miał w sobie tyle pogody ducha, aby starczyło nie tylko dla mnie, ale i dla każdego, kogo bym spotkał. To jest wyzwanie - cel. Cynizm i nihilizm, który mnie gnębił przez całe życie, przecież nie bierze się ot tak z niczego. Wystarczy spojrzeć gdzie kierujesz swoje kroki, co czytasz, z kim przebywasz, co uważasz za ważne, gdzie mieszkasz, nawet przez chwilę. Bo jeśli być przenikliwym, okaże się,że wszędzie mieszkamy tymczasowo. Tak - oto zagadnienie. Nie tylko ja wychodzę w przestrzeń i nadmiernie skupiam się na sobie, ale czyni, to każdy bez wyjątku. Ten cholerny dworzec z tablicą do lepszego świata jest w każdym z nas, a potem są kroki, mijające tramwaje, Galeria Dominikańska w budowie, potem coś nienamacalnego, dalej rozstrzelona infrastruktura Uniwersytetu, bar Duet, w którym bywa, że spożywam posiłki i stancja moich kolegów położona obok ulicy Narodowej Jedności. Pytanie jak to wszystko przekłada się na przyszłość; moje prowadzenie, kolor lamperii dobranej przez Piotra, zmagania się Kasi i Roberta z Arturem i wizyta Damiana. - Huk z pistoletu i start w gonitwę za czymś bliżej nieokreślonym, po to by być lepszym od innych. Mijają lata, a ja biegnę. Przepycham się, staram się coś sobie i innym udowodnić, wydaję na świat nowe pokolenia, i to są moje - nasze kładki prywatne do kariery, szczęścia rodzinnego, w dobrobyt, w pseudonieśmiertelność.
Kolor lamperii pomarańczowy, ubikacja bez drzwi, związki formalne i nieformalne zakrapiane piwem i wreszcie widok z okna na narożnik uliczny, przy którym właśnie konstytuuje się alkoholowa, napowietrzna grupa spotkaniowa. To wybraliśmy porzucając świat bliższy naszej natury. Przebieramy nogami w wyznaczonym, przebiegu czasowym, a kiedy jesteśmy już na tyle mądrzy by pojąć, że przed nami smutny cel, stajemy w paraliżu i mantrujemy do bólu. To, co minęło już nigdy nie wróci. Na pocieszenie zostają nam zdjęcia i kwiaty noszone na groby bliskich. Szczęśliwe dzieci, lecz....
Jedność, jaką stanowi nasz naród jest taka, że Damian za kilka tygodni zmuszony jest wyjechać. Dla niego tablica z nazwami miast pulsuje na lotnisku i zatrzymuje się na nazwie Dublin. Dlatego też rozmawiamy właśnie z sobą. Ja nakreślam plany związane z Wrocławiem, Damian opowiada mi o Szkocie, który zwerbował go na wakat w Irlandii. Wiele czasu czekał na pracę, aż ta zaczarowała go ofertą. W sąsiedztwo jego posesji zawitali ludzie szukający pracowników mówiących po angielsku. Dalej już wszystko potoczyło się normalnie. Damian rezygnuje z dalszej nauki, aby spróbować szczęścia i pomóc rodzinie tonącej w długach. Na pracę w Brzegu Opolskim podobnie jak w całym Mordorze nie ma, co liczyć. To chyba paradoks, zjechałem dopiero, co do Wrocławia i znalazłem to, czego szukał przez wiele miesięcy Damian. To nic, że ulica Beskidzka jest oddalona o półtorej godziny jazdy od miejsca, z którego wyruszam. Nic też, że przesiadam się trzy razy. Jest robota – tak pocieszam się patrząc na plan miasta. Naszym dylematom współtowarzyszy wyciszony do zera telewizor – świetlista lampa, okno na świat. Cieszymy się żartujemy opowiadamy anegdotki, przy nucie grozy, jaka płynie z kineskopu. Co to jest – Pytam film fantastyczny, gra komputerowa. Stacja CNN, wciąż pokazuje kłęby dymu i uderzające w World Trade Centre samoloty. - Babilon płonie podkreśla Damian, w milczeniu spoglądamy jak dekonstruują się wieże Manhattanu. Równolegle w bramie tę samą dekonstrukcję tylko w jednostkowym i rozłożonym w czasie wymiarze osiąga mężczyzna zalęgający na posadzce na podobieństwo wycieraczki. Dwa kroki pomiędzy tułowiem i głową, fruniemy ja i Damian nad upitym do nieprzytomnymności rodakiem; szybciej, prędzej by zdążyć na tramwaj.
Dwunasty września 2001, przemieszczam się w kierunku ulicy Beskidzkiej; to ma być synonim gór, czeka tam na mnie oferta pracy pomocnik dekarza, przesiadam się cierpliwie z wagonu do wagonu, z autobusu w autobus, wystaje na pętlach. To jest miejsce, które stwarza nowe możliwości. Pętla materialna i czasowa, bez większego sensu na logiczne życie, logiczne jutro. Zarabiać, aby zarabiać, żyć, aby żyć i to wszystko dla samego siebie projektować. Nie docieram do Nowego Dworu, powracam do Centrum, aby skorzystać z bankomatu, który zawiera mój limit środków niezbędnych do szukania nowych okazji.
Apokalipsa, krzyczą plakaty rozmieszczone niemal w całym mieście, składają hołd pomordowanym w Ameryce. Tak kończy się ludzkie życie, nagle i niespodziewanie. Szykuje się nowa rzeczywistość, nowa wojna, hegemonia Stanów Zjednoczonych; palić będą i rabować, w imię demokracji, odwiecznej walki o pokój pacyfikować.
Wrzesień jak kampania wrześniowa, nie do podźwignięcia, zwłaszcza dla człowieka atakowanego ze wszystkich stron, uwikłanego w własne sidła. Świat wartości, który miałem uległ rozpadowi, kolejny raz doświadczyłem upokorzenia, a zarazem zrozumiałem gdzie jest moje miejsce. Krzyczała we mnie nutka zawzięcia, aby przechytrzyć nieuchronność, która wyrokuje inny scenariusz niż bym sobie tego życzył. Zapętlenie ideologiczne i brak punktu odniesienia wydają mnie na zagładę. Tydzień po ataku i bezowocnych poszukiwaniach pracy zdecydowałem się na ostateczna konfrontację z Ułudą, która dopadła mnie, by ostatecznie pogrążyć moje nadzieje osadzone w tym świecie. Tak jak wspomniałem, byłem wystawiony na finalizację.
Jedna z publikacji stwierdza, że w okresie globalnych katastrof; czy nawet, kiedy dzieją się tragedie na szczeblu lokalnym ludzie, mający skłonności samobójcze wcielają je w czyn. To, co się działo w mojej psychice być może rezonowało z bieżącymi wydarzeniami, ale nie robiło znaczącego wyłomu w moim sposobie myślenia. Jak bowiem nadać sensu czemuś lub komuś, kto tego już nie jest w stanie dojrzeć w realności. Jako jednostka poczułem, że dotychczasowe formy rozmaitych przedsięwzięć, jakie podejmowałem oparte były na z góry przegranej materii. Produkując eliksir snu, myślałem tylko o jednym; jak najszybciej wydostać się z Wrocławia, pozostawić wszystko i wszystkich, udać się w miejsce odludne i spokojne odejść z tego padołu, w pełni pogodzonym z brutalna rzeczywistością.
W aptece, w pobliżu hali targowej zakupiłem strzykawkę wraz z igłą. Ekspedientki, czuły, że jest ze mną coś nie tak. Milczały podając mi treść mojej marności. Następnie skierowałem się do sklepu chemicznego, po benzynę ekstrakcyjną, by w ten sposób zabezpieczyć się na wypadek, kiedy podstawowy specyfik nie zadziała. Trudno maszeruje się ulicą, wśród tłumu ludzi, ze świadomością ostatecznej porażki. Trudno podróżuje w miejsce swojego końca. Gdy nie lada osiągnięciem jest normalne spojrzenie w oczy, drugiego człowieka. - Czy On - Ona wie, co jest w naszym sercu, gdzie kierujemy swoje kroki. Zauważyłem, że kobiety są bardziej empatyczne, bardziej wczuwają się w nastrój i sytuacje drugiego człowieka.
Kiedy dotarłem do „przystani”, udałem się w stronę Parku Wolności. Rozległy teren porośnięty mieszanym lasem był w mojej opinii najlepszym miejscem; z dala od wszystkich i wszystkiego.
Gdzieś w godzinach południowych przekroczyłem barierę naturalnych hamulców. Jak z bólem zęba, zblokowałem uczucia alkoholem; tyle, że w tym wypadku chodziło o całość w dosłownym słowa tego znaczeniu. - Stracić oddech, błękit nieba, blask słońca, widok chmur przepływających nad górami, nigdy nie zobaczyć już morza, nie porozmawiać z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi. Wybrać z gruntu nie wiadomo, co, uznać się za pokonanego. Wszystko, co było dobre w mym życiu..., ale były rzeczy, z którymi jako człowiek nie umiałem sobie poradzić, dlatego znalazłem się w tym miejscu jako ten, który przegrał życie. Co czuje człowiek w takim momencie; żal ogromny, powagę sytuacji i beznadziejność. Chwyta się czasem ostatnich impulsów łączących go ze światem, jakby chciał odnaleźć sens, choćby cień życzliwości, kierowany od świata w swym kierunku. Jednak nic prawdziwego nie otrzymuje, gdyż ludzie nie są w stanie mu zaoferować tego, czego szuka - Wolności!
Po pewnym czasie przestały docierać do mnie bodźce dopływające z otoczenia, najpierw dźwięki wydłużyły jakby falę dotarcia, śpiew ptaków stał się basowy powolniejszy przypominał raczej gardłową mowę, aż ustał zupełnie, potem na przemian widziałem ciemność i jasność, aż straciłem poczucie czasu, miejsca, tożsamości i istnienia.
Jest miejscowość w górach, które znam z dzieciństwa, Komarno, niegdyś zaludnione aż po sam koniec, gdzie łączyło się w jedno z przestrzenią Gór, które kocham. Wędrowaliśmy stamtąd w stronę, Połomu i Wojcieszowa lub odwrotnie w stronę Przełęczy Widok. To był inny świat, czas i ludzie. Mój ojciec miał na sobie zwykłą koszulę flanelową, chlebak, w którym znajdowała się mapa - kanapki, to wszystko starczało jemu, aby być szczęśliwym, by wracać do dzieci i żony.
Głos, który z nagła dał się słyszeć, rozprawiał o zupełnie innym obrazie świata, niż ten, w którym terminowałem. - Wszystkie formy trwania na Planecie Ziemia czekają na najważniejsze wydarzenie w skali fundamentalnej, oznaczającej koniec znanej rzeczywistości. Wobec powtórnego przyjścia Zbawiciela wszystko nabiera zupełnie innych wartości i sensu. Ciężary, które tak nas zżerają, są tak naprawdę niczym. Wytworzone przez bojaźń owszem paraliżują nas. Jednak Bóg, Pan Wszechświata jest ponad troskami. Pozostaje przy nas w najcięższych chwilach, i ratuje, kiedy my sami nie potrafimy już nic. Nasze prowadzenie; porażki, zwycięstwa, myśli i uczucia, przemijalność są mu znane. Jest - Który Jest przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, zaprasza do zmiany wartościowania oraz uszanowania daru życia, którym zostaliśmy obdarzeni. Nie tylko tu i teraz, ale i tego po finalnym przyjściu - Króla Królów, który Zbawił za darmo wszystkich.
Był mżysty zmierzch, nie wiedziałem ile czasu trwałem w zawieszeniu, czy to były dni, czy godziny. Straciłem orientacje, trudno było mi określić gdzie jestem, czy to jest znana rzeczywistość, czy zupełnie coś innego. Czułem też obecność wroga, ogromną zaporę nieprzekraczalności, do której chciałem przejść; z jednej strony intrygowała i kusiła, aby spróbować ponownie z pomocą benzyny i strzykawki; z drugiej ciemność oznaczała totalne zagrożenie i niebyt. Uchwyciłem się słów nadziei, a następnie bodźców zewnętrznych. Telefon komórkowy, z pulpitem wyzerowanym do czystości; tak,że nie było widać ani daty, ani godziny, dodatkowo potęgował zamęt. Błędnik szwankował, odzyskałem logikę i trzeźwość, przybrałem pozycję pionową. Poczułem ogromną radość i lekkość tych zagadnień, które do tej pory mnie paraliżowały. Jakie znaczenie ma, bojaźń, przemijanie, bieda, jeśli wszystko, co najważniejsze dla nas zawiera się w ofercie Jezusa. Na którego przyjście świadomie czy nieświadomie czeka cała ludzkość. - Jej chora ograniczoność; zdałem sobie sprawę o oddaleniu ludzi od Boga, swoistej amnezji, że to właśnie z jego strony można oczekiwać pomocy na całe życie.
W porównaniu ze stanem poprzednim zachowywałem się jak szaleniec, musiałem dotknąć dna, aby ujrzeć świat zgoła odmiennym. Przypomniałem sobie, to wszystko, co niegdyś wyczytałem, w Księdze Daniela, Apokalipsie i Ewangeliach. Nie było tam słodkich słów na temat otaczającego nas świata; umrze on jak wszystko, co jest ograniczone. W poruszeniu chciałem jak najszybciej wrócić do rzeczywistości i podzielić ze znajomymi tym, co mnie spotkało. - Myśl naczelna: opanować emocję, aby ludzie nie myśleli, że bredzę. Z wolna, a potem szybkim krokiem dotarłem na dworzec... – Do Wrocławia przybyłem przed północą. W jednym ze sklepów nocnych kupiłem mleko i pieczywo. Drzwi stancji, na której przebywali moi znajomi dawno były już zamknięte. Nie starałem się budzić tych, którzy mieli z rana wstać do pracy i szkoły. Przespałem się na ostatnim piętrze kamienicy Daszyńskiego 11.
Damian S szykował się do wyjazdu; po kilku dniach człowiek, z którym przez ostatni okres dużo rozmawiałem, porzucił studia, by podjąć pracę jako robotnik ogrodowy w Irlandii. Z tą świadomością, którą posiada ciężko będzie mu odpowiedzieć na pytania związane ze swoim życiem. Być czy mieć? A może coś, ponad, bo kiedy człowiek ma i kiedy jest? Telefon od Damiana przyjąłem niezbyt chętnie. Jechać do miasta, które wiąże się nie tylko z Jego osobistą porażką, ale i tak ciężkimi przejściami, jakich doznałem w ostatnim czasie było trudno. Uległem prośbom i namowom udając się na imprezę pożegnalną, która polegała na piciu piwa i rozmawianiu o wszystkim i niczym. Jak niegdyś z ojcem tak teraz z przyjacielem wyjechaliśmy w miejsce, które konstytuowało Damiana. Polna droga i na około niczym nie ograniczony horyzont. Transpozycja Wolności.
Po nocy zakrapianej piwem balowicze zbierali się każdy ku celom, które sobie obrał. Damian przejmował się, że zaprzepaścił okulary, przez które coś widział. Ja chciałem jak najszybciej opuścić teren, który nic dla mnie nie znaczył. Całość mojej znajomości z Damianem dopięła się z chwilą polaryzacji naszych charakterów. On miał gdzie jechać, ja już wiedziałem, że to nie kwestia podróżowania po świecie czyni człowieka szczęśliwym.
Praktycznie nie wracałem nigdzie, ani do konkretnych osób, ani do miejsc. Wsiadłem do pociągu bez jakiegokolwiek nastawienia, z kacem moralnym i fizycznym, iż nie potrafimy normalnie bez udziału alkoholu rozmawiać o najważniejszych rzeczach w życiu. Jakiś niesprecyzowany żal nadal gnębił moją duszę; może trzeba było spróbować z tą benzyną. Ta dwoistość utwierdzała mnie w tym, co już wiedziałem – nie jestem dobry, mądry i stały! Siła to licha i złudna! Nie mogę mierzyć siebie taką miarą, bo niczego dobrego to nie przyniesie. Kiedy pociąg ruszył, dosiadłem się do znajomego, który wypatrzył moją postać w tłumie. Sebastian podróżował wraz z Edytą, aby załatwić sprawy we Wrocławiu. Moją uwagę przykuła osoba im towarzysząca, ciepła i skromna. Patrzyłem w jej oczy i czułem, że jest w nich to, coś, co trudno opisać, wywołującego nic sympatii, chęć przyjaźni, a może i miłości. Kiedy dojechaliśmy do Wrocławia, nasi wspólni znajomi opuścili nas. Stałem wraz z Joanną na peronie dworcowym i śmiało zapytałem: - Czy nie będzie miała nic przeciwko temu abym odprowadził ją na tramwaj. Zaintrygowani sobą i okolicznościami podróżowaliśmy w kierunku Biskupina. I tak ponownie dotarłem do pętli. Tyle, że tym razem, to nie był mój scenariusz, ale nieuchronność. Było milczenie, gesty i słowa w konsekwencji Joanna – dziewczyna, o której jeszcze parę godzin temu nie miałem pojęcia, że istnieje, stała się najbliższym memu sercu człowiekiem.
Moja przygoda z Wrocławiem jako miejscem przyjaznym do życia dobiegała końca, bankomat wypluwał dla mnie ostatnie kwoty, a poszukiwania pracy w rozmaitych miejscach nie dały rezultatów. Martwiłem się też o ojca, który został sam w Jeleniej Górze, ze świadomością, że nie wrócę. Teraz nie myślałem zgoła i wyłącznie o sobie, ale o tym jak być i kochać ludzi; nie tylko tych najbliższych, ale każdego spotkanego człowieka. Nie minął tydzień jak powróciłem w strony rodzinne z odmienionym wstępnie, ale fundamentalnie życiem.
Puenta narasta wraz z upływem lat, I tak pewnego dnia wybraliśmy się w trójkę do Komarna, to, co zobaczyliśmy tylko utwierdziło nas w myśleniu, że jedynie Bóg jest trwałym fundamentem, a człowiek ufający Jego obietnicą nie musi być psychicznie niezrównoważonym wędrowcem biorącym udział w gonitwie do śmierci. Komarno, przerodziło się w Koszmarno. Opustoszałe, bez perspektyw na lepsze jutro; gdzie domy, które niegdyś tętniły życiem, straszą ruiną. Ludzie z nich na zawsze odeszli lub błąkają się, wystając pod rozmaitymi tablicami wyznaczającymi im utopijne raje na ziemi. Świat w ten sposób ukonstytuowany rozpościera się na cały glob - UMARŁEM dla tego wymiaru, świadomie opowiedziałem się za Jezusem zanurzając się w wodach chrztu; aby na podobieństwo Jego zmartwychwstać do zupełnie innego życia, opartego nie na materii, ale na Osobie, która ją uczyniła. UMARLIŚMY: Ja, moja Żona i Ojciec!
Wszystko w zupełności po to, by, cieszyć się wolnością i maszerować w przestrzeń, mimo trudów.
Dlatego też w tym doczesnym wzdychamy, pragnąc przyoblec się w domostwo nasze, które jest z nieba.”
II List Św. Pawła do Koryntian 5.1-2.
Górskie eskapady przysposabiają człowieka do kontemplacji, jednocześnie wzmagają specyficzne odczucie ucieczki w świat niezbrukany, pozostający poza tym wszystkim, co oferuje nam cywilizacja. Już w bardzo młodym wieku odczuwałem nastrój współistnienia ładu i chaosu, a wędrówki, które odbywałem z ojcem po rozmaitych pasmach górskich, rzutowały na mój sposób myślenia.
Wyjeżdżając w teren koncentrowaliśmy się na jak najszybszym opuszczeniu miasta; stało się wówczas na zatłoczonych do oporu peronach i forsowało drzwi autobusu czy wagonu. Na szczęście tania, choć toporna komunikacja, pozwalała dotrzeć niemal do każdego miasteczka i wioski. Niejednokrotnie rezygnowałem z różnych form spędzania czasu z rówieśnikami, dla odcięcia się od wszelkich znaczeń wyznaczonych mi przez betonowe getto. Przestrzeń, do której się uwalniałem oferowała mi o wiele więcej przyjaznych impulsów niż utopia PRL-u. Dzwonki i zegary, które mieliśmy w głowie cichły. Mój ojciec przechodził przemianę z robotnika w człowieka, a ja nie musiałem się martwić, co będzie, kiedy aparat edukacji zgnębi mnie tak, że nie będę zdolny się podnieść. Przyroda gór w odróżnieniu od oparów siarkowodoru emitowanych z położonej w środku Jeleniej Góry Celwiskozy, nie śmierdziała. Kiedy wędrowaliśmy łąkami nic nas nie tłamsiło, gdy innym razem szliśmy przez las czuliśmy, że jest tu wszystko, co potrzebne do szczęścia; gdy widzieliśmy rzekę, odczuwaliśmy dynamikę życia. Wiatr, słońce, sarny, śpiew ptaków, dalekie horyzonty; tu nie chodziło o romantyzm, ale o równowagę niezbędną do życia. - Kaczawskie Góry:, Chrośnickie Kopy, Okole, Lubrza, Skopiec..., Miejsca, w których nauczyłem się naturalności.
1986- maj najpiękniejszy miesiąc roku. Podczas słonecznego dnia chaos wkrada się w przestrzeń mojego wypoczynku. Przymusowo pod groźbą obniżenia podatności na zaliczenie kolejnego roku szkoły, wygnano nas na pierwszomajowy pochód. Czerwone flagi były jak policzek w twarz, hasła na transparentach pozostające już tylko w pamięci, odznaczały się wyjątkową perfidią. Po tym całym cyrku z robotnikami w roli głównej, wybrałem się z ojcem w Rudawy Janowickie. Niebo bezchmurne, słońce wyjątkowo mocne i widoki zbrukanego skażeniem czarnobylskim świata! Tu nie chodziło o pesymizm, ale o logiczność.
Walił się system, rodził się kolejny. Uparcie szukałem odskoczni, zalewając się potem w wielokilometrowych marszrutach. Błądziłem latem i zimą po wykrotach i uroczyskach, szukałem zaradności, przystosowania do świata, którego nie można zaakceptować. W ten sposób natknąłem się na jedno z bardziej pochłaniających, a zarazem próżnych zajęć, znieczulających ból egzystencji wspinanie. W odróżnieniu od komunistów, księży i robotników ludzie gór wydali mi się wiarygodni i w miarę oswobodzeni. Nie rozumiałem wówczas, że często byli zaprzęgnięci w kierat udowodnienia światu, że coś znaczą, że ich osiągnięcia sportowe mają jakiś sens. Wyłonieni z masy, za wszelką cenę pragnęli stać się jednostkami; skały i góry były dla nich jak gdyby bogiem, fundamentem za pomocą, którego życie nabiera sensu.
To prawda; równie dobrze mógłbym jeździć na nartach, chodzić po jaskiniach, łapać ryby, czy uprawiać lotniarstwo. Wybrałem jednak dyscyplinę najbardziej odpowiadającą mojej naturze, zainteresowaniom i temperamentowi. Amok wspinania, był na tyle duży, że pochłonął mnie na kilka lat. Oczywiście w tym okresie miałem wiele celów, które uznawałem za wyjątkowe i dające poczucie wartości. Czułem wolność; mimo uzależnienia od miejsca i zajęcia, które napastowało mój mózg, do stopnia, w którym zdolny byłem ryzykować życiem, dla przejścia jakiejś tam połaci granitu. W całym tym szaleństwie były jednak chwile kontemplacji. Podobnie jak w wędrówkach z ojcem tak w momentach pokory, kiedy to stykałem się z przyroda jako tłem mojego bycia tu i teraz; dorastałem. Huk wiatru, przepaść siejąca grozą, panorama z wierzchołka skały. To metafory zagrożeń rzeczywistych.
Myślę sobie – Mój Boże, są ludzie, którzy mają inne motywacje, szukają spełnienia wedle innych wykładni; tak jest z pewnością. Do tej pory zmagam się z pytaniem, jaki imperatyw tkwi w ludziach, że są skłonni, tak jak ja niegdyś poświęcić niemal całe swoje zainteresowania dla jednej namiastkowej płaszczyzny. Żyć przez lata, pracować, płodzić i rodzić, wychowywać i umierać w tle orientacji czasowej. Być może śmierć osób w górach warunkują nie tylko zmienne i surowe warunki, ale jest to jakby samo sprawdzające się życzenie. Poczułem się wśród wspinaczy jak w sekcie, widocznie za bardzo intensywnie pracował mój mózg, kiedy to widziałem konających na mych oczach straceńców. Z wolna dotarło do mnie, że granit, wapień, piaskowiec, to tylko jeden z wielu elementów przyrody. Zmiana i szczęście wiąże się zupełnie z czymś innym niż chwytanie występów skalnych. Bo czy ludzka tożsamość tkwi pod okapem, w lodospadzie, albo w rysie? Dobrze, było to zrozumieć.
Z powrotem w rzeczywistości z utopi w utopię, tym razem bardziej masową, uznawaną za obowiązującą wykładnię. Przebrnąłem przez system edukacyjny, aby pozyskać glejty do względnego funkcjonowania w społeczeństwie. Oceny, świadectwa, rozmowy kwalifikacyjne, kolokwia, egzaminy, seminaria - nowe horyzonty. Nawet nie myślałem, że będą mi dane; dwa kroki w przód, a jeden... w tył: historia, kulturoznawstwo, seminarium teologiczne. - I przemieszczam się ponownie jak nomada w poszukiwaniu lepszej przestrzeni życia, opuszczam góry, wioski, miasteczka, własną celę w bloku, aby przez trzy i pół godziny podróżować do większego ośrodka miejskiego. Kiedy podczas tej nużącej jazdy w wagonie nieczystym, względnie, przeanalizuje całe swoje życie i będę miał dość wsłuchiwania i wpatrywania się w to, co mówią i robią współtowarzysze i współtowarzyszki odysei z PKP., Kiedy dojadę już do celu: wówczas stanę na dworcu głównym we Wrocławiu, tuż pod wciąż zmieniającym się, elektronicznym rozkładem jazdy i w ciągu kilku minut mentalnie wyrwę się w całą Polskę. A potem wyruszę w miasto i pierwsze, co zobaczę, to neon witający konkretnie mnie – „Dobry Wieczór we Wrocławiu”!
Nasuwa się pytanie - Czy jestem względnie dobry? Gdybym był nie zrezygnowałbym z historii, uniknął wielu nieprzyjemności i miał w sobie tyle pogody ducha, aby starczyło nie tylko dla mnie, ale i dla każdego, kogo bym spotkał. To jest wyzwanie - cel. Cynizm i nihilizm, który mnie gnębił przez całe życie, przecież nie bierze się ot tak z niczego. Wystarczy spojrzeć gdzie kierujesz swoje kroki, co czytasz, z kim przebywasz, co uważasz za ważne, gdzie mieszkasz, nawet przez chwilę. Bo jeśli być przenikliwym, okaże się,że wszędzie mieszkamy tymczasowo. Tak - oto zagadnienie. Nie tylko ja wychodzę w przestrzeń i nadmiernie skupiam się na sobie, ale czyni, to każdy bez wyjątku. Ten cholerny dworzec z tablicą do lepszego świata jest w każdym z nas, a potem są kroki, mijające tramwaje, Galeria Dominikańska w budowie, potem coś nienamacalnego, dalej rozstrzelona infrastruktura Uniwersytetu, bar Duet, w którym bywa, że spożywam posiłki i stancja moich kolegów położona obok ulicy Narodowej Jedności. Pytanie jak to wszystko przekłada się na przyszłość; moje prowadzenie, kolor lamperii dobranej przez Piotra, zmagania się Kasi i Roberta z Arturem i wizyta Damiana. - Huk z pistoletu i start w gonitwę za czymś bliżej nieokreślonym, po to by być lepszym od innych. Mijają lata, a ja biegnę. Przepycham się, staram się coś sobie i innym udowodnić, wydaję na świat nowe pokolenia, i to są moje - nasze kładki prywatne do kariery, szczęścia rodzinnego, w dobrobyt, w pseudonieśmiertelność.
Kolor lamperii pomarańczowy, ubikacja bez drzwi, związki formalne i nieformalne zakrapiane piwem i wreszcie widok z okna na narożnik uliczny, przy którym właśnie konstytuuje się alkoholowa, napowietrzna grupa spotkaniowa. To wybraliśmy porzucając świat bliższy naszej natury. Przebieramy nogami w wyznaczonym, przebiegu czasowym, a kiedy jesteśmy już na tyle mądrzy by pojąć, że przed nami smutny cel, stajemy w paraliżu i mantrujemy do bólu. To, co minęło już nigdy nie wróci. Na pocieszenie zostają nam zdjęcia i kwiaty noszone na groby bliskich. Szczęśliwe dzieci, lecz....
Jedność, jaką stanowi nasz naród jest taka, że Damian za kilka tygodni zmuszony jest wyjechać. Dla niego tablica z nazwami miast pulsuje na lotnisku i zatrzymuje się na nazwie Dublin. Dlatego też rozmawiamy właśnie z sobą. Ja nakreślam plany związane z Wrocławiem, Damian opowiada mi o Szkocie, który zwerbował go na wakat w Irlandii. Wiele czasu czekał na pracę, aż ta zaczarowała go ofertą. W sąsiedztwo jego posesji zawitali ludzie szukający pracowników mówiących po angielsku. Dalej już wszystko potoczyło się normalnie. Damian rezygnuje z dalszej nauki, aby spróbować szczęścia i pomóc rodzinie tonącej w długach. Na pracę w Brzegu Opolskim podobnie jak w całym Mordorze nie ma, co liczyć. To chyba paradoks, zjechałem dopiero, co do Wrocławia i znalazłem to, czego szukał przez wiele miesięcy Damian. To nic, że ulica Beskidzka jest oddalona o półtorej godziny jazdy od miejsca, z którego wyruszam. Nic też, że przesiadam się trzy razy. Jest robota – tak pocieszam się patrząc na plan miasta. Naszym dylematom współtowarzyszy wyciszony do zera telewizor – świetlista lampa, okno na świat. Cieszymy się żartujemy opowiadamy anegdotki, przy nucie grozy, jaka płynie z kineskopu. Co to jest – Pytam film fantastyczny, gra komputerowa. Stacja CNN, wciąż pokazuje kłęby dymu i uderzające w World Trade Centre samoloty. - Babilon płonie podkreśla Damian, w milczeniu spoglądamy jak dekonstruują się wieże Manhattanu. Równolegle w bramie tę samą dekonstrukcję tylko w jednostkowym i rozłożonym w czasie wymiarze osiąga mężczyzna zalęgający na posadzce na podobieństwo wycieraczki. Dwa kroki pomiędzy tułowiem i głową, fruniemy ja i Damian nad upitym do nieprzytomnymności rodakiem; szybciej, prędzej by zdążyć na tramwaj.
Dwunasty września 2001, przemieszczam się w kierunku ulicy Beskidzkiej; to ma być synonim gór, czeka tam na mnie oferta pracy pomocnik dekarza, przesiadam się cierpliwie z wagonu do wagonu, z autobusu w autobus, wystaje na pętlach. To jest miejsce, które stwarza nowe możliwości. Pętla materialna i czasowa, bez większego sensu na logiczne życie, logiczne jutro. Zarabiać, aby zarabiać, żyć, aby żyć i to wszystko dla samego siebie projektować. Nie docieram do Nowego Dworu, powracam do Centrum, aby skorzystać z bankomatu, który zawiera mój limit środków niezbędnych do szukania nowych okazji.
Apokalipsa, krzyczą plakaty rozmieszczone niemal w całym mieście, składają hołd pomordowanym w Ameryce. Tak kończy się ludzkie życie, nagle i niespodziewanie. Szykuje się nowa rzeczywistość, nowa wojna, hegemonia Stanów Zjednoczonych; palić będą i rabować, w imię demokracji, odwiecznej walki o pokój pacyfikować.
Wrzesień jak kampania wrześniowa, nie do podźwignięcia, zwłaszcza dla człowieka atakowanego ze wszystkich stron, uwikłanego w własne sidła. Świat wartości, który miałem uległ rozpadowi, kolejny raz doświadczyłem upokorzenia, a zarazem zrozumiałem gdzie jest moje miejsce. Krzyczała we mnie nutka zawzięcia, aby przechytrzyć nieuchronność, która wyrokuje inny scenariusz niż bym sobie tego życzył. Zapętlenie ideologiczne i brak punktu odniesienia wydają mnie na zagładę. Tydzień po ataku i bezowocnych poszukiwaniach pracy zdecydowałem się na ostateczna konfrontację z Ułudą, która dopadła mnie, by ostatecznie pogrążyć moje nadzieje osadzone w tym świecie. Tak jak wspomniałem, byłem wystawiony na finalizację.
Jedna z publikacji stwierdza, że w okresie globalnych katastrof; czy nawet, kiedy dzieją się tragedie na szczeblu lokalnym ludzie, mający skłonności samobójcze wcielają je w czyn. To, co się działo w mojej psychice być może rezonowało z bieżącymi wydarzeniami, ale nie robiło znaczącego wyłomu w moim sposobie myślenia. Jak bowiem nadać sensu czemuś lub komuś, kto tego już nie jest w stanie dojrzeć w realności. Jako jednostka poczułem, że dotychczasowe formy rozmaitych przedsięwzięć, jakie podejmowałem oparte były na z góry przegranej materii. Produkując eliksir snu, myślałem tylko o jednym; jak najszybciej wydostać się z Wrocławia, pozostawić wszystko i wszystkich, udać się w miejsce odludne i spokojne odejść z tego padołu, w pełni pogodzonym z brutalna rzeczywistością.
W aptece, w pobliżu hali targowej zakupiłem strzykawkę wraz z igłą. Ekspedientki, czuły, że jest ze mną coś nie tak. Milczały podając mi treść mojej marności. Następnie skierowałem się do sklepu chemicznego, po benzynę ekstrakcyjną, by w ten sposób zabezpieczyć się na wypadek, kiedy podstawowy specyfik nie zadziała. Trudno maszeruje się ulicą, wśród tłumu ludzi, ze świadomością ostatecznej porażki. Trudno podróżuje w miejsce swojego końca. Gdy nie lada osiągnięciem jest normalne spojrzenie w oczy, drugiego człowieka. - Czy On - Ona wie, co jest w naszym sercu, gdzie kierujemy swoje kroki. Zauważyłem, że kobiety są bardziej empatyczne, bardziej wczuwają się w nastrój i sytuacje drugiego człowieka.
Kiedy dotarłem do „przystani”, udałem się w stronę Parku Wolności. Rozległy teren porośnięty mieszanym lasem był w mojej opinii najlepszym miejscem; z dala od wszystkich i wszystkiego.
Gdzieś w godzinach południowych przekroczyłem barierę naturalnych hamulców. Jak z bólem zęba, zblokowałem uczucia alkoholem; tyle, że w tym wypadku chodziło o całość w dosłownym słowa tego znaczeniu. - Stracić oddech, błękit nieba, blask słońca, widok chmur przepływających nad górami, nigdy nie zobaczyć już morza, nie porozmawiać z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi. Wybrać z gruntu nie wiadomo, co, uznać się za pokonanego. Wszystko, co było dobre w mym życiu..., ale były rzeczy, z którymi jako człowiek nie umiałem sobie poradzić, dlatego znalazłem się w tym miejscu jako ten, który przegrał życie. Co czuje człowiek w takim momencie; żal ogromny, powagę sytuacji i beznadziejność. Chwyta się czasem ostatnich impulsów łączących go ze światem, jakby chciał odnaleźć sens, choćby cień życzliwości, kierowany od świata w swym kierunku. Jednak nic prawdziwego nie otrzymuje, gdyż ludzie nie są w stanie mu zaoferować tego, czego szuka - Wolności!
Po pewnym czasie przestały docierać do mnie bodźce dopływające z otoczenia, najpierw dźwięki wydłużyły jakby falę dotarcia, śpiew ptaków stał się basowy powolniejszy przypominał raczej gardłową mowę, aż ustał zupełnie, potem na przemian widziałem ciemność i jasność, aż straciłem poczucie czasu, miejsca, tożsamości i istnienia.
Jest miejscowość w górach, które znam z dzieciństwa, Komarno, niegdyś zaludnione aż po sam koniec, gdzie łączyło się w jedno z przestrzenią Gór, które kocham. Wędrowaliśmy stamtąd w stronę, Połomu i Wojcieszowa lub odwrotnie w stronę Przełęczy Widok. To był inny świat, czas i ludzie. Mój ojciec miał na sobie zwykłą koszulę flanelową, chlebak, w którym znajdowała się mapa - kanapki, to wszystko starczało jemu, aby być szczęśliwym, by wracać do dzieci i żony.
Głos, który z nagła dał się słyszeć, rozprawiał o zupełnie innym obrazie świata, niż ten, w którym terminowałem. - Wszystkie formy trwania na Planecie Ziemia czekają na najważniejsze wydarzenie w skali fundamentalnej, oznaczającej koniec znanej rzeczywistości. Wobec powtórnego przyjścia Zbawiciela wszystko nabiera zupełnie innych wartości i sensu. Ciężary, które tak nas zżerają, są tak naprawdę niczym. Wytworzone przez bojaźń owszem paraliżują nas. Jednak Bóg, Pan Wszechświata jest ponad troskami. Pozostaje przy nas w najcięższych chwilach, i ratuje, kiedy my sami nie potrafimy już nic. Nasze prowadzenie; porażki, zwycięstwa, myśli i uczucia, przemijalność są mu znane. Jest - Który Jest przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, zaprasza do zmiany wartościowania oraz uszanowania daru życia, którym zostaliśmy obdarzeni. Nie tylko tu i teraz, ale i tego po finalnym przyjściu - Króla Królów, który Zbawił za darmo wszystkich.
Był mżysty zmierzch, nie wiedziałem ile czasu trwałem w zawieszeniu, czy to były dni, czy godziny. Straciłem orientacje, trudno było mi określić gdzie jestem, czy to jest znana rzeczywistość, czy zupełnie coś innego. Czułem też obecność wroga, ogromną zaporę nieprzekraczalności, do której chciałem przejść; z jednej strony intrygowała i kusiła, aby spróbować ponownie z pomocą benzyny i strzykawki; z drugiej ciemność oznaczała totalne zagrożenie i niebyt. Uchwyciłem się słów nadziei, a następnie bodźców zewnętrznych. Telefon komórkowy, z pulpitem wyzerowanym do czystości; tak,że nie było widać ani daty, ani godziny, dodatkowo potęgował zamęt. Błędnik szwankował, odzyskałem logikę i trzeźwość, przybrałem pozycję pionową. Poczułem ogromną radość i lekkość tych zagadnień, które do tej pory mnie paraliżowały. Jakie znaczenie ma, bojaźń, przemijanie, bieda, jeśli wszystko, co najważniejsze dla nas zawiera się w ofercie Jezusa. Na którego przyjście świadomie czy nieświadomie czeka cała ludzkość. - Jej chora ograniczoność; zdałem sobie sprawę o oddaleniu ludzi od Boga, swoistej amnezji, że to właśnie z jego strony można oczekiwać pomocy na całe życie.
W porównaniu ze stanem poprzednim zachowywałem się jak szaleniec, musiałem dotknąć dna, aby ujrzeć świat zgoła odmiennym. Przypomniałem sobie, to wszystko, co niegdyś wyczytałem, w Księdze Daniela, Apokalipsie i Ewangeliach. Nie było tam słodkich słów na temat otaczającego nas świata; umrze on jak wszystko, co jest ograniczone. W poruszeniu chciałem jak najszybciej wrócić do rzeczywistości i podzielić ze znajomymi tym, co mnie spotkało. - Myśl naczelna: opanować emocję, aby ludzie nie myśleli, że bredzę. Z wolna, a potem szybkim krokiem dotarłem na dworzec... – Do Wrocławia przybyłem przed północą. W jednym ze sklepów nocnych kupiłem mleko i pieczywo. Drzwi stancji, na której przebywali moi znajomi dawno były już zamknięte. Nie starałem się budzić tych, którzy mieli z rana wstać do pracy i szkoły. Przespałem się na ostatnim piętrze kamienicy Daszyńskiego 11.
Damian S szykował się do wyjazdu; po kilku dniach człowiek, z którym przez ostatni okres dużo rozmawiałem, porzucił studia, by podjąć pracę jako robotnik ogrodowy w Irlandii. Z tą świadomością, którą posiada ciężko będzie mu odpowiedzieć na pytania związane ze swoim życiem. Być czy mieć? A może coś, ponad, bo kiedy człowiek ma i kiedy jest? Telefon od Damiana przyjąłem niezbyt chętnie. Jechać do miasta, które wiąże się nie tylko z Jego osobistą porażką, ale i tak ciężkimi przejściami, jakich doznałem w ostatnim czasie było trudno. Uległem prośbom i namowom udając się na imprezę pożegnalną, która polegała na piciu piwa i rozmawianiu o wszystkim i niczym. Jak niegdyś z ojcem tak teraz z przyjacielem wyjechaliśmy w miejsce, które konstytuowało Damiana. Polna droga i na około niczym nie ograniczony horyzont. Transpozycja Wolności.
Po nocy zakrapianej piwem balowicze zbierali się każdy ku celom, które sobie obrał. Damian przejmował się, że zaprzepaścił okulary, przez które coś widział. Ja chciałem jak najszybciej opuścić teren, który nic dla mnie nie znaczył. Całość mojej znajomości z Damianem dopięła się z chwilą polaryzacji naszych charakterów. On miał gdzie jechać, ja już wiedziałem, że to nie kwestia podróżowania po świecie czyni człowieka szczęśliwym.
Praktycznie nie wracałem nigdzie, ani do konkretnych osób, ani do miejsc. Wsiadłem do pociągu bez jakiegokolwiek nastawienia, z kacem moralnym i fizycznym, iż nie potrafimy normalnie bez udziału alkoholu rozmawiać o najważniejszych rzeczach w życiu. Jakiś niesprecyzowany żal nadal gnębił moją duszę; może trzeba było spróbować z tą benzyną. Ta dwoistość utwierdzała mnie w tym, co już wiedziałem – nie jestem dobry, mądry i stały! Siła to licha i złudna! Nie mogę mierzyć siebie taką miarą, bo niczego dobrego to nie przyniesie. Kiedy pociąg ruszył, dosiadłem się do znajomego, który wypatrzył moją postać w tłumie. Sebastian podróżował wraz z Edytą, aby załatwić sprawy we Wrocławiu. Moją uwagę przykuła osoba im towarzysząca, ciepła i skromna. Patrzyłem w jej oczy i czułem, że jest w nich to, coś, co trudno opisać, wywołującego nic sympatii, chęć przyjaźni, a może i miłości. Kiedy dojechaliśmy do Wrocławia, nasi wspólni znajomi opuścili nas. Stałem wraz z Joanną na peronie dworcowym i śmiało zapytałem: - Czy nie będzie miała nic przeciwko temu abym odprowadził ją na tramwaj. Zaintrygowani sobą i okolicznościami podróżowaliśmy w kierunku Biskupina. I tak ponownie dotarłem do pętli. Tyle, że tym razem, to nie był mój scenariusz, ale nieuchronność. Było milczenie, gesty i słowa w konsekwencji Joanna – dziewczyna, o której jeszcze parę godzin temu nie miałem pojęcia, że istnieje, stała się najbliższym memu sercu człowiekiem.
Moja przygoda z Wrocławiem jako miejscem przyjaznym do życia dobiegała końca, bankomat wypluwał dla mnie ostatnie kwoty, a poszukiwania pracy w rozmaitych miejscach nie dały rezultatów. Martwiłem się też o ojca, który został sam w Jeleniej Górze, ze świadomością, że nie wrócę. Teraz nie myślałem zgoła i wyłącznie o sobie, ale o tym jak być i kochać ludzi; nie tylko tych najbliższych, ale każdego spotkanego człowieka. Nie minął tydzień jak powróciłem w strony rodzinne z odmienionym wstępnie, ale fundamentalnie życiem.
Puenta narasta wraz z upływem lat, I tak pewnego dnia wybraliśmy się w trójkę do Komarna, to, co zobaczyliśmy tylko utwierdziło nas w myśleniu, że jedynie Bóg jest trwałym fundamentem, a człowiek ufający Jego obietnicą nie musi być psychicznie niezrównoważonym wędrowcem biorącym udział w gonitwie do śmierci. Komarno, przerodziło się w Koszmarno. Opustoszałe, bez perspektyw na lepsze jutro; gdzie domy, które niegdyś tętniły życiem, straszą ruiną. Ludzie z nich na zawsze odeszli lub błąkają się, wystając pod rozmaitymi tablicami wyznaczającymi im utopijne raje na ziemi. Świat w ten sposób ukonstytuowany rozpościera się na cały glob - UMARŁEM dla tego wymiaru, świadomie opowiedziałem się za Jezusem zanurzając się w wodach chrztu; aby na podobieństwo Jego zmartwychwstać do zupełnie innego życia, opartego nie na materii, ale na Osobie, która ją uczyniła. UMARLIŚMY: Ja, moja Żona i Ojciec!
Wszystko w zupełności po to, by, cieszyć się wolnością i maszerować w przestrzeń, mimo trudów.
Świnie pod Wanną
Stać na straży własnego mienia,
Mieć wszystko tam gdzie być powinno.
Upilnować to, co się posiada, zdobyć bezpieczeństwo.
Mieć świnie pod wanną, kota w worku i...
W przestrzeni napotykamy kształty, które z wolna przybierają postać materialną. Widzimy jak fatamorganę coś wykluwającego się na pograniczu jawy i snu. Dom rodzinny, szkoła budzą w nas marzenia o życiu dla konsumpcji. Chcemy lalki, samochodziki cały lamus niezliczonych gadżetów. Młodość nasza jest tępa, starość zaś napawa się tym wszystkim, co przez długie lata braliśmy w swoje ramiona. Mamy kładki prywatne niosące nas w nieśmiertelność, etos pracy dla dóbr, a w krajobrazie pasaże. Wycieczki do nowo otwieranych marketów, w których można nabyć po cenie promocyjnej ściereczki kuchenne.
- Czy można być ponad to, wyizolowanym?
Priorytetem w naszym życiu jest dorobić się! Wziąć kredyt na mieszkanie, upiększyć je jak najmodniej. Pójść po kolejne pożyczki, standardowo dojrzewać w strefie żarcia, picia, aktywności seksualnej...
- Mieć! Oto kodyfikacja nowej religijności.
Pierwszym mieszkaniem otrzymanym od państwa w przypadku moich rodziców był barak, położony na dzikich peryferiach miasta. Kolejnym, wymarzony lokal spółdzielczy na osiedlu z szarego betonu; M3 - 54 metry kwadratowe.
Trzeba wiedzieć, że lata komuny, mimo całej ciężkości, nie niosły ze sobą, aż takiego bagażu dysproporcji, z jakimi mamy do czynienia obecnie.
Dysproporcje, dlatego o nich wspominam, im większe tym bardziej generują w ludziach chęci. Interesujące, że motorem życia dla przedmiotów może być zarówno skrajna bieda, jak i bogactwo. Zazdrość klasy niższej, wywodzącej się z przestrzeni gett i slumsów, jest często namaszczeniem do bycia konsumentami.
- Należy się nam!
- Inni mają, a my, co gorsi jesteśmy?!
- Jeśli ja nie miałem, niech przynajmniej moje dzieci
użyją do woli!
Pragniemy mieć więcej, bo to ściany krzywe, z rur cieknie, okna zwichrowane przepuszczają wiatr, a licha pensja robotnika wystarcza na chleb z dżemem! Tak rodzi się w człowieku frustracja.
Do szkoły wszyscy chodziliśmy odziani w niebieskie fartuchy. Już wtedy łapówkarze pompowali ciało pedagogiczne. Nawet członkowie mojej dalszej rodziny, wywodzący się z tej samej klasy społecznej, rozumieli co znaczy mieć pieniądze. A to mydełko, markowy alkohol, innym razem czekoladki i już towarzyszka Kowalczyk z wrednej baby przeradzała się w poczciwą, do rany przyłóż wychowawczynię. Kuzyni, jak elementarz mieli wyuczone, że majętność jest czymś ponad. Utwierdziła ich w tym matka pracująca zagranicą oraz wujek, zaprzedany prominent PZPR-u, dlatego też w pewnym momencie mój ojciec mógł usłyszeć od swojego szwagra: „Biednyś, boś głupi!”.
- Nie tylko ojca miałem głupiego, ale i matkę, kto wie może nawet i siostry, podczas gdy inni donosząc i plotkując na nasz temat odznaczali się wysokim ilorazem inteligencji, jak i moralną poprawnością. Ta cała hipokryzja powodowała, że podziały były nie do uniknięcia, szybko zrozumiałem, że z rodziną dobrze wychodzi się, ale tylko na zdjęciu.
W naszej przestrzeni budzi się dobrobyt. Trzeba walczyć o: plazmy, odtwarzacze, nowe samochody, pojechać na wakacje do bunkra nad Morzem Śródziemnym
Mieszkanie w komunie blokowej, to kolejna nauka poprawności. Zawody sportowe pomiędzy rodzinami Zdanowiczów, Wiertaków i Wieczorków. Nawet gdybyśmy nie chcieli, sąsiedzi będą dociekać, kim jesteśmy, na jaki kolor malujemy ściany, czemu nie płodzimy dzieci, jakie są nasze zarobki, a nawet tak absurdalne pytanie: skąd mamy ziemniaki na zimę. Zakupując cokolwiek do domu, trzeba się liczyć, że sąsiad, spotykając nas na schodach, będzie chciał rozpakować zawartość pakunku i zobaczyć, co się w nim kryje. Podobnie też każda intymna rozmowa, może być z powodzeniem podsłuchiwana przez sąsiadkę, nie krepującą się przyłożyć ucha do drzwi naszego mieszkania. - Nas to interesuje! Wszystko, to prowadzi do wojny bytów, w której obie strony są na przegranych pozycjach, gdyż sytuacje są tak tępe, że aż wstyd je rozpatrywać. Aby przekonać się, jak to wszystko prosperuje, wystarczy wynieść na zewnątrz jeden z przedmiotów, który się posiada i z perspektywy obserwatora patrzeć, jak białe robaki w ciągu zaskakująco krótkiego czasu, ogołocą sprzęt do zera. Dlatego też istnieje stała sąsiedzka kontrola; pragnie się wiedzieć wszystko o wszystkich. Ponoć tego typu zabiegi wyznaczają normę. Skoro wiemy, co mają i robią inni, łatwo jest decydować, czego nam potrzeba.
Dziś, kiedy mamy skrzynki na reklamy; z własną rodziną, ale również podczas spotkań towarzyskich z innymi ludźmi, możemy wytyczyć cele. Zdanowicze dorabiający na rynku zaproponują nam zakup płytek podłogowych o podobnym deseniu do ich własnych. Wiertaki i inni będą starali się wpłynąć na to, abyśmy zmienili nasze upodobania muzyczne. Ich życzeniem będzie, abyśmy słuchali muzyki takiej, jakiej oni chcą słuchać. Frantowie nie będą mogli pojąc, dlaczego w naszych oknach nie ma firan, a są trzciny przypominające bambusy. Zaproponują po sąsiedzku pomoc - Jak nie macie firan, to możemy je wam dać! Zły elektryk, podobnie jak i jego córka, będą służyć głosem doradczym, dosłownie w zakresie każdego ulokowanego w piwnicy na półce przetworu. Wszyscy muszą wiedzieć o każdym remoncie, wyjeździe, kroku podejmowanym jednostkowo. A Zdanowicz, książę klatki schodowej, gdy nie będzie w towarzystwie swojej żony, zaglądnie pod spódnicę naszym siostrom. Takim ludziom kłaniamy się i mówimy Dzień Dobry!
Powiedziałby ktoś – Taki jest świat, podstawą do zagarnięcia godności osobistej jest przyzwolenie, na które się godzimy. Trzeba wyznaczyć granicę, gdzie nikt nie ma prawa łamania naszej intymności.
Już dobrze. Teraz napij się kawy. Posłuchaj, jak schodzą do roboty sąsiedzi, sprzątaczki, urzędnicy, socjal i budżetówka. Zatrzymaj się na chwile, zastosuj ramy otwarcia, poprowadź dialog o chorobach i pogodzie, nie można przecież dąsać się na wszystkich.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym. Maż w Stanach u boku innej, córka również wybrała życie za Oceanem.
- Jak tam praca?
Wścibstwo podciągnięte pod troskę. A dziękuję, jakoś tam...
– No, to dobrze. Trzeba kombinować, albo inaczej wyjeżdżać póki jeszcze można. W Polsce zostają tylko starcy i nieudacznicy!
- A ile zarabiasz? No to ładnie!
Niesie się zapach drogich perfum, Pani Ania zgrzyczy coś jeszcze pod nosem na temat zepsutych domofonów, które to nas wszystkich powinny chronić przed wizytami obcych. Rzeczywiście popsute, ktoś kopnął w pulpit z numerkami, może ze złości, że nie mógł namierzyć nazwiska, którego szukał. Ludzie teraz są tacy anonimowi.
Samodzielność i siła tkwi w czerwono-biało pasiastej fladze z białymi gwiazdkami na niebieskim tle. Tych, którzy są w Ameryce, postrzega się jak bohaterów, każdy z nas praktycznie ma w rodzinie herosa zmagającego się z zaoceanicznym azbestem. Wielka też odpowiedzialność ciąży na naszych przyjaciołach. Kiedy już nie będą mieli gdzie iść, dogonią ich nasze e-maile, postawią na baczność telefony. I tak – Miron winien wszystkich ściągnąć do Ameryki! Krzysiek do Hiszpanii, a Mariusz nad Jezioro Genewskie. Bez wątpienia wielki progres nastąpił z chwilą wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej. Już nie musimy czekać, aż ktoś łaskawie uraczy nas zachodem. Z całych sił sami pędzimy, jak lemingi w stepy Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i cholera go wie jeszcze, jakiego kraju? Dolar bardzo stracił, a funt zyskał. Miron, nie jest już nam tak bardzo potrzebny. Krępujące, ale tak naprawdę prawie go nie znamy, wiemy tylko, ze ściągnął w ślad za sobą żonę, która złapała wiatr w żagle i odpłynęła do majętnego Jankesa. Stąd wydaje się roztropniej zapoznać kogoś na miejscu: Holendra, Irlandczyka, Dunkę.... Startować z jakiegoś poziomu, aby już na początku deklasować konkurencje.
Yes!Yes!Yes! Nie potrzebujemy Mirona, zapraszają nas premierzy poszczególnych państw, w których tyramy jak niewolnicy. A za większe pieniądze, z miłą chęcią, jak na kosmopolitów przystało, zajmiemy się podmywaniem dup emerytów i rencistów bogatego świata. Szczytem w zakresie robienia kariery, jest nic bardziej prostszego, jak zrobić doktorat w Polsce, a następnie wyjechać zagranicę czyścić muszle klozetowe! - Chwat, zwycięzca z wypchanym portfelem, musimy ocalić świat, sprostać naszym instynktom, wykarmić kolejne pokolenia.
Negocjuję cenę za wykonanie prac alpinistycznych, tu na miejscu! Czyli mniej mi zapłacą, o ile zaakceptują moją bezpretensjonalność. Myślę sobie, żyłowaliście i zaniżacie dalej koszta czasu, który się dla was poświęca. Kobieta dosłownie zapowietrza się, gdy podaję stawkę przeciętną tak naprawdę.
Wszystko mi jedno, co będzie, jest granica, do której można zejść, w innym przypadku najmujcie sobie, tych, których dawno już tu nie ma. Dochodzimy do konsensusu, teraz jeszcze tylko czekać, aż będzie można zacząć.
Cierpliwość, słowo klucz, niekorzystne warunki atmosferyczne, ignorancja, gra znaczonymi kartami. Oznajmiam, że soboty traktuję jako dzień wolny, to tym bardziej wydłuża czekanie, wiąże się z tolerancją. Nikt przecież nie rozumie fanaberii określającej, że sobota jest biblijnym dniem świętym i że w związku z tym najzwyczajniej jestem wolny, odpoczywam od teatru złotówek, funtów i euro. W głębi duszy triumfuję, złamałem kod hegemonii człowieka nad człowiekiem. Sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu.
- A niedziela?
Owszem mogę pracować, ale chyba wy nie możecie, jesteście tak zabiegani, że potrzeba wam zakazu, aby uświęcić to, co człowiek uznał za święte.
Kontestowanie - Żyć dla codziennej iluzji, wypluwać kolejne pokolenia w „umowę społeczną”, płodzić beznamiętne masy dla potrzeb rynku i ekonomi. Bo inaczej - Ludzie! Wszystko szlag trafi, wszystko się zawali.
Pięć złotych na godzinę oferuję nowym pracownikom, jeden z moich współrozmówców. Skarży się, że jeszcze kilka dni temu miał pięcioosobową załogę, a dziś do dyspozycji ma tylko dwóch ludzi. - Chyba za mało im pan płacił, albo robotnicy wyjechali zwyczajnie za granicę. Otrzymuję potwierdzenie.
– No i powiedz człowieku, co ja mam teraz robić, nie ma ludzi, nie ma interesu...!
Zostałem ostatnim przekaźnikiem ciągłości rodzinnej. Mój kuzyn, ze Szklarskiej Poręby za bardzo przejął się uwarunkowaniami. Nie miał pieniędzy, pracy ani rodziny, przez lata brnął w alkoholizm i depresje, aby na końcu zacisnąć postronek na szyi i zawisnąć.
Taka ciężkość, rozpad i upadek, a przecież naszych ojców pchał do miejsc, z których dziś uciekamy, entuzjazm. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, na Ziemie Zachodnie napływali osadnicy. Przyjeżdżali z większym lub mniejszym dobytkiem, zza Bugu i z Polski Centralnej. Bezrolni i małorolni, gospodarze, robotnicy i parobkowie. Czekały na nich nowe obszary, domy, dzieci i praca.
Na początku zakasanie rękawów; nikt tu o nic nie dbał, status ziem był nie do określenia. Mnożyło się szabrownictwo, a przestrzeń pod ciężarem nowego porządku uwsteczniała się cywilizacyjnie. Można było szczać po klatkach, tłuc szyby gdzie się da, pochłaniać inwentarz sąsiadów, demontować trakcje elektryczne. Mnożyły się okazję żeby się obłowić. Po sześćdziesięciu latach pożegnania przez naszych przodków Mazowsza, Litwy czy Ukrainy, fruniemy na skrzydłach tanich przewoźników do Londynu. Wita nas Zjednoczone Królestwo, abyśmy mogli wyrazić wszędobylskim ku..., naszą barbarzyńską tożsamość i zaraz potem zarzygać Heathrow.
Perfidna mentalność pluskwy wypijającej krew z wszystkiego, co jeszcze funkcjonuje. Funty, euro, dolary, jak krew do spożycia. Nie dać się rozgnieść, zagłodzić, nażyć się konsumpcją do syta; w ukrytych szczelinach, złożyć jaja pod podwalinę większej kolonii.
Płyną chmury nad śródmieściem. Czekanie jak tortura. Nie chodzi o pieniądze, ani miejsce, które człowiek wybiera. Znęca się nad człowiekiem, o wiele coś bardziej doniosłego, tożsamość i bycie! - Pracuję na dachu, pociągam pędzlem połacie, wybieram linę w przyrządzie asekuracyjnym. Nikt nie wtrąca mi się w zakres obowiązków, jestem zbyt wysoko, poza zasięgiem, relaks, odprężenie, ulga! Delikatnie przerzucam linę ku przeciwnej stronie, niestety zaczepia ona o jedno z narzędzi, próbuję zachować przytomność. Pistolet do pianki izolacyjnej zsuwa się jednak w dół, spada w otchłań, niknie! Najszybciej jak można staję pod podstawą budynku. Białe robaki maszerują chodnikiem, mają dumne oblicza, naznaczone tysiącletnią tradycją. Gdzieś w tym wszystkim zdematerializowała się cząstka mojego działania. Panta rej, niewidoczni antagoniści.
Ogarnij całość! Jeszcze o tym nie wiesz, nie zdajesz sobie sprawy z błogosławieństw, które będą twym udziałem. Możesz żyć w luksusie, zaciągać kredyty, emigrować do krajów, w których poziom życia jest wyższy. Przykleić do korkowej tablicy fiszkę, w niedługim czasie będę posiadał, opracować system totolotka!
W brudnych, wymazanych farbą ciuchach, nie wzbudzam, szacunku społecznego, a przecież, nie jestem tym, co robię. Czyszczę rynnę, a za chwilę mówię Dzień Dobry dyrektorowi placówki kulturalnej, który zna mnie z zupełnie innej działalności. – Moje uszanowanie! Z ogromnym dystansem, wymieniam spojrzenie z materią, która blokowała się przed moimi możliwościami.
Proszę! Jestem takim, jakim chcieliście żebym był. Ufajdanym w farbie od stóp po czubek głowy, odchodem uniwersytetu, któremu ot najwyżej, pozwala się pomalować dach i wyczyścić rynnę.
Co tam kasa, zabór mienia, tutaj stoją chore domy, na zatrutej ziemi. Dlatego za absurdalne uważam przedsięwzięcie jednego z moich znajomych. Praca w Londynie, tyra w molochu; lata wyrzeczeń i gonitwy za wyższym standardem pochłaniania. Aby na końcu lać fundamenty na grząskich piaskach Mordoru.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym.
- Ukradli mi samochód!
Nie patrzyliście, czy ktoś przy nim się nie kręcił?
Jeszcze nie zdążyłam spłacić kredytu, a już mi go rąbnęli.
Jak ja teraz będę jeździć do pracy?
Co za ludzie?
Co za naród?
Dlaczego nie powycinają tych drzew?
Rosną sobie, jak gdyby nic i zasłaniają widok z okna na samochody.
Spółdzielnia powinna coś z tym zrobić; tak dalej być nie może. Trzeba wyciąć wszystkie drzewa, aby już nikt, nigdy nie tracił majątku!
Mieć świnie pod wanną - klucz, zasłyszana anegdota.
Jest w tym coś z rozwiercania zamków w willi mojego wujka, z kradzieży samochodu sąsiadki, z zaglądania pod spódnicę moim siostrom. Słychać już nawet alarm podniesiony przez prosięta, kiedy cała masa repatriantów, bezszelestnie i niewidocznie skrada się ku obranym celom. - Nasz dom jak twierdza, otoczony palisadą; po trawniku biega wilczur i doberman. Ziemia się kręci, noc się zbliża, potem jak gdyby nigdy nic wschodzi słońce, a my zauważamy, że coś jest nie tak w otoczeniu. Świnie hałasują, psy nie chcą jeść śniadania, dlaczego na trawniku leżą pocięte fragmenty drutu kolczastego? Zdaje się, że ktoś ukradł nam sadzonki, rozwiercał drzwi od garażu, są nawet ślady błota na marmurach. Jak tu przetrwać w przyszłości, może zamontować kamery, załatwić zezwolenie na broń, w amoku strzelać do tych, którzy próbują odciąć dopływ prądu. Trzeba też będzie zamontować fotokomórki i blokady, wprawić szyby pancerne, ustawić barykadę i słuchać świń, czy aby nic im nie zagraża.
- Schowam moje skarby, nakryję je pancerzem, stanę do walki, żeby mi ich nie ukradli. Chrumkają biedactwa, teraz są bezpieczne, pan nad nimi czuwa, nie są przecież tak błyskotliwe, żeby przewidzieć zagrożenia. Jak dać im do zrozumienia, żeby zmieniły się choć troszkę? Mniej prowokowały, rzucały się w oczy, dyskretniej taplały w barłogu, przybierały mniej wyzywające pozy?
- Świnie, świnki, świniunie, świneczki. Dla was, przez was, dla waszej przyszłości wypruwałem się jak knur; nie spałem po nocach; emigrowałem, nurkowałem w odmęt za perłami, by rzucić je wam pod racice. Proszę! Schowam was, ukryję. Kiedy zjawi się dematerializacja, nie przyjdzie jej do głowy, gdzie jesteście.
Koniec robót przy ulicy Mostowej, zabieram sprzęt: liny itd.. Rozmawiam z kierowniczką. Zostaję poinstruowany, że w holu ośrodka poruszać się mam w foliowych workach na nogach.
– Proszę się do tego zastosować!
Ależ oczywiście pani kierowniczko. - Na potwierdzenie macham głową, aby kobieta poczuła ulgę. Oficjalnie jestem zerem. Szacunek w tym wypadku jest postrzegany pionowo: więcej go dla rozgrywających na górze, a mniej dla pionków przesuwanych na polu gry. Tak też traktuje się każdego człowieka utrzymującego się w Polsce z pracy rąk. Ukradli mi godność! To o wiele ważniejsze niż cokolwiek. Mam jednak pokój w sercu i wiele dystansu, do tego wszystkiego, co się dzieje wokoło. Wracam myślami do kuzyna samobójcy, szkoda, że nie nauczył się żyć z funkcją braku. Są ludzie na tym świecie, nie mający rąk, nóg, pozbawieni zdrowia psychicznego i wzroku. Nigdy nie pomyślę o nich, że są odpadami, więcej w nich prawdy o świecie niż w nie jednym zdrowym, uposażonym po zęby wrzaskliwym konsumencie. Nie jesteśmy doskonali. Skąd ten krzyk, czy abyś chciał posiąść, a nie jest ci dane?
Świnie, po ciężkim stanie oblężenia, obroniłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłem je trzymać przez długie miesiące prozaicznie pod wanną. Ewaporyzacja, pozbawiała mnie kolejno: samochodu, sanek, rowerów, skutera, narzędzi ogrodniczych. Z budynku zniknęły: odgromnik i rynny. Wewnątrz z pomieszczeń wyniesiono: komputer, dwa telewizory; w tym jeden ciekłokrystaliczny, pralkę i lodówkę, cały drobny sprzęt gospodarstwa domowego. Na końcu jakiś haker dorwał się do moich danych, pozaciągał kredyty i wyczyścił do zera stan mojego konta.
Generalnie jednak wytrwałem. Obroniłem okop „Świętej Trójcy”, z mnóstwem robactwa, kotem w worku, zaduszoną trzodą chlewną!
Jeśli nie my nakarmimy, to nami nakarmią...
Późna noc, komórka wyrywa mnie ze snu. Jestem jak wujek dobra rada, telefon zaufania, gorąca linia od spraw patologii i uzależnień. Łączę - Przykładam do ucha aparat, słyszę basowy rytmiczny głos:
- Aktualnie pracuje na dom, co tam zwykłe mieszkanie.
Londyn, to moloch, przemęczę się te kilka lat i wracam, budować posesję.
Problem jest zupełnie inny!
Wyobraź sobie, że mam trudności ze znalezieniem fachowców od szeroko pojętej budowlanki.
Zaczynam się martwić, nie masz kogoś na oku, kto mi ułoży cegły?
Mijam rozkładających się na mych oczach sąsiadów! Myślę o nowym opowiadaniu: „Teoria Nitki i Cegły”. Napiszę je, gdy wszystko się zerwie. Przedmioty umierają i my też; huzia, kto pierwszy?
Mieć wszystko tam gdzie być powinno.
Upilnować to, co się posiada, zdobyć bezpieczeństwo.
Mieć świnie pod wanną, kota w worku i...
W przestrzeni napotykamy kształty, które z wolna przybierają postać materialną. Widzimy jak fatamorganę coś wykluwającego się na pograniczu jawy i snu. Dom rodzinny, szkoła budzą w nas marzenia o życiu dla konsumpcji. Chcemy lalki, samochodziki cały lamus niezliczonych gadżetów. Młodość nasza jest tępa, starość zaś napawa się tym wszystkim, co przez długie lata braliśmy w swoje ramiona. Mamy kładki prywatne niosące nas w nieśmiertelność, etos pracy dla dóbr, a w krajobrazie pasaże. Wycieczki do nowo otwieranych marketów, w których można nabyć po cenie promocyjnej ściereczki kuchenne.
- Czy można być ponad to, wyizolowanym?
Priorytetem w naszym życiu jest dorobić się! Wziąć kredyt na mieszkanie, upiększyć je jak najmodniej. Pójść po kolejne pożyczki, standardowo dojrzewać w strefie żarcia, picia, aktywności seksualnej...
- Mieć! Oto kodyfikacja nowej religijności.
Pierwszym mieszkaniem otrzymanym od państwa w przypadku moich rodziców był barak, położony na dzikich peryferiach miasta. Kolejnym, wymarzony lokal spółdzielczy na osiedlu z szarego betonu; M3 - 54 metry kwadratowe.
Trzeba wiedzieć, że lata komuny, mimo całej ciężkości, nie niosły ze sobą, aż takiego bagażu dysproporcji, z jakimi mamy do czynienia obecnie.
Dysproporcje, dlatego o nich wspominam, im większe tym bardziej generują w ludziach chęci. Interesujące, że motorem życia dla przedmiotów może być zarówno skrajna bieda, jak i bogactwo. Zazdrość klasy niższej, wywodzącej się z przestrzeni gett i slumsów, jest często namaszczeniem do bycia konsumentami.
- Należy się nam!
- Inni mają, a my, co gorsi jesteśmy?!
- Jeśli ja nie miałem, niech przynajmniej moje dzieci
użyją do woli!
Pragniemy mieć więcej, bo to ściany krzywe, z rur cieknie, okna zwichrowane przepuszczają wiatr, a licha pensja robotnika wystarcza na chleb z dżemem! Tak rodzi się w człowieku frustracja.
Do szkoły wszyscy chodziliśmy odziani w niebieskie fartuchy. Już wtedy łapówkarze pompowali ciało pedagogiczne. Nawet członkowie mojej dalszej rodziny, wywodzący się z tej samej klasy społecznej, rozumieli co znaczy mieć pieniądze. A to mydełko, markowy alkohol, innym razem czekoladki i już towarzyszka Kowalczyk z wrednej baby przeradzała się w poczciwą, do rany przyłóż wychowawczynię. Kuzyni, jak elementarz mieli wyuczone, że majętność jest czymś ponad. Utwierdziła ich w tym matka pracująca zagranicą oraz wujek, zaprzedany prominent PZPR-u, dlatego też w pewnym momencie mój ojciec mógł usłyszeć od swojego szwagra: „Biednyś, boś głupi!”.
- Nie tylko ojca miałem głupiego, ale i matkę, kto wie może nawet i siostry, podczas gdy inni donosząc i plotkując na nasz temat odznaczali się wysokim ilorazem inteligencji, jak i moralną poprawnością. Ta cała hipokryzja powodowała, że podziały były nie do uniknięcia, szybko zrozumiałem, że z rodziną dobrze wychodzi się, ale tylko na zdjęciu.
W naszej przestrzeni budzi się dobrobyt. Trzeba walczyć o: plazmy, odtwarzacze, nowe samochody, pojechać na wakacje do bunkra nad Morzem Śródziemnym
Mieszkanie w komunie blokowej, to kolejna nauka poprawności. Zawody sportowe pomiędzy rodzinami Zdanowiczów, Wiertaków i Wieczorków. Nawet gdybyśmy nie chcieli, sąsiedzi będą dociekać, kim jesteśmy, na jaki kolor malujemy ściany, czemu nie płodzimy dzieci, jakie są nasze zarobki, a nawet tak absurdalne pytanie: skąd mamy ziemniaki na zimę. Zakupując cokolwiek do domu, trzeba się liczyć, że sąsiad, spotykając nas na schodach, będzie chciał rozpakować zawartość pakunku i zobaczyć, co się w nim kryje. Podobnie też każda intymna rozmowa, może być z powodzeniem podsłuchiwana przez sąsiadkę, nie krepującą się przyłożyć ucha do drzwi naszego mieszkania. - Nas to interesuje! Wszystko, to prowadzi do wojny bytów, w której obie strony są na przegranych pozycjach, gdyż sytuacje są tak tępe, że aż wstyd je rozpatrywać. Aby przekonać się, jak to wszystko prosperuje, wystarczy wynieść na zewnątrz jeden z przedmiotów, który się posiada i z perspektywy obserwatora patrzeć, jak białe robaki w ciągu zaskakująco krótkiego czasu, ogołocą sprzęt do zera. Dlatego też istnieje stała sąsiedzka kontrola; pragnie się wiedzieć wszystko o wszystkich. Ponoć tego typu zabiegi wyznaczają normę. Skoro wiemy, co mają i robią inni, łatwo jest decydować, czego nam potrzeba.
Dziś, kiedy mamy skrzynki na reklamy; z własną rodziną, ale również podczas spotkań towarzyskich z innymi ludźmi, możemy wytyczyć cele. Zdanowicze dorabiający na rynku zaproponują nam zakup płytek podłogowych o podobnym deseniu do ich własnych. Wiertaki i inni będą starali się wpłynąć na to, abyśmy zmienili nasze upodobania muzyczne. Ich życzeniem będzie, abyśmy słuchali muzyki takiej, jakiej oni chcą słuchać. Frantowie nie będą mogli pojąc, dlaczego w naszych oknach nie ma firan, a są trzciny przypominające bambusy. Zaproponują po sąsiedzku pomoc - Jak nie macie firan, to możemy je wam dać! Zły elektryk, podobnie jak i jego córka, będą służyć głosem doradczym, dosłownie w zakresie każdego ulokowanego w piwnicy na półce przetworu. Wszyscy muszą wiedzieć o każdym remoncie, wyjeździe, kroku podejmowanym jednostkowo. A Zdanowicz, książę klatki schodowej, gdy nie będzie w towarzystwie swojej żony, zaglądnie pod spódnicę naszym siostrom. Takim ludziom kłaniamy się i mówimy Dzień Dobry!
Powiedziałby ktoś – Taki jest świat, podstawą do zagarnięcia godności osobistej jest przyzwolenie, na które się godzimy. Trzeba wyznaczyć granicę, gdzie nikt nie ma prawa łamania naszej intymności.
Już dobrze. Teraz napij się kawy. Posłuchaj, jak schodzą do roboty sąsiedzi, sprzątaczki, urzędnicy, socjal i budżetówka. Zatrzymaj się na chwile, zastosuj ramy otwarcia, poprowadź dialog o chorobach i pogodzie, nie można przecież dąsać się na wszystkich.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym. Maż w Stanach u boku innej, córka również wybrała życie za Oceanem.
- Jak tam praca?
Wścibstwo podciągnięte pod troskę. A dziękuję, jakoś tam...
– No, to dobrze. Trzeba kombinować, albo inaczej wyjeżdżać póki jeszcze można. W Polsce zostają tylko starcy i nieudacznicy!
- A ile zarabiasz? No to ładnie!
Niesie się zapach drogich perfum, Pani Ania zgrzyczy coś jeszcze pod nosem na temat zepsutych domofonów, które to nas wszystkich powinny chronić przed wizytami obcych. Rzeczywiście popsute, ktoś kopnął w pulpit z numerkami, może ze złości, że nie mógł namierzyć nazwiska, którego szukał. Ludzie teraz są tacy anonimowi.
Samodzielność i siła tkwi w czerwono-biało pasiastej fladze z białymi gwiazdkami na niebieskim tle. Tych, którzy są w Ameryce, postrzega się jak bohaterów, każdy z nas praktycznie ma w rodzinie herosa zmagającego się z zaoceanicznym azbestem. Wielka też odpowiedzialność ciąży na naszych przyjaciołach. Kiedy już nie będą mieli gdzie iść, dogonią ich nasze e-maile, postawią na baczność telefony. I tak – Miron winien wszystkich ściągnąć do Ameryki! Krzysiek do Hiszpanii, a Mariusz nad Jezioro Genewskie. Bez wątpienia wielki progres nastąpił z chwilą wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej. Już nie musimy czekać, aż ktoś łaskawie uraczy nas zachodem. Z całych sił sami pędzimy, jak lemingi w stepy Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i cholera go wie jeszcze, jakiego kraju? Dolar bardzo stracił, a funt zyskał. Miron, nie jest już nam tak bardzo potrzebny. Krępujące, ale tak naprawdę prawie go nie znamy, wiemy tylko, ze ściągnął w ślad za sobą żonę, która złapała wiatr w żagle i odpłynęła do majętnego Jankesa. Stąd wydaje się roztropniej zapoznać kogoś na miejscu: Holendra, Irlandczyka, Dunkę.... Startować z jakiegoś poziomu, aby już na początku deklasować konkurencje.
Yes!Yes!Yes! Nie potrzebujemy Mirona, zapraszają nas premierzy poszczególnych państw, w których tyramy jak niewolnicy. A za większe pieniądze, z miłą chęcią, jak na kosmopolitów przystało, zajmiemy się podmywaniem dup emerytów i rencistów bogatego świata. Szczytem w zakresie robienia kariery, jest nic bardziej prostszego, jak zrobić doktorat w Polsce, a następnie wyjechać zagranicę czyścić muszle klozetowe! - Chwat, zwycięzca z wypchanym portfelem, musimy ocalić świat, sprostać naszym instynktom, wykarmić kolejne pokolenia.
Negocjuję cenę za wykonanie prac alpinistycznych, tu na miejscu! Czyli mniej mi zapłacą, o ile zaakceptują moją bezpretensjonalność. Myślę sobie, żyłowaliście i zaniżacie dalej koszta czasu, który się dla was poświęca. Kobieta dosłownie zapowietrza się, gdy podaję stawkę przeciętną tak naprawdę.
Wszystko mi jedno, co będzie, jest granica, do której można zejść, w innym przypadku najmujcie sobie, tych, których dawno już tu nie ma. Dochodzimy do konsensusu, teraz jeszcze tylko czekać, aż będzie można zacząć.
Cierpliwość, słowo klucz, niekorzystne warunki atmosferyczne, ignorancja, gra znaczonymi kartami. Oznajmiam, że soboty traktuję jako dzień wolny, to tym bardziej wydłuża czekanie, wiąże się z tolerancją. Nikt przecież nie rozumie fanaberii określającej, że sobota jest biblijnym dniem świętym i że w związku z tym najzwyczajniej jestem wolny, odpoczywam od teatru złotówek, funtów i euro. W głębi duszy triumfuję, złamałem kod hegemonii człowieka nad człowiekiem. Sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu.
- A niedziela?
Owszem mogę pracować, ale chyba wy nie możecie, jesteście tak zabiegani, że potrzeba wam zakazu, aby uświęcić to, co człowiek uznał za święte.
Kontestowanie - Żyć dla codziennej iluzji, wypluwać kolejne pokolenia w „umowę społeczną”, płodzić beznamiętne masy dla potrzeb rynku i ekonomi. Bo inaczej - Ludzie! Wszystko szlag trafi, wszystko się zawali.
Pięć złotych na godzinę oferuję nowym pracownikom, jeden z moich współrozmówców. Skarży się, że jeszcze kilka dni temu miał pięcioosobową załogę, a dziś do dyspozycji ma tylko dwóch ludzi. - Chyba za mało im pan płacił, albo robotnicy wyjechali zwyczajnie za granicę. Otrzymuję potwierdzenie.
– No i powiedz człowieku, co ja mam teraz robić, nie ma ludzi, nie ma interesu...!
Zostałem ostatnim przekaźnikiem ciągłości rodzinnej. Mój kuzyn, ze Szklarskiej Poręby za bardzo przejął się uwarunkowaniami. Nie miał pieniędzy, pracy ani rodziny, przez lata brnął w alkoholizm i depresje, aby na końcu zacisnąć postronek na szyi i zawisnąć.
Taka ciężkość, rozpad i upadek, a przecież naszych ojców pchał do miejsc, z których dziś uciekamy, entuzjazm. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, na Ziemie Zachodnie napływali osadnicy. Przyjeżdżali z większym lub mniejszym dobytkiem, zza Bugu i z Polski Centralnej. Bezrolni i małorolni, gospodarze, robotnicy i parobkowie. Czekały na nich nowe obszary, domy, dzieci i praca.
Na początku zakasanie rękawów; nikt tu o nic nie dbał, status ziem był nie do określenia. Mnożyło się szabrownictwo, a przestrzeń pod ciężarem nowego porządku uwsteczniała się cywilizacyjnie. Można było szczać po klatkach, tłuc szyby gdzie się da, pochłaniać inwentarz sąsiadów, demontować trakcje elektryczne. Mnożyły się okazję żeby się obłowić. Po sześćdziesięciu latach pożegnania przez naszych przodków Mazowsza, Litwy czy Ukrainy, fruniemy na skrzydłach tanich przewoźników do Londynu. Wita nas Zjednoczone Królestwo, abyśmy mogli wyrazić wszędobylskim ku..., naszą barbarzyńską tożsamość i zaraz potem zarzygać Heathrow.
Perfidna mentalność pluskwy wypijającej krew z wszystkiego, co jeszcze funkcjonuje. Funty, euro, dolary, jak krew do spożycia. Nie dać się rozgnieść, zagłodzić, nażyć się konsumpcją do syta; w ukrytych szczelinach, złożyć jaja pod podwalinę większej kolonii.
Płyną chmury nad śródmieściem. Czekanie jak tortura. Nie chodzi o pieniądze, ani miejsce, które człowiek wybiera. Znęca się nad człowiekiem, o wiele coś bardziej doniosłego, tożsamość i bycie! - Pracuję na dachu, pociągam pędzlem połacie, wybieram linę w przyrządzie asekuracyjnym. Nikt nie wtrąca mi się w zakres obowiązków, jestem zbyt wysoko, poza zasięgiem, relaks, odprężenie, ulga! Delikatnie przerzucam linę ku przeciwnej stronie, niestety zaczepia ona o jedno z narzędzi, próbuję zachować przytomność. Pistolet do pianki izolacyjnej zsuwa się jednak w dół, spada w otchłań, niknie! Najszybciej jak można staję pod podstawą budynku. Białe robaki maszerują chodnikiem, mają dumne oblicza, naznaczone tysiącletnią tradycją. Gdzieś w tym wszystkim zdematerializowała się cząstka mojego działania. Panta rej, niewidoczni antagoniści.
Ogarnij całość! Jeszcze o tym nie wiesz, nie zdajesz sobie sprawy z błogosławieństw, które będą twym udziałem. Możesz żyć w luksusie, zaciągać kredyty, emigrować do krajów, w których poziom życia jest wyższy. Przykleić do korkowej tablicy fiszkę, w niedługim czasie będę posiadał, opracować system totolotka!
W brudnych, wymazanych farbą ciuchach, nie wzbudzam, szacunku społecznego, a przecież, nie jestem tym, co robię. Czyszczę rynnę, a za chwilę mówię Dzień Dobry dyrektorowi placówki kulturalnej, który zna mnie z zupełnie innej działalności. – Moje uszanowanie! Z ogromnym dystansem, wymieniam spojrzenie z materią, która blokowała się przed moimi możliwościami.
Proszę! Jestem takim, jakim chcieliście żebym był. Ufajdanym w farbie od stóp po czubek głowy, odchodem uniwersytetu, któremu ot najwyżej, pozwala się pomalować dach i wyczyścić rynnę.
Co tam kasa, zabór mienia, tutaj stoją chore domy, na zatrutej ziemi. Dlatego za absurdalne uważam przedsięwzięcie jednego z moich znajomych. Praca w Londynie, tyra w molochu; lata wyrzeczeń i gonitwy za wyższym standardem pochłaniania. Aby na końcu lać fundamenty na grząskich piaskach Mordoru.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym.
- Ukradli mi samochód!
Nie patrzyliście, czy ktoś przy nim się nie kręcił?
Jeszcze nie zdążyłam spłacić kredytu, a już mi go rąbnęli.
Jak ja teraz będę jeździć do pracy?
Co za ludzie?
Co za naród?
Dlaczego nie powycinają tych drzew?
Rosną sobie, jak gdyby nic i zasłaniają widok z okna na samochody.
Spółdzielnia powinna coś z tym zrobić; tak dalej być nie może. Trzeba wyciąć wszystkie drzewa, aby już nikt, nigdy nie tracił majątku!
Mieć świnie pod wanną - klucz, zasłyszana anegdota.
Jest w tym coś z rozwiercania zamków w willi mojego wujka, z kradzieży samochodu sąsiadki, z zaglądania pod spódnicę moim siostrom. Słychać już nawet alarm podniesiony przez prosięta, kiedy cała masa repatriantów, bezszelestnie i niewidocznie skrada się ku obranym celom. - Nasz dom jak twierdza, otoczony palisadą; po trawniku biega wilczur i doberman. Ziemia się kręci, noc się zbliża, potem jak gdyby nigdy nic wschodzi słońce, a my zauważamy, że coś jest nie tak w otoczeniu. Świnie hałasują, psy nie chcą jeść śniadania, dlaczego na trawniku leżą pocięte fragmenty drutu kolczastego? Zdaje się, że ktoś ukradł nam sadzonki, rozwiercał drzwi od garażu, są nawet ślady błota na marmurach. Jak tu przetrwać w przyszłości, może zamontować kamery, załatwić zezwolenie na broń, w amoku strzelać do tych, którzy próbują odciąć dopływ prądu. Trzeba też będzie zamontować fotokomórki i blokady, wprawić szyby pancerne, ustawić barykadę i słuchać świń, czy aby nic im nie zagraża.
- Schowam moje skarby, nakryję je pancerzem, stanę do walki, żeby mi ich nie ukradli. Chrumkają biedactwa, teraz są bezpieczne, pan nad nimi czuwa, nie są przecież tak błyskotliwe, żeby przewidzieć zagrożenia. Jak dać im do zrozumienia, żeby zmieniły się choć troszkę? Mniej prowokowały, rzucały się w oczy, dyskretniej taplały w barłogu, przybierały mniej wyzywające pozy?
- Świnie, świnki, świniunie, świneczki. Dla was, przez was, dla waszej przyszłości wypruwałem się jak knur; nie spałem po nocach; emigrowałem, nurkowałem w odmęt za perłami, by rzucić je wam pod racice. Proszę! Schowam was, ukryję. Kiedy zjawi się dematerializacja, nie przyjdzie jej do głowy, gdzie jesteście.
Koniec robót przy ulicy Mostowej, zabieram sprzęt: liny itd.. Rozmawiam z kierowniczką. Zostaję poinstruowany, że w holu ośrodka poruszać się mam w foliowych workach na nogach.
– Proszę się do tego zastosować!
Ależ oczywiście pani kierowniczko. - Na potwierdzenie macham głową, aby kobieta poczuła ulgę. Oficjalnie jestem zerem. Szacunek w tym wypadku jest postrzegany pionowo: więcej go dla rozgrywających na górze, a mniej dla pionków przesuwanych na polu gry. Tak też traktuje się każdego człowieka utrzymującego się w Polsce z pracy rąk. Ukradli mi godność! To o wiele ważniejsze niż cokolwiek. Mam jednak pokój w sercu i wiele dystansu, do tego wszystkiego, co się dzieje wokoło. Wracam myślami do kuzyna samobójcy, szkoda, że nie nauczył się żyć z funkcją braku. Są ludzie na tym świecie, nie mający rąk, nóg, pozbawieni zdrowia psychicznego i wzroku. Nigdy nie pomyślę o nich, że są odpadami, więcej w nich prawdy o świecie niż w nie jednym zdrowym, uposażonym po zęby wrzaskliwym konsumencie. Nie jesteśmy doskonali. Skąd ten krzyk, czy abyś chciał posiąść, a nie jest ci dane?
Świnie, po ciężkim stanie oblężenia, obroniłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłem je trzymać przez długie miesiące prozaicznie pod wanną. Ewaporyzacja, pozbawiała mnie kolejno: samochodu, sanek, rowerów, skutera, narzędzi ogrodniczych. Z budynku zniknęły: odgromnik i rynny. Wewnątrz z pomieszczeń wyniesiono: komputer, dwa telewizory; w tym jeden ciekłokrystaliczny, pralkę i lodówkę, cały drobny sprzęt gospodarstwa domowego. Na końcu jakiś haker dorwał się do moich danych, pozaciągał kredyty i wyczyścił do zera stan mojego konta.
Generalnie jednak wytrwałem. Obroniłem okop „Świętej Trójcy”, z mnóstwem robactwa, kotem w worku, zaduszoną trzodą chlewną!
Jeśli nie my nakarmimy, to nami nakarmią...
Późna noc, komórka wyrywa mnie ze snu. Jestem jak wujek dobra rada, telefon zaufania, gorąca linia od spraw patologii i uzależnień. Łączę - Przykładam do ucha aparat, słyszę basowy rytmiczny głos:
- Aktualnie pracuje na dom, co tam zwykłe mieszkanie.
Londyn, to moloch, przemęczę się te kilka lat i wracam, budować posesję.
Problem jest zupełnie inny!
Wyobraź sobie, że mam trudności ze znalezieniem fachowców od szeroko pojętej budowlanki.
Zaczynam się martwić, nie masz kogoś na oku, kto mi ułoży cegły?
Mijam rozkładających się na mych oczach sąsiadów! Myślę o nowym opowiadaniu: „Teoria Nitki i Cegły”. Napiszę je, gdy wszystko się zerwie. Przedmioty umierają i my też; huzia, kto pierwszy?
Ludożercy
Obrazy śmierci zalewają nas praktycznie w każdym przekazie informacyjnym. Sztuka nie pozostaje obojętna, w wiekach przeszłych był to jeden z chętnie podejmowanych wątków tematycznych, pokazywano rozmaite przedstawienia od tańca śmierci, po makabreski i przerażające obrazy masakr etc. Choroba i śmierć, to zjawiska dotyczące każdego z nas z osobna, personalnie bardzo nam bliskie, a jednak za wszelką cenę wypierane z naszej świadomości.
Korzystając z możliwości, chciałbym się podzielić wrażeniami z wykładu, jaki się odbył w Jeleniogórskim oddziale BWA. Pod koniec ubiegłego roku, gościnnie z wykładem o śmierci w polskiej sztuce współczesnej, gościła dr Izabela Kowalczyk (historyk sztuki, krytyczka i publicystka, autorka m.in. książki pt.: Ciało i Władza, którą również będę starał się zrecenzować na forum.
Polska sztuka krytyczna, związana z nurtem współczesnym, za główny cel stawia sobie nie epatowanie obrazami śmierci, lecz cytowanie jej w kontekście. Obecna na sali wykładowej postronna kobieta zadała pytanie: „Czy musimy oglądać te stare kobiety, te zniszczone chorobą ciała, te pozbawione życia korpusy ofiar wojennych?”. Izabela Kowalczyk, która zajmuje się tymi zagadnieniami, odpowiedziała: „Oczywiście moglibyśmy na to wszystko nie patrzeć, udać, że nie istnieje to w naszym życiu, ale to oznaczałoby, że nie dorośliśmy do zrozumienia tego, kim tak naprawdę jesteśmy. Jest tak, że im bardziej zastanawiamy się nad tymi granicznymi odczuciami, tym bardziej zaczynamy je rozumieć i oswajać się z tym, że i w końcu to i nas dosięgnie."
Z drugiej strony, jeden z postulatów postawionych przez dr Kowalczyk brzmiał, że na obrazach śmierci można zrobić fortunę. Reporterzy uczestniczący w konkursach fotografii dziennikarskiej, zrobią wszystko, aby zdobyć jak najbardziej wstrząsające kadry, które potem mogą im przynieść sławę i pieniądze. Tego typu zachowanie zostało ocenione jako „medialny wzrokowy kanibalizm”. Ciekawe w tym wszystkim, że również my sami jesteśmy zaliczeni do tej grupy, przecież tak często napawamy się widokiem umierających ludzi.
Polska sztuka krytyczna w ostatnich latach zwróciła uwagę na ten temat i uznała, że jest on wart skomentowania z kilku powodów. Na pewno czynnikiem prowokacyjnym jest rola mediów w dzisiejszej komunikacji społecznej. Oto przeciętny człowiek swoją wiedzę o świecie czerpie z telewizji (prasy, Internetu). Wszechobecna kultura masowa uczyniła ze złych informacji, informacje najbardziej pożądane, które na pewno przyciągną odbiorcę i się sprzedadzą. Dlatego artyści uznając, że sami są zalewani tymi obrazami, mogą je codziennie zobaczyć w każdym serwisie wiadomości, zaczęli reagować na nie w swoisty artystyczny sposób. I tak Katarzyna Kozyra w swojej pracy dyplomowej „Piramida Zwierząt”, udała się do ubojni, gdzie wyselekcjonowała przeznaczonego na śmierć konia, a następnie na jej polecenie zwierze zostało uśmiercone, aby posłużyć jako jeden z elementów jej przyszłej kontrowersyjnej rzeźby. „Piramida Zwierząt” wywołała liczne reperkusję oraz oburzenie w rozmaitych kręgach odbiorców, artystkę atakowano przede wszystkim za niemoralność i brak serca, czyli za okrucieństwo. Praca jednak opowiadała właśnie o niczym innym, jak o tym okrucieństwie, które każdy z nas pragnie wyprzeć z umysłu. Większość Polaków to mięsożercy, traktujący pożywienie mięsne, jakby ono pojawiało się znikąd, chodzi o to, że nie tylko koń, ale miliony zwierząt jest uśmiercanych, aby ktoś mógł zjeść sobie kotleta. Zatem atakujemy innych, a przecież to my wytwarzamy zapotrzebowanie na ten mord, to dla nas zabija się w ubojniach prądem zwierzęta, my natomiast w swej hipokryzji pragniemy mieć na rękach czyste białe rękawiczki, nie identyfikując swoich postaw z przemocą i zabijaniem, tak jakbyśmy byli ponad.
Kolejne przedstawienie K. Kozyry pt.: „Olimpia” pokazuje ciało w stanie choroby, starzenia i rozkładu. Nie jest to ciało zdrowe, sztuczne, modelki z rozkładówki czy Playboya, na które chętnie spojrzą miliony mężczyzn, ale nie tylko mężczyzn, bo każdy pragnie patrzeć na ładne buzie etc. Jest to ciało zaatakowane śmiertelną chorobą, pokazujące nam, że z nami może stać się to samo w swoim czasie. I znowu krytyka zareagowała chronicznie, tak jakby to, co pokazała artystka nie dotyczyło człowieka (każdego z nas). Na wielu przezroczach mogliśmy też zobaczyć, jak człowiek z podmiotu staje się w momencie śmierci przedmiotem, bezkształtną masą, bryłą zwłok, często powykręcaną, zdeformowaną lub służącą za preparat w jednej z akademii medycznych (Łódź, w holu A.M. eksponowane są fragmenty ludzkie (prawdopodobnie ludzie bezdomni), służą one za eksponaty dla studentów).
W polskiej sztuce powojennej do tego typu obrazów należą przedstawienia z cyklu „Rozstrzelania”, które tworzył Andrzej Wróblewski (1927-1957). Oglądając te kompozycje, widzimy powyginane torsy, bezwyrazowe twarze i wiele innych detali, wskazujących na symbolikę umierania nie koniecznie zaplanowanego. Kto z nas chciałby dobrowolnie stanąć pod ścianą straceń? Do tych prac znakomicie odnoszą się przedstawienia fotografii dziennikarskiej, gdzie np. w Sarajewie podczas konfliktu dochodziło do opłacania snajperów przez dziennikarzy rządnych tzw. „dobrego zdjęcia”. Ludzie ginęli, bo fotograf opłacił snajpera (dochodziło do takich przypadków). Inny współczesny polski artysta, krytykowany praktycznie cyklicznie za swoje prace Zbigniew Libera w pracy pt.: „Obóz Koncentracyjny” ukazał nic innego, jak wyświechtanie przez kulturę masową prawdy o śmierci. Obóz koncentracyjny w formie klocków lego to dobry obraz naszej obłudy. Funkcjonują przecież w naszym społeczeństwie tzw. dowcipy o Żydach, piecach i kominach, dzieci nasze bawią się zabawkami, które imitują narzędzia mordu, tym bardziej nie zrozumiała jest krytyka, a to z tego powodu, że adresowana jest nie do odpowiedniego źródła (artysta). Wielu z nas wojnę kojarzy jako przygodę, sprawdzian bohaterstwa, a pobyt w wojsku jako sprawdzian męskości. Wystawa „Naziści” w Zachęcie, która skończyła się skandalem z powodu „Kmicica” Daniela Olbrychskiego, pokazała jak bardzo za sprawą kultury masowej została zamazana prawda o brutalności wojny. Artysta czyniąc zabieg wymieszania fotografii prawdziwych nazistów z tymi fikcyjnymi (aktorzy grający nazistów), chciał pokazać, że tak naprawdę nie rozróżniamy już prawdy od fikcji, a wojnę kojarzymy z tym, co pokażą nam w telewizji. Np. z kultowym filmem pt. „Czterej Pancerni i Pies” reż. K. Nałęckiego.
Jaka jest wojna? Czy rzeczywistość jest taka, jak ją nam przedstawiają media, czy rzeczywiście Polacy w misji „pokojowej” w Iraku stoją na straży, tego, co najlepsze? Nad
pobytem polskich żołnierzy w Iraku również zastanawiał się w swych pracach Libera. Kiedy zobaczyłem jego przedstawienie, na którym było widać, jak żołnierz polski z uśmiechem na twarzy obejmuje kobietę iracką, pełną uśmiechu i wdzięczności dla naszego żołnierza, zestawiłem ten obrazek z zasłyszaną historią od ludzi, którzy mieli styczność bezpośrednią z tym konfliktem (żołnierz, pobyt w Iraku). Okazuje się, że kobiety irackie często pozorują ciążę, atakują posterunki okupantów, podchodząc doń, a następnie detonując się w akcie samobójczym. Żołnierze na krawędzi wytrzymałości psychicznej, niejednokrotnie strzelają do kobiet w ciąży, myśląc, że to niedoszłe samobójczynie! O tym nie dowiemy się z gazet, ani z telewizji, tylko bezpośrednio od ludzi uczestniczących w tej akcji.
Inny artysta Artur Żmijewski pokazuje ciała kalekie, zdeformowane, chore lub stare. Trudno jest patrzeć na taki obraz człowieka, z pewnością łatwiej jest malować kwiatki, portrety, konie w galopie etc. Jednak czy skupiając się tylko i wyłącznie na tego typu sztuce, przekazie, człowiek jest w stanie się czegoś dowiedzieć o sobie? W sztuce jesteśmy przyzwyczajeni do obrazów śmierci, ale tych estetycznie poprawnych, czasem nawet urzekających i taki też fotogram można było zobaczyć podczas wykładu: młoda Czeczenka samobójczyni, która dokonała samoeksplozji na koncercie rockowym w Moskwie. Przeczyła wszelkim propagandowym kanonom, które mamy zakodowane za sprawą Rosjan tj. Czeczenka osoba stara, gruba, fanatyczka. Ta młoda dziewczyna, leżąca martwa na ziemi, była piękna, zastygła w potencjale, jaki mogła nieść przez całe życie, z tego powodu prasa zastanawiała się czy te zdjęcie może być pokazane, czy też nie.
Jako twórca niezależny, działający również w zakresie sztuk plastycznych, niejednokrotnie podejmowałem tematykę związaną z ostatecznością. Zawsze byłem świadom powagi tematu, nie chodziło mi osobiście o podkręcanie patosu umierania, ale o sam fakt jej brutalności, tzn. najczęściej nieoczekiwanego wkroczenia jej za sprawą innych ludzi czy żywiołów w nasz poukładany świat. Śmierć to coś nieuchronnego, coś co może się przydarzyć nie tylko starcom czy żołnierzom, ale każdemu z nas w każdej chwili, czy, to dziecku, czy młodej kobiecie, czy pewnemu sobie dyrektorowi firmy lub artyście (np. Beksińskiemu).
Skupiłem się w swoich przedstawieniach na aktualnych problemach, newsach podawanych w serwisach: matki morderczynie, katastrofy, oprawcy ścinający głowy, atak na W.T.C, jak i też Śmierć Papieża, która była za sprawą transmisji medialnej reportażem z umierania, podobnie jak śmierć J. Arafata czy Sadama. Czy artysta może; ma prawo przedstawiać w swej sztuce tego typu przedstawienia, jak powinien to robić, co jest najważniejsze w takich komunikatach?
Korzystając z możliwości, chciałbym się podzielić wrażeniami z wykładu, jaki się odbył w Jeleniogórskim oddziale BWA. Pod koniec ubiegłego roku, gościnnie z wykładem o śmierci w polskiej sztuce współczesnej, gościła dr Izabela Kowalczyk (historyk sztuki, krytyczka i publicystka, autorka m.in. książki pt.: Ciało i Władza, którą również będę starał się zrecenzować na forum.
Polska sztuka krytyczna, związana z nurtem współczesnym, za główny cel stawia sobie nie epatowanie obrazami śmierci, lecz cytowanie jej w kontekście. Obecna na sali wykładowej postronna kobieta zadała pytanie: „Czy musimy oglądać te stare kobiety, te zniszczone chorobą ciała, te pozbawione życia korpusy ofiar wojennych?”. Izabela Kowalczyk, która zajmuje się tymi zagadnieniami, odpowiedziała: „Oczywiście moglibyśmy na to wszystko nie patrzeć, udać, że nie istnieje to w naszym życiu, ale to oznaczałoby, że nie dorośliśmy do zrozumienia tego, kim tak naprawdę jesteśmy. Jest tak, że im bardziej zastanawiamy się nad tymi granicznymi odczuciami, tym bardziej zaczynamy je rozumieć i oswajać się z tym, że i w końcu to i nas dosięgnie."
Z drugiej strony, jeden z postulatów postawionych przez dr Kowalczyk brzmiał, że na obrazach śmierci można zrobić fortunę. Reporterzy uczestniczący w konkursach fotografii dziennikarskiej, zrobią wszystko, aby zdobyć jak najbardziej wstrząsające kadry, które potem mogą im przynieść sławę i pieniądze. Tego typu zachowanie zostało ocenione jako „medialny wzrokowy kanibalizm”. Ciekawe w tym wszystkim, że również my sami jesteśmy zaliczeni do tej grupy, przecież tak często napawamy się widokiem umierających ludzi.
Polska sztuka krytyczna w ostatnich latach zwróciła uwagę na ten temat i uznała, że jest on wart skomentowania z kilku powodów. Na pewno czynnikiem prowokacyjnym jest rola mediów w dzisiejszej komunikacji społecznej. Oto przeciętny człowiek swoją wiedzę o świecie czerpie z telewizji (prasy, Internetu). Wszechobecna kultura masowa uczyniła ze złych informacji, informacje najbardziej pożądane, które na pewno przyciągną odbiorcę i się sprzedadzą. Dlatego artyści uznając, że sami są zalewani tymi obrazami, mogą je codziennie zobaczyć w każdym serwisie wiadomości, zaczęli reagować na nie w swoisty artystyczny sposób. I tak Katarzyna Kozyra w swojej pracy dyplomowej „Piramida Zwierząt”, udała się do ubojni, gdzie wyselekcjonowała przeznaczonego na śmierć konia, a następnie na jej polecenie zwierze zostało uśmiercone, aby posłużyć jako jeden z elementów jej przyszłej kontrowersyjnej rzeźby. „Piramida Zwierząt” wywołała liczne reperkusję oraz oburzenie w rozmaitych kręgach odbiorców, artystkę atakowano przede wszystkim za niemoralność i brak serca, czyli za okrucieństwo. Praca jednak opowiadała właśnie o niczym innym, jak o tym okrucieństwie, które każdy z nas pragnie wyprzeć z umysłu. Większość Polaków to mięsożercy, traktujący pożywienie mięsne, jakby ono pojawiało się znikąd, chodzi o to, że nie tylko koń, ale miliony zwierząt jest uśmiercanych, aby ktoś mógł zjeść sobie kotleta. Zatem atakujemy innych, a przecież to my wytwarzamy zapotrzebowanie na ten mord, to dla nas zabija się w ubojniach prądem zwierzęta, my natomiast w swej hipokryzji pragniemy mieć na rękach czyste białe rękawiczki, nie identyfikując swoich postaw z przemocą i zabijaniem, tak jakbyśmy byli ponad.
Kolejne przedstawienie K. Kozyry pt.: „Olimpia” pokazuje ciało w stanie choroby, starzenia i rozkładu. Nie jest to ciało zdrowe, sztuczne, modelki z rozkładówki czy Playboya, na które chętnie spojrzą miliony mężczyzn, ale nie tylko mężczyzn, bo każdy pragnie patrzeć na ładne buzie etc. Jest to ciało zaatakowane śmiertelną chorobą, pokazujące nam, że z nami może stać się to samo w swoim czasie. I znowu krytyka zareagowała chronicznie, tak jakby to, co pokazała artystka nie dotyczyło człowieka (każdego z nas). Na wielu przezroczach mogliśmy też zobaczyć, jak człowiek z podmiotu staje się w momencie śmierci przedmiotem, bezkształtną masą, bryłą zwłok, często powykręcaną, zdeformowaną lub służącą za preparat w jednej z akademii medycznych (Łódź, w holu A.M. eksponowane są fragmenty ludzkie (prawdopodobnie ludzie bezdomni), służą one za eksponaty dla studentów).
W polskiej sztuce powojennej do tego typu obrazów należą przedstawienia z cyklu „Rozstrzelania”, które tworzył Andrzej Wróblewski (1927-1957). Oglądając te kompozycje, widzimy powyginane torsy, bezwyrazowe twarze i wiele innych detali, wskazujących na symbolikę umierania nie koniecznie zaplanowanego. Kto z nas chciałby dobrowolnie stanąć pod ścianą straceń? Do tych prac znakomicie odnoszą się przedstawienia fotografii dziennikarskiej, gdzie np. w Sarajewie podczas konfliktu dochodziło do opłacania snajperów przez dziennikarzy rządnych tzw. „dobrego zdjęcia”. Ludzie ginęli, bo fotograf opłacił snajpera (dochodziło do takich przypadków). Inny współczesny polski artysta, krytykowany praktycznie cyklicznie za swoje prace Zbigniew Libera w pracy pt.: „Obóz Koncentracyjny” ukazał nic innego, jak wyświechtanie przez kulturę masową prawdy o śmierci. Obóz koncentracyjny w formie klocków lego to dobry obraz naszej obłudy. Funkcjonują przecież w naszym społeczeństwie tzw. dowcipy o Żydach, piecach i kominach, dzieci nasze bawią się zabawkami, które imitują narzędzia mordu, tym bardziej nie zrozumiała jest krytyka, a to z tego powodu, że adresowana jest nie do odpowiedniego źródła (artysta). Wielu z nas wojnę kojarzy jako przygodę, sprawdzian bohaterstwa, a pobyt w wojsku jako sprawdzian męskości. Wystawa „Naziści” w Zachęcie, która skończyła się skandalem z powodu „Kmicica” Daniela Olbrychskiego, pokazała jak bardzo za sprawą kultury masowej została zamazana prawda o brutalności wojny. Artysta czyniąc zabieg wymieszania fotografii prawdziwych nazistów z tymi fikcyjnymi (aktorzy grający nazistów), chciał pokazać, że tak naprawdę nie rozróżniamy już prawdy od fikcji, a wojnę kojarzymy z tym, co pokażą nam w telewizji. Np. z kultowym filmem pt. „Czterej Pancerni i Pies” reż. K. Nałęckiego.
Jaka jest wojna? Czy rzeczywistość jest taka, jak ją nam przedstawiają media, czy rzeczywiście Polacy w misji „pokojowej” w Iraku stoją na straży, tego, co najlepsze? Nad
pobytem polskich żołnierzy w Iraku również zastanawiał się w swych pracach Libera. Kiedy zobaczyłem jego przedstawienie, na którym było widać, jak żołnierz polski z uśmiechem na twarzy obejmuje kobietę iracką, pełną uśmiechu i wdzięczności dla naszego żołnierza, zestawiłem ten obrazek z zasłyszaną historią od ludzi, którzy mieli styczność bezpośrednią z tym konfliktem (żołnierz, pobyt w Iraku). Okazuje się, że kobiety irackie często pozorują ciążę, atakują posterunki okupantów, podchodząc doń, a następnie detonując się w akcie samobójczym. Żołnierze na krawędzi wytrzymałości psychicznej, niejednokrotnie strzelają do kobiet w ciąży, myśląc, że to niedoszłe samobójczynie! O tym nie dowiemy się z gazet, ani z telewizji, tylko bezpośrednio od ludzi uczestniczących w tej akcji.
Inny artysta Artur Żmijewski pokazuje ciała kalekie, zdeformowane, chore lub stare. Trudno jest patrzeć na taki obraz człowieka, z pewnością łatwiej jest malować kwiatki, portrety, konie w galopie etc. Jednak czy skupiając się tylko i wyłącznie na tego typu sztuce, przekazie, człowiek jest w stanie się czegoś dowiedzieć o sobie? W sztuce jesteśmy przyzwyczajeni do obrazów śmierci, ale tych estetycznie poprawnych, czasem nawet urzekających i taki też fotogram można było zobaczyć podczas wykładu: młoda Czeczenka samobójczyni, która dokonała samoeksplozji na koncercie rockowym w Moskwie. Przeczyła wszelkim propagandowym kanonom, które mamy zakodowane za sprawą Rosjan tj. Czeczenka osoba stara, gruba, fanatyczka. Ta młoda dziewczyna, leżąca martwa na ziemi, była piękna, zastygła w potencjale, jaki mogła nieść przez całe życie, z tego powodu prasa zastanawiała się czy te zdjęcie może być pokazane, czy też nie.
Jako twórca niezależny, działający również w zakresie sztuk plastycznych, niejednokrotnie podejmowałem tematykę związaną z ostatecznością. Zawsze byłem świadom powagi tematu, nie chodziło mi osobiście o podkręcanie patosu umierania, ale o sam fakt jej brutalności, tzn. najczęściej nieoczekiwanego wkroczenia jej za sprawą innych ludzi czy żywiołów w nasz poukładany świat. Śmierć to coś nieuchronnego, coś co może się przydarzyć nie tylko starcom czy żołnierzom, ale każdemu z nas w każdej chwili, czy, to dziecku, czy młodej kobiecie, czy pewnemu sobie dyrektorowi firmy lub artyście (np. Beksińskiemu).
Skupiłem się w swoich przedstawieniach na aktualnych problemach, newsach podawanych w serwisach: matki morderczynie, katastrofy, oprawcy ścinający głowy, atak na W.T.C, jak i też Śmierć Papieża, która była za sprawą transmisji medialnej reportażem z umierania, podobnie jak śmierć J. Arafata czy Sadama. Czy artysta może; ma prawo przedstawiać w swej sztuce tego typu przedstawienia, jak powinien to robić, co jest najważniejsze w takich komunikatach?
Wyświęcenie Lokalnego Faraona
Na kanwie wydarzeń związanych z kryzysem w Kościele Katolickim, chciałbym zwrócić uwagę na kilka moim zdaniem istotnych faktów, związanych z odejściem od głównego nurtu chrześcijaństwa. Nie chodzi mi o krytykę Kościoła Katolickiego, a raczej o wyciągnięcie wniosków niezbędnych do odczytania tego co się dzieje. Sprawa mianowania nieodpowiednich osób na wysokie stanowiska, to na pewno gradka dla komentarzy dziennikarskich. W mediach szaleje zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju skandale. Pytanie jednak czy media zawsze popełniają błędy, czy nie jest tak jak powiedział jeden z dziennikarzy ujawniających aferę arcybiskupa Wielgusa, że instytucje kościelne zawsze atakują nieodpowiednie osoby, np. dostarczycieli informacji(dziennikarzy, historyków etc.)lub przyjmują inną formę reakcji milczenie (pedofilia w kościele, współpraca z służbami... ). Myślimy nas na szczęście to nie dotyczy, być może tak jest. Jednak mnie interesuje zupełnie coś innego, dlaczego doszło do tego, że większość instytucji kościelnych ukształtowała się w myśl obcą przekazowi Chrystusa. Chodzi mi o hierarchię. Piszę o tym, gdyż przy okazji afery z arcybiskupem Wielgusem, dziennikarze słusznie zauważyli, że w Polskim Kościele(myślę ,że i nie tylko w polskim), zachodzi zjawisko, że o wszystkich sprawach decyduje garstka wybrańców, którzy w zupełności bagatelizują osoby świeckie tj. laikat. Pytanie które może zaintrygować obywatela jest następujące, czy można godzić się na hierarchię, czy Chrystus wskazał, że wszyscy są równi, księża, popi, pastorzy, czy te osoby rzeczywiście uważają się za tak samo równe, co z ideą powszechnego kapłaństwa w świecie współczesnym? Nie pisałbym o tym wszystkim, gdyby nie splot okoliczności oraz wiedza, którą posiadam, to wszystko determinuje mnie do reakcji. Pierr Bourdie w swojej kontrowersyjnej teorii socjologicznej pisał o Iluzji codzienności. Ludzie chcą wierzyć, że instytucje w których przebywają, oparte są na idei ładu i porządku oraz równości społecznej, kiedy się dowiadują, że sprawy mają się zupełnie inaczej, następuje okres poruszenia, buntu, lub akceptacji chorego układu (krzyki w katedrze Warszawskiej: „Nie odchodź!”. Myślę, że dla tego miliony osób na świecie godzą się na hierarchię, bo w gruncie rzeczy nie chcą wziąć spraw, jak słusznie wskazywał Chrystus w swoje ręce. Każdy może być kapłanem, każdy może być odpowiedzialny za głoszenie ewangelii (nie trzeba do tego świadectw wyższych szkół teologicznych aby zostać chrześcijaninem w prawdziwym słowa tego znaczeniu), jeśli scedujemy ewangelizacje i kapłaństwo na czyjeś ręce okaże się, że zostanie złamana idea równości, a co za tym idzie dojdzie do patologii z której wyłoni się nietykalna kasta kapłańska, pozostająca poza wszelką konstruktywną krytyką. Rozmawiając niegdyś ze Świadkiem Jehowy... usłyszałem, że przywództwo w ich organizacji jest traktowane podobnie jak przywództwo Mojżesza nad Izraelitami, podany został również przypadek buntu Korba, miałem wyciągnąć z tego wniosek, że obok tego co powiedział Chrystus o powszechnym kapłaństwie istnieje nurt opierający się na przykładach z przeszłości nie koniecznie adekwatnych do zadań nam postawionych. Wszyscy bowiem szukamy super liderów, którzy będą nas prowadzić podobnie jak Mojżesz, a my sami będziemy tylko ich słuchać sami nie wyzwalając z siebie inicjatywy. Pytanie, które się nasuwa czy można być zatrutym bratnim przywództwem z powodu ucieczki od obowiązku? Pisał już o tym E. From "Ucieczka od wolności" Ludzie dążą do wolności, ale kiedy ją uzyskują są przerażeni, że muszą sami teraz być odpowiedzialni za szereg obowiązków, w związku z tym dobrowolnie zrzekają się na rzecz innych (księża, papieże, popi, etc.) odpowiedzialności za swoje życie. Dla Adwentystów, ważne jest aby wszyscy traktowali się z należytym szacunkiem i nie uważali się za gorszych, ani za lepszych od współsióstr i współbraci. Te wszystkie afery związane z hierarchistycznym układem władzy, jakim kieruje się świat, mogą zarazić, każdą dobrą inicjatywę. Ludzie współcześni, szczególnie młodzi, znakomicie odczuwają, wszelkiego typu nadużycia, bo co to oznacza, że jeden człowiek może więcej, a drugi mniej? Czy w Chrześcijaństwie Bóg domyka ludzkie potencjały. W świecie oczywiście możemy podlegać prałatom, księżom, biskupom, prezydentom, ale w życiu duchowym podlegamy tylko i wyłącznie Bogu. Wszystko można w Chrystusie, a już na pewno głosić prawdę jako szeregowy chrześcijański kapłan. Dlatego pragnę na wolnym forum zaprosić ludzi do refleksji nad modelem „chrześcijaństwa”, gdzie jedni są ponad drugimi i często dzieli ich tak wiele, że trudno się nawet porozumieć. Dla większości wierzących Polaków, religia wiąże się z iluzją w szerokim słowa tego znaczeniu. Legalizm, hierarchia oraz jasełkowa religijność bierze górę nad osobistym logicznym poznaniem Boga.
Tożsamość ponowoczesna
Zasadniczy wpływ na zwiększoną emisje obrazów agresji i przemocy w mediach polskich, ma zmiana modelu ustrojowego państwa. W Polsce, w warunkach wolnorynkowych, wytworzyła się zupełnie inna sytuacja, uwolnione w strumień treści podlegają obecnie przede wszystkim nadzorowi pop-kultury (moda, pieniądz i popyt), to ona wyznacza ramy programowe dla licznych stacji telewizyjnych, goniąc w nieskończoność za sensacją i okresowymi modami. Sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Polsce, jest równoległa do zmian, jakie zachodzą w pozostałych państwach przechodzących do modelu wolnorynkowego. Jest to nic innego jak powielanie przetartych już w świecie zachodnim ścieżek, najpierw bowiem odejście od starego modelu telewizji, (która, to miała na celu głównie edukować widza i dostarczać mu informacji; służąc zarazem w nadawaniu, wartości szerokiej grupie), odbywało się w USA. Następnie telewizja i pozostałe media przechodziły transformację w Europie Zachodniej, a od 1989r. proces transformacji mediów w kierunku tzw. „uwolnienia treści”, zachodzi w Polsce. Ważnym jest, aby odnaleźć sedno przyczynowość zmian, których osobiście doznajemy i zrozumieć medium, z którego korzystamy, zrozumieć różnice pomiędzy telewizją, tą z przed lat, i tą z którą mamy do czynienia obecnie.
Zmiany w zakresie komunikacji są ściśle powiązane z ideologią naszych czasów, z ogromnymi przemianami w zakresie rozwoju techniczno-komunikacyjnego. Nie można rozpatrywać telewizji i jej formy komunikowania wedle wzorców bagatelizujących media elektroniczne, to co było przynależne „galaktyce Gutenberga” (w obecnych sposobach komunikowania, jest już zaprzeszłe). McLuhan, w swoich teoretycznych pismach na temat zmiany komunikowania, wspomina o ogromnej przepaści międzypokoleniowej, która tak naprawdę jest otchłanią, jaka dzieli dwie odrębne od siebie kultury (epoka piśmienna i epoka mediów elektrycznych). Odchodząca wraz ze starym pokoleniem kultura nadal rości sobie prawo do narzucania wzorców, często nie uwzględniając zmian jakie zaszły w rozwoju świata. Edukacja w wielu krajach , ,,jest formą kulturowej agresji i jak wspomina McLuhan – „ narzuca młodzieży przestarzałe wizualne wartości konającej epoki piśmiennej” oraz „Cały nasz system oświaty jest reakcyjny, ukierunkowany na minione wartości i dawne techniki, i tak będzie dopóki stare pokolenie utrzymuje się u władzy /.../, nasz system edukacji jest ciągłym oglądaniem się za siebie. To ginący i przestarzały układ wzniesiony na piśmiennych wartościach oraz cząstkowych i sklasyfikowanych danych, które są zupełnie niedostosowane do potrzeb pierwszego pokolenia telewizyjnego” . Również i w polskim systemie oświaty, widać tę zależność, edukacja główny nacisk kładzie na wyuczenie kolejnego pokolenia na bazie starych wzorców, nastolatki w szkołach uczą się świata głównie z książek, mimo tego, że na zewnątrz placówek oświaty otaczają ich wszechobecne media elektryczne. Często też telewizyjne doświadczenie medialne, jest wcześniejsze niźli zetknięcie się z kulturą druku. Dziecko zanim zacznie się posługiwać językiem i książką ma już doświadczenie odbioru obrazu telewizyjnego (bajki etc), czymś niezrozumiałym jest zatem pomijanie w programach edukacyjnych tak ważnych określeń współczesnego świata, które wpływają, na świadomość milionów. Szkoły w Polsce edukują tak, jakby telewizja czy inne media nie były obecne w kulturze. Brak przedmiotów przybliżających język mediów (kina, telewizji, nowych interaktywnych mediów), powoduje chaos i brak rozpoznania kodu nadawania komunikacji, to wszystko przekłada się na sytuację niezrozumienia rzeczywistości, jaka nas otacza i dyktaturę nowych mediów z którymi społeczeństwo nie potrafi walczyć.
Nie dziwi mnie fakt, buntowania się młodych, ukierunkowany w stosunku do programów nauczania. Młodzi ludzie protestują: „Nie przeczytałem „Krzyżaków” Sieńkiewicza, bo lektura jest nudna, forma nużąca i nieprzekładalna na dzień dzisiejszy (wypowiedź gimnazjalisty, który jest karany za nie czytanie lektur). Uczeń liceum, wspomina natomiast, iż: „Nie czytał „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza i jest z tego dumny”, rozumie jednocześnie, że jest to lektura obowiązkowa, ogranicza się tylko w takim przypadku do przeczytania streszczenia lektury, generalnie i tak stwierdzając, że nie ma to żadnego odniesienia do współczesności, natomiast forma filmowa bazująca na tej samej treści – „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, figuruje w domowej filmotece wspomnianego młodzieńca i jest chętnie oglądana (bierność, rozrywka, ale i zmiana w zakresie komunikacji).
McLuchan, wspominając o tym problemie, informuje, że nie wystarcza wstawić do klas szkolnych, telewizorów – obecnie magnetowidów i komputerów, gdyż szkoły powinny zmienić się wewnętrznie, odrzucić archaiczne wartości i metody nauczania ( bazowanie i tłumaczenie świata tylko i wyłącznie za pomocą kodów piśmiennych); aby szkoły, przestały być „więzieniami bez krat” czy „intelektualnymi zakładami karnymi”, należałoby upowszechnić, nowe techniki i wartości [3].
Osobiście myślę, że interesującymi dla młodzieży przedmiotami poznawczymi, byłyby zajęcia z zakresu rozumienia telewizji, kina, mediów interaktywnych, jak i też zajęcia prezentujące zagrożenia, czy też spuściznę kulturową wytworzoną z pomocą tychże mediów. Zamiast nadmiernego skupienia się na analizowaniu literatury, powiedzmy: „Trylogii” Sienkiewicza, należałoby przeprowadzać analizę programów telewizyjnych, filmów, czy programów komputerowych, aby dzieci i młodzież mogły rozpoznać środowisko w którym przyszło im żyć.
Rewolucja techniczna, to pierwszy czynnik zmian zachowań w obrębie kodu komunikacji, drugim jest przejście w zakresie pojmowania świata od modernizmu do postmodernizmu, ma to ogromny wpływ na kulturę, wspomina o tym m.in. Tadeusz Miczka w pracy pt.: „O zmianie zachowań komunikacyjnych” . Na bazie wywodów m.in. tego autora, chciałbym pokrótce zaprezentować zmianę, jaka się dokonała w sposobie prezentowania treści w mediach.
Motyw przejścia, zmiana, o której wspomina M.McLuhan, jak i na innej płaszczyźnie również i A.Toffler, wywołuje w społeczeństwach pewnego rodzaju konsternacje, która polega na braku punktów odniesienia i stabilizacji . Zmiany w technicznym świecie dokonują się tak szybko, że w kulturze zostaje naruszona zasada równowagi wewnętrznej, nazywana „spazmem komunikacyjnym” i jak pisze Miczka za Tofflerem (por. A. Toffler, Ekospazm, Warszawa 1977,s. 72-73) „ - „Futurospazm”/.../, to przyspieszenie przemian w życiu codziennym, kulturze i komunikacji, które wywołuje niezwykle trudne do rozwiązania problemy z procesami adaptacyjnymi, ze świadomym przystosowaniem się ludzi do nowej rzeczywistości, daje początek tendencjom do trwałego rozpraszania informacji i systemów wartości, a poprzez samotranscendencję wewnętrzną i zewnętrzną prowadzi do trwałych zmian w systemach społecznych” . Spazm komunikacyjny wedle J.Habermasa to niedokończenie projektu nowoczesności zaplanowanego przez modernizm, ale i jest również życiem w nieokreśloności, która narasta w świecie . Szybka przemiana wywołuje nieokreśloność; społeczeństwo traci punkt oparcia, znajduje się w nowej sytuacji, gdzie często nawet teoretycy nie mają rozpoznania. Zmiany, wywołują w społeczeństwie cały zakres rozmaitych reakcji, od totalnej izolacji (blokada przyswajania nowych tendencji) np. u osób starszych, nie przyzwyczajonych do tak szybkiego tempa przemian, wrogiej postawy w stosunku co do rozmaitych nowości, jak i ciągu wręcz narkotycznemu, prezentowanemu przez nowe generacje. Jeden z dyrektorów IBM, powiedział kiedyś McLuchanowi: „Kiedy moje dzieci rozpoczęły pierwszą klasę, przeżyły już kilkakrotnie swoich dziadków .” To oznacza tę ogromną przepaść międzypokoleniową, ale i zmianę punktów orientacyjnych w zakresie społecznych i jednostkowych odniesień (brak autorytetu dla starszego pokolenia i dotychczasowego pojmowania świata). Słowem, postmodernizm nie bierze się znikąd, wyrasta z pejzażu, jaki go otacza. W wyniku rewolucji technicznej, następuje zmiana dotychczasowych paradygmatów, teoretycy zauważają, iż to co było pewnikiem w modernizmie, przestaje obowiązywać. Postmodernizm „podkarmiony” przez liberalizm, wydaje się szybko podchwytuje owe tendencje, znajdując wykreowane przez się argumenty, iż świat „wielkich narracji”, nie jest w stanie określić świata, który zaczyna się rozwarstwiać w mozaikę burząca dotychczasową tożsamość społeczeństw.
Świat linearny, modernistyczny, opierał się na racjonalności – „rozumności podpieranej przede wszystkim autorytetem filozofii i nauk ścisłych...” , przeżywa kryzys. Ekspansja komunikacji spazmatycznej, dokonała istotnego przesunięcia w zakresie pojmowania racjonalności. W postmodernizmie, wiedza nie ma już takiego autorytetu, jak w modernizmie, nauczyciele tracą znaczenie, są jedynie nadawcami komunikatów, ku konsumpcji, konsument może uznać ów komunikat, ale nie musi. Swoją „małą narrację”, może równie dobrze wypracować sam na zasadzie znalezienia prawdy jednostkowej, może jednak też i wybrać swoją tożsamość z „sieci wielu różnych specyficznych racjonalności” . Jean Francois Lyotard, stan ten nazywa kryzysem „wielkich narracji” .
Przesunięcie w rozumieniu świata i komunikowaniu można również wytłumaczyć na przykładzie zmiany, jaka nastąpiła na organizmie mediów, w szczególności telewizji. Miczka, aby wytłumaczyć zmiany komunikacyjne przytacza terminologię stosowaną przez Francesco Casetiego i Rogera Odina , którzy to dokonują podziału na paleo- i neo –telewizję.
Paleo-telewizja bazuje na wykładniach modernizmu, proponuje ramówke programową wedle ściśle ustalonych norm nadawania, gdzie edukowanie widza jest postrzegane jako misja. W telewizji takiej, jasny i klarowny jest podział na edukujących (nadawcy) i edukowanych (odbiorcy), mamy zatem nauczycieli i uczniów. Jednostka wychowana w takim systemie komunikacyjnym już w dzieciństwie dowiaduje się, czego się od niej oczekuje: „kim może być i powinna być” . Do tego rodzaju telewizji, można zaliczyć Telewizję Polską z okresu PRL, programy emitowane w okresie tzw. „demokracji ludowej”, nacechowane były właśnie chęcią kreowania postaw wśród Polaków. Telewizja odwoływała się do historii, tożsamości, wzmacniała poczucie więzi rozmaitymi programami, ale i również edukowała, czego przykładem była tzw. telewizja edukacyjna (programy edukacyjne, naukowe, reportaże, teleturnieje edukacyjne itd.). Bajki reprezentowane w tamtym okresie miały na celu, podobnie jak programy szkolne, wyzwolić wśród młodych odbiorców odpowiednie postawy aprobowane przez państwo. Kanon tożsamości był już gotowy i nadzorowany przez państwo i mimo, że media w Polsce były wówczas niesuwerenne (cenzura, manipulacja wiadomościami z zakresu polityki), to jednak wiele aspektów edukacyjnych paleo-telewizji, zostało zachowanych w umyśle ówczesnych widzów, jako pożyteczne i pomagające ukształtować ich światopogląd. Treści z tamtego okresu bardzo często pojawiają się w obecnych mediach. Stare programy, do których sięga współczesna telewizja wytrzymują próbę czasu, czego nie można powiedzieć o programach współczesnych, jakże szybko się dezaktualizujących. Pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów programów z tamtego okresu, które i obecnie są chętnie emitowane w telewizji: „Bolek i Lolek”, „Miś Uszatek”, „Reksio” (bajki), „Wakacje z Duchami” i „Podróż za jeden uśmiech” w reżyserii S. Jędryki (filmy telewizyjne), „Akademia Pana Kleksa”, „Przygody Pana Kleksa” i „Pan Kleks w kosmosie”(popularne filmy w reżyserii K. Gradowskiego, emitowane zarówno w paleo, jak i neo-telewizji), czy „Stawka Większa niż Życie” w reż. A. Konica (serial telewizyjny). Fenomenem samym w sobie stał się „Teatr Telewizji”, który to mimo zagrożenia, ostał się we współczesnych mediach, jako jeden z nielicznych programów, zmuszających widza do wzmożonego myślenia etc.
Zmiana w zakresie komunikacji spowodowana, jak wspominałem w głównej mierze szybkim postępem techniki, wywołała zmianę tożsamości.
Dziś już widownia Telewizji Polskiej, nie oczekuje, wtłoczenia w siebie jednej zasadniczej idei, która ma się stać normą zachowania i budowania tożsamości. Telewizja rozumie zmianę, która zaszła i dlatego nie upiera się aby mocno obstawać przy nadawaniu programów podporządkowanych jednej matrycy. Miczka wspomina, iż liberalizm i tolerancja, stanowią podstawę do wykładni nowego komunikowania; jest to tzw. szacunek dla odmienności .Telewizja nie próbuje dziś robić nic na siłę, próbuje zaprezentować możliwie, jak największą ilość możliwych przebiegów myślowych, prawd jednostkowych, jest to też pewnego rodzaju obojętność, gdyż telewizja nie chce już dziś być nauczycielką jednego słusznego kodu. Miczka, aby podkreślić tę popularną zasadę, przytacza słowa: „twoje życie, twoja sprawa” .
„Neo-telewizja nie jest już przestrzenią edukującą, lecz przestrzenią wspólnego biesiadowania (F.Casetti, R. Odin) . Programy podporządkowane są rytmowi i treściom dnia codziennego. Traci w niej swoje dotychczasowe znaczenie ramówka, ponieważ w ciągu jednego dnia różne programy łącza się ze sobą. Struktura neo-telewizji upodabnia się do nieprzerwalnego strumienia informacji, który znosi tradycyjny podział na gatunki (zastępowany jest on ich swobodnym krzyżowaniem) i fragmentaryzuje wszystkie poetyki (pojawiają się liczne wstawki i przerywniki). Neo-telewizja, nie realizuje jednak umowy zawartej z widzami, ona ogranicza się tylko, do podtrzymywania z nimi kontaktu, zachęca ich do „życia” z sobą . W takiej sytuacji telewizja jest podobna do spuszczonego z łańcucha pieska, który teraz biega tam gdzie ma ochotę, wyszukując pożywienia (pieniędzy), łasząc się jednocześnie do wszystkich tych, którzy nań zwrócą najmniejszą uwagę. Postmodernistyczna telewizja nie ma już uczniów, ona ma wielbicieli, dla których pomerda ogonem w lewo czy w prawo, w zależności od zapotrzebowania. Dowodem tego typu współzależności między telewizją a widzami, są niektóre programy, gdzie widownia może w jakiś sposób czuć się współrealizatorem medialnej rzeczywistości. Telewizja wydaje się zachęca publiczność tymi słowy, - ja nie tylko, że nie chcę być dla was znienawidzonym belfrem, narzucającym coś czego wy nie chcecie, ale jeszcze pragnę, abyście to wy widzowie decydowali, kto ma być i co ma być na antenie.
Programy reality show są tego klasycznym przykładem, publiczność poprzez formę głosowania decyduje, czy w programie ma zostać powiedzmy Agnieszka Frytkowska, zabiegająca o względy mężczyzn przed kamerami (Big Brather – TVN, gdzie popularna Frytka spółkowała z jednym z mężczyzn w wannie, tuz po wejściu do programu), czy popularne i lubiane „gwiazdy reality”: Gulczas i Klaudiusz, prezentujący przed publicznością polsatowskiego „Baru – Złoto dla Zuchwałych” swoje obnażone zadki. To od publiczności zależy, na co się zdecyduje i co będzie oglądać.
Telewizja obecnie wydaje się dostarcza tylko rozrywki i satysfakcji zgłodniałej i coraz bardziej wybrednej publiczności .Odczuwam niejednokrotnie wrażenie, że obecne treści komunikowane przez telewizję, przypominają formą młodzieżową imprezę; huczną i wesołą, czasem z elementami grozy, gdy ktoś przekroczy granice przyzwoitości, kończącą się jedną wielką balangą, torsjami i jakże widowiskowym „kacem medialnym”. Publiczność na której odbywa się eksperyment testowania nowych sytuacji audiowizualnych, musi wybrać w myśl postawy postmodernistycznej spośród wielu różnorodności, wielowymiarowości i heterogeniczności, wzorce, które zbudują tożsamość jednostkową. „Realizatorzy postmodernistycznych programów zakładają /.../,że wszystkie tożsamości są równe, ale każda istnieje oddzielnie i może być odpowiednia dla jednostki, dlatego człowiek musi się nieustannie samoidentyfikować i ma prawo do zmiany zdania na własny temat. „Samoidentyfikacja jest przede wszystkim kwestią uczuć” . I tak oglądamy powiedzmy debatę telewizyjną na temat zdrady małżeńskiej, eutanazji, czy adopcji dzieci przez pary homoseksualne i nie możemy liczyć na żadne wsparcie ze strony telewizji jeśli chodzi o ocenę tego zjawiska. Redaktor prowadzący program w neo-telewizji jest od tego, aby budować napięcie poprzez system sprawnie budowanych pytań i przedstawiać skrajne biegunowo, kontrowersyjne poglądy, natomiast widz musi sam ocenić czy zadany problem lub zjawisko jest według niego do pogodzenia, czy też nie.
Telewizja jest w stanie wyciągnąć na wierzch, tematy najbardziej odrażające i przed kamerami uczynić z nich debatę publiczną z udziałem telewidzów. Neo-telewizja z tego powodu jest ogromnym zagrożeniem przede wszystkim dla organizmów nieukształtowanych; małe dziewczynki, mogą uczyć się na przykładzie „Frytki”, w jaki sposób stać się „popularną twarzą telewizyjną”.
Pod wpływem telewizyjnej edukacji przesunięcia moralne, konkretyzują się w rzeczywistości np. uczestniczka Baru- Vip pieszcząca penisa żonatemu koledze z programu, może być inspiracja dla szeregu nastolatek. Przecież wszystko jest dozwolone, a nawet pokazywane w telewizji. Mężczyźni to lubią wykorzystam, to przy, najbliższej nadażającej się okazji , może pomyśleć każda dziewczyna oglądająca tego typu programy.
Telewizja postmodernistyczna nie odwołuje się tak bardzo do wartości związanych z narodem, rodziną, językiem i zwyczajami, przeszłość nie jest dla niej tak ważna, można od niej odejść, albo inaczej wręcz należy, gdyż punktem odniesienia dla neo-telewizji jest teraźniejszość (życie codzienne); trzeba bowiem jak najszybciej dążyć do realizacji rozmaitych satysfakcji.
Rys współczesności znakomicie określa Z. Bauman . Autor ten rozważając problem śmiertelności i nieśmiertelności w ponowoczesnym świecie, zauważa, iż przeważająca część społeczeństwa, zarzuciła myśl o możliwości istnienia po śmierci, wytwarzając jednocześnie nowy typ nieśmiertelności tu i teraz. Media pozwalają w iluzoryczny sposób zatrzymać rzeczywistość; stać się osobą medialną oznacza wryć się w pamięć milionów, stąd pęd ku jakże popularnym dziś programom typu reality, czy castingom do muzycznego programu „Idol”(Polsat). Nowy tryb życia, zachęca też do budowania „kładek prywatnych” ku nieśmiertelności, nie każdy przecież może stać się popularną gwiazdą, ale już każdy, może pozostawić coś w spadku dla potomnych i przez to uzyskać pewną formę nieśmiertelności. Nieśmiertelność tak rozumiana, posiłkowana konsumeryzmem, prowadzi kolejne pokolenia do idei nadmiernego gromadzenia, korzystania z rozmaitych satysfakcji i przekazywania pałeczki z zapisem materialnym kolejnym pokoleniom, aby te również żyły dla gromadzenia i pamiętania o tych, którzy nagromadzili.
Zanim zacznę prezentować i przytaczać dalsze przesunięcia w zakresie pojmowania nieśmiertelności, pragnę przytoczyć za Miczką dwóch teoretyków postmodernizmu i ponowoczesności: Z. Melosika i T. Szkudlarka , którzy to, wyróżniają w ponowoczesności, charakterystyczne typy zachowań i tożsamości ludzkich (są to często modele wypreparowane przez jednostki na bazie doświadczenia postmodernizmu i postmodernistycznej neo-telewizji). I tak typ pierwszy, to wedle nich tzw. „ „przezroczysta tożsamość globalna”, czyli „uniwersalny ekspert, negocjator i badacz, który jest wyposażony we wszystko, co potrzeba aby radzić sobie w rzeczywistości ponowoczesnej, łatwo przystosowuje się do nowych warunków kulturowych, nie wgłębiając się zarazem zbyt daleko w treści poszczególnych narracji „ślizga się po powierzchni znaczeń /.../ czuje globalizację, ignoruje lokalizacje i regionalizm, wypracowuje gotowe schematy poznawcze na temat każdej rzeczywistości...” . Zauważmy, że persona ta porusza się w świecie wedle swojej jednostkowej małej narracji, często ukształtowanej za pośrednictwem nowych mediów. Drugi typ - „tożsamość globalna każda”, to człowiek otwarty na wszelakie różnice, cechujący się wysoką empatią kulturową, tacy ludzie mogą być praktycznie każdym, w zależności od tego gdzie się znajdą (pomyślmy, jakie konsekwencje wynikają z odbioru telewizji przez takiego człowieka przyjmującego praktycznie wszystko). Trzeci typ – „tożsamość upozorowana”, tu oddam głos teoretykom, którzy wspominają iż jest to: „ tożsamość totalnie medialna i konsumpcyjna, która nie potrafi przypisać sobie jakiegokolwiek mocnego „znaczenia”. Po prostu, człowiek posiadający taką tożsamość, wszystko traktuje jednakowo, wszystkie różnice są dla niego bez znaczenia, ponieważ ma poczucie, że nie ma w nim nic autentycznego. Treść życia zastępowana jest przez styl, styl zmieniający się co chwilę w kulturze konsumpcji, co często prowadzi do nihilistycznej postawy i pogłębia wrażenie absurdu egzystencji” . „Tożsamość typu supermarket”, jednostka z taką tożsamością przechadza się po targowisku i wybiera, konstruuje z wielu źródeł kulturowych, swoją tożsamość; tu spostrzeżenie z osobiście przeprowadzonego wywiadu z roku 2003 (wywiad porusza zagadnienia subkultur oraz bieżących fenomenów kulturowych) .
– „Ja pamiętam, jak się wśród młodzieży hip-hop objawiał. No ja się dosyć późno wkręciłem w te klimaty, ale goście którzy wcześniej zaczynali się w to wchodzić, to byli chłopaki, którzy na oglądali się amerykańskich filmów i tym podobnych spraw. I wiesz zobaczyli i ekscytacja, zaczęli się ubierać /.../. W mojej klasie np., jak przychodzili do szkoły byli wiesz wyzywani przez wszystkich, i przez nauczycieli wyśmiewani, że noszą te szerokie spodnie i wyglądają, jakby... . A teraz, wśród młodzieży można wyliczyć: hip-hopowców – tzw. hip-hopowców, skeatów, których jest naprawdę mało, później punki i metalowcy , satanisci, i anarchiści tego typu grupy. Obwieszają się oni jakimiś wisiorkami, a w domu wierzą w Horusa. Bo mam koleżankę, to jest siostra mojego kolegi, i byłem tam u nich kiedyś instalować komputer, jak popatrzyłem po ścianach, to miałem niezły ubaw i musiałem się pytać kumpla, co to jest.- Ja tam płakałem ze śmiechu, jak się dowiedziałem w co oni wierzą. - Kumpel jest normalny i wierzy, że jest Bóg, ale ostatnio stwierdził, że jest ateistą, bo jakby był Bóg, to nie miał by tak ciężko. Po prostu wiesz, ma taki wiek. No a jego siostra wierzy tak: w diabełki, bożki – wiesz jakieś Światowidy jakieś „Wity-stfoszy” i tym podobne, ale najciekawsze jest to, że na ścianie ma ogromny wielki znak Horusa. Spytałem się co to jest ? – Mówię co to oko Ozyrysa? Kumpel mi odpowiada: nie, to oko Horusa, moja siostra w to wierzy. Przychodzi jego siostra, patrzę na jej szyję, a tam tak: pentagramy; we wszelakich możliwych formach , normalne i do góry nogami, jakieś krzyże celtyckie; no po prostu kupa niepotrzebnego śmiecia, i zadaję pytanie co to wszystko oznacza? I ona mi zaczyna tłumaczyć, że ten tutaj pentagram, to ochrania przed złymi siłami, kolejny przywołuje dobre moce i dodaje siły witalnej , ten chroni przed duchami, a ten przed zmarłymi itd.. Słucham jej uważnie i udaję powagę, ale coś mi nie wychodzi. Ona stwierdza, że jestem głupi, bo się z niej śmieje i sobie zaraz wyszła, poszła gdzieś do koleżanki. Wchodzimy do pokoju, gdzie jest telewizor, no i aby sobie zapalić papierosa na balkonie. Idziemy i ja patrzę na ścianie w tym pokoju wisi zdjęcie murzyna. Pytam się kto to jest ? Kumpel mi mówi - To jest afrykański prorok, w niego wierzy moja matka. I po prostu ja wtedy wybuchłem absurdalnym śmiechem, bo nie mogłem już wytrzymać, a jeszcze mi kumpel pokazał literaturę swojej matki. Pisało tam, że ten i ten jest bogiem, jest prorokiem wszechczasów, no i po prostu bardzo dużo zdjęć na ten temat itd. . I się dziwie... ; jego ojciec nie mieszka z matką, jest normalny, jest tzw. katolikiem niepraktykującym. Do kościoła nie chodzi, bo mu się nie chce, w domu sobie siedzi ogląda telewizor; syn też nie wierzy w jakieś bożki, a inni członkowie jego rodziny .... . I tak to w Polsce wygląda, że ludzie; niektórzy już tak fiksują, po prostu z braku zajęć; albo nie wiem z czego , z tej utopii co się tutaj dzieje, że po prostu zaczynają wierzyć w Horusa!”
Wracając do charakterystyki typologicznej, kolejną tożsamością jest „tożsamość amerykańska”. Oznacza to nic innego jak naśladowanie poza USA, amerykańskiego image’u jest to szczególnie popularne w Polsce i w polskich mediach. Ostatnią osobowością jest „tożsamość typu brzytwa”, ta szuka odseparowania od wyżej wymienionych, człowiek taki irytuje się ponowoczesnością i wszystkim tym, co ona niesie z sobą. Przedstawicielami mogą być osoby zasilające środowiska fundamentalne np.: „Młodzież Wszechpolska”, czy słuchacze „Radia Maryja”, jak i na świecie fundamentaliści islamscy.
Przedstawione za teoretykami modele tożsamości oczywiście wchodzą między sobą w rozmaite zależności, oddziałując i krzyżując się wzajemnie, czasem tworząc zlepki tożsamościowe. „Eugeniusz Wilk w pozycji pt.: „Nawigacje Słowa. Strategie werbalne w przekazach audiowizualnych”, w jednym z rozdziałów pt.: „Wibrująca tożsamość” wskazuje, iż wysoka technologia doprowadza, przyśpiesza i intensyfikuje proces fragmentaryzacji i rozproszenia tożsamości . Te wszystkie procesy rozproszenia można nazwać, „tożsamościami technospołecznymi” .
Ludzie zaczynają naśladować media i maszyny, przejmując od nich cyfrowy wzór postępowania, jest to zamiana „mięsistego serca na procesory”. Ta zmiana w zakresie punktu odniesienia i budowania własnego światopoglądu odbywa się w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata, a od 1989 roku również i w Polsce. Społeczeństwa zatapiają się w iluzji, jak w świecie realnym, świat mediów elektrycznych, stał się dla milionów naturalnym otoczeniem, życie poza miastem i bez możliwości korzystania z sieci i posiadania w domu telewizora, komórki, komputera etc. staje się życiem wybrakowanym. Paradoksem jest fakt, iż przez postępującą wirtualizację, interaktywność medialną, tak naprawdę miliony ludzi, żyją w ułudzie wspólnoty, przebywając niejednokrotnie latami w czterech ścianach, gdzie podstawową formą dialogu lub oglądu, są tak naprawdę martwe przedmioty, takie jak monitor komputera i ekran telewizora. Gdyby całą naszą cywilizację pozbawić dopływu prądu, szybko okazałoby się iż przeważająca większość ludzi nie ma alternatywy życiowej, ma problemy z zagospodarowaniem wolnego czasu, i nie wie tak naprawdę kim jest oraz jak rozmawiać z żywymi ludźmi.
Powróćmy do Z. Baumana, jego rozważań na temat śmierci i nieśmiertelności w ponowoczesnych realiach. Oczywiście śmierć pozostaje tematem tabu; nadal stroni się od niej. Ph.Aries w „Człowiek i śmierć” , oznajmia, że następuje odwrócenie, że społeczeństwo wyrzeka się śmierci (chodzi o myślenie o śmierci własnej lub osób z najbliższego kręgu). W świecie, jak panuje kult młodości, osoby stare i chore są usuwane poza nawias społeczny, a w ostatnim czasie eutanazja zalegalizowana już w niektórych krajach, pozwala uporać się nie tylko z tym problemem, ale i z obciążeniami ekonomicznymi budżetu danego państwa (utrzymywanie starych i schorowanych ludzi przy życiu jest kosztowne, może się okazać, że w warunkach małego przyrostu populacji, poszczególne budżety państw tego nie wytrzymają). Podejście do śmierci podlega przewartościowaniu, śmierć realną usuwamy, aby nie mieć z nią problemu, kłopotu, aby nie rzutowała za bardzo na nasze samopoczucie, wszak mamy przecież „biesiadować” i korzystać w życiu, z rozmaitych rozkoszy, substytucji i wymienności. Mamy powoływać do życia „nowe domy publiczne” - metafora J.Baudrillarda wskazująca na USA , nieautentyczność tego państwa oraz centrum słodkiego szaleństwa rozpropagowanego przez postmodernizm, odsuwając wszystko co realne i nieprzyjemne na bok.
Śmierć jest obecna w takiej kulturze w ujęciu nierzeczywistym, lecz iluzorycznym, przetransponowana na język mediów („chwilo trwaj wiecznie” – parafraza Goethego „Faust”), zyskuje aprobatę społeczną z kilku zasadniczych powodów. Po pierwsze jest odwracalna, możemy zobaczyć na ekranie telewizyjnym serwisy informacyjne, filmy fabularne itd., gdzie pokazuje się obrazy śmierci, ale posiłkujemy się wówczas podświadomie, że to nie jest do końca tak, możemy nawet po kilku latach zobaczyć ponownie ten sam film, przywracając do życia aktora, który już dawno nie żyje. Możemy wciąż pokazywać w mediach osobistości, które wywarły wpływ na los świata, aż wyrobimy w sobie myśl, że nadal te persony w jakiejś formie są żywotne i do nas przemawiają; to wszystko jest specyficzną formą nieśmiertelności ponowoczesnej, o której wskazywał Z. Bauman. Oczywiście, na takie doznanie śmierci zgadzamy się, jak najbardziej, a nawet idąc dalej oczekujemy tych obrazów, jako intrygujących, skrajnych i granicznych .
Drugi powód społecznej aprobaty dla obrazów śmierci, ale i przemocy jest dyktowany czystą rozrywką; oto przecież siedzimy sobie w wygodnym fotelu kina, czy w domu przed telewizorem i możemy sobie podglądać spektakl z mortycznymi obrazkami. Zdajemy sobie sprawę, że to wszystko nie dzieje się realnie, wobec tego bezpiecznie ekscytujemy się, podniecamy i odreagowujemy lub zaspokajamy swoją ciekawość (podobnie, jak niegdyś czynili to ludzie uczestnicząc w rozmaitego typu egzekucjach). Oglądanie trupa, to iście medialny przekaz, nawet wyprzedzający perwersje seksualne, zresztą to zależy od aktualnego zapotrzebowania widowni. Komercyjne stacje telewizyjne na podstawie doświadczenia płynącego z kina (całość przekroju kinematografii bogata jest w treści ukazujące śmierć, agresję i perwersję) i konsorcja dojrzały w obrazach mortycznych, doskonały produkt budowania potęgi medialnego przekazu, uznając, że śmierć zawsze potrafi być atrakcyjną.
Śmierć, jako fakt kulturowy; o którym pisze Z.Bauman „została wtłoczona przez mechanizmy rynkowe w obszar „targowiska przyjemności”/.../. Umieranie i śmierć, zdarza się na co dzień w świetle dziennym lub w blasku reflektorów przed oczyma milionów. Śmierć ogląda się tak często, że widzowie oswoili się z jej widokiem, który nie wywołuje już grozy, ani nie skłania do większych refleksji. Umieranie stało się jednym z licznych widowisk /.../.Gra w śmierć podnieca, budzi emocje, fascynuje umysł i przyciąga uwagę /.../, staje się w miarę jej uprawiania, sztuką dla sztuki; apetyt rośnie w miarę konsumpcji” . To wszystko nie pozostaje bez oddźwięku. Widzowie są prowadzeni przemocą od programu do programu, aby w konsekwencji nabierać doświadczenia, kształtującego ich tożsamość i być gotowymi do chłodnego odbioru przemocy w rzeczywistości, jak i też do rozmaitych form jej powielania.
Media dokonują masażu, jest to doświadczenie traumatyczne, decentralizujące społeczeństwo piśmienne, „zderzenie dawniej posegmentowanej, wizualnej kultury z nową integralną kulturą elektroniczną stwarza kryzys tożsamości, wyjałowienie jaźni, a to z kolei wytwarza niesłychaną przemoc, która jest po prostu poszukiwaniem tożsamości, prywatnym i zbiorowym, społecznym i komercyjnym” .
Współczesne media handlują śmiercią i wszystkim tym, co najgorsze. Telewizja jest nafaszerowana przemocą; kolejne pokolenie wyrasta na interakcjach człowiek-maszyna. Gry komputerowe dla dzieci to niekończące się rzezie.
Patrząc na obraz mediów współczesnych trudno zachować optymizm. Trudno przewidzieć, czy będziemy mieć dalszą tendencję spłycania, czy doczekamy się kolejnej rewolucji medialnej lub jej reformy. McLuchan pisze: „poszerzenie ludzkiej świadomości wywołane elektrycznymi mediami mogą wprowadzić nas w nowe tysiąclecie, ale także mogą stać się ucieleśnieniem antychrysta – Yeatsowską dziką bestią, której godzina wreszcie nadeszła /.../. Takie katastrofalne zmiany w środowisku nie są przy tym moralnie neutralne; to jak je postrzegamy i jak na nie reagujemy, określa ich ostateczne psychiczne i społeczne konsekwencje. Jeżeli nie będziemy chcieli ich w ogóle dostrzegać, staniemy się ich niewolnikami /.../, będzie nami miotało niczym korkami na fali” . Dla wielu ludzi, świat mediów jest nierozpoznawalny, lub postrzegany jako świat realny; oto prawdziwa dekonstrukcja rzeczywistości.
Zmiany w zakresie komunikacji są ściśle powiązane z ideologią naszych czasów, z ogromnymi przemianami w zakresie rozwoju techniczno-komunikacyjnego. Nie można rozpatrywać telewizji i jej formy komunikowania wedle wzorców bagatelizujących media elektroniczne, to co było przynależne „galaktyce Gutenberga” (w obecnych sposobach komunikowania, jest już zaprzeszłe). McLuhan, w swoich teoretycznych pismach na temat zmiany komunikowania, wspomina o ogromnej przepaści międzypokoleniowej, która tak naprawdę jest otchłanią, jaka dzieli dwie odrębne od siebie kultury (epoka piśmienna i epoka mediów elektrycznych). Odchodząca wraz ze starym pokoleniem kultura nadal rości sobie prawo do narzucania wzorców, często nie uwzględniając zmian jakie zaszły w rozwoju świata. Edukacja w wielu krajach , ,,jest formą kulturowej agresji i jak wspomina McLuhan – „ narzuca młodzieży przestarzałe wizualne wartości konającej epoki piśmiennej” oraz „Cały nasz system oświaty jest reakcyjny, ukierunkowany na minione wartości i dawne techniki, i tak będzie dopóki stare pokolenie utrzymuje się u władzy /.../, nasz system edukacji jest ciągłym oglądaniem się za siebie. To ginący i przestarzały układ wzniesiony na piśmiennych wartościach oraz cząstkowych i sklasyfikowanych danych, które są zupełnie niedostosowane do potrzeb pierwszego pokolenia telewizyjnego” . Również i w polskim systemie oświaty, widać tę zależność, edukacja główny nacisk kładzie na wyuczenie kolejnego pokolenia na bazie starych wzorców, nastolatki w szkołach uczą się świata głównie z książek, mimo tego, że na zewnątrz placówek oświaty otaczają ich wszechobecne media elektryczne. Często też telewizyjne doświadczenie medialne, jest wcześniejsze niźli zetknięcie się z kulturą druku. Dziecko zanim zacznie się posługiwać językiem i książką ma już doświadczenie odbioru obrazu telewizyjnego (bajki etc), czymś niezrozumiałym jest zatem pomijanie w programach edukacyjnych tak ważnych określeń współczesnego świata, które wpływają, na świadomość milionów. Szkoły w Polsce edukują tak, jakby telewizja czy inne media nie były obecne w kulturze. Brak przedmiotów przybliżających język mediów (kina, telewizji, nowych interaktywnych mediów), powoduje chaos i brak rozpoznania kodu nadawania komunikacji, to wszystko przekłada się na sytuację niezrozumienia rzeczywistości, jaka nas otacza i dyktaturę nowych mediów z którymi społeczeństwo nie potrafi walczyć.
Nie dziwi mnie fakt, buntowania się młodych, ukierunkowany w stosunku do programów nauczania. Młodzi ludzie protestują: „Nie przeczytałem „Krzyżaków” Sieńkiewicza, bo lektura jest nudna, forma nużąca i nieprzekładalna na dzień dzisiejszy (wypowiedź gimnazjalisty, który jest karany za nie czytanie lektur). Uczeń liceum, wspomina natomiast, iż: „Nie czytał „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza i jest z tego dumny”, rozumie jednocześnie, że jest to lektura obowiązkowa, ogranicza się tylko w takim przypadku do przeczytania streszczenia lektury, generalnie i tak stwierdzając, że nie ma to żadnego odniesienia do współczesności, natomiast forma filmowa bazująca na tej samej treści – „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, figuruje w domowej filmotece wspomnianego młodzieńca i jest chętnie oglądana (bierność, rozrywka, ale i zmiana w zakresie komunikacji).
McLuchan, wspominając o tym problemie, informuje, że nie wystarcza wstawić do klas szkolnych, telewizorów – obecnie magnetowidów i komputerów, gdyż szkoły powinny zmienić się wewnętrznie, odrzucić archaiczne wartości i metody nauczania ( bazowanie i tłumaczenie świata tylko i wyłącznie za pomocą kodów piśmiennych); aby szkoły, przestały być „więzieniami bez krat” czy „intelektualnymi zakładami karnymi”, należałoby upowszechnić, nowe techniki i wartości [3].
Osobiście myślę, że interesującymi dla młodzieży przedmiotami poznawczymi, byłyby zajęcia z zakresu rozumienia telewizji, kina, mediów interaktywnych, jak i też zajęcia prezentujące zagrożenia, czy też spuściznę kulturową wytworzoną z pomocą tychże mediów. Zamiast nadmiernego skupienia się na analizowaniu literatury, powiedzmy: „Trylogii” Sienkiewicza, należałoby przeprowadzać analizę programów telewizyjnych, filmów, czy programów komputerowych, aby dzieci i młodzież mogły rozpoznać środowisko w którym przyszło im żyć.
Rewolucja techniczna, to pierwszy czynnik zmian zachowań w obrębie kodu komunikacji, drugim jest przejście w zakresie pojmowania świata od modernizmu do postmodernizmu, ma to ogromny wpływ na kulturę, wspomina o tym m.in. Tadeusz Miczka w pracy pt.: „O zmianie zachowań komunikacyjnych” . Na bazie wywodów m.in. tego autora, chciałbym pokrótce zaprezentować zmianę, jaka się dokonała w sposobie prezentowania treści w mediach.
Motyw przejścia, zmiana, o której wspomina M.McLuhan, jak i na innej płaszczyźnie również i A.Toffler, wywołuje w społeczeństwach pewnego rodzaju konsternacje, która polega na braku punktów odniesienia i stabilizacji . Zmiany w technicznym świecie dokonują się tak szybko, że w kulturze zostaje naruszona zasada równowagi wewnętrznej, nazywana „spazmem komunikacyjnym” i jak pisze Miczka za Tofflerem (por. A. Toffler, Ekospazm, Warszawa 1977,s. 72-73) „ - „Futurospazm”/.../, to przyspieszenie przemian w życiu codziennym, kulturze i komunikacji, które wywołuje niezwykle trudne do rozwiązania problemy z procesami adaptacyjnymi, ze świadomym przystosowaniem się ludzi do nowej rzeczywistości, daje początek tendencjom do trwałego rozpraszania informacji i systemów wartości, a poprzez samotranscendencję wewnętrzną i zewnętrzną prowadzi do trwałych zmian w systemach społecznych” . Spazm komunikacyjny wedle J.Habermasa to niedokończenie projektu nowoczesności zaplanowanego przez modernizm, ale i jest również życiem w nieokreśloności, która narasta w świecie . Szybka przemiana wywołuje nieokreśloność; społeczeństwo traci punkt oparcia, znajduje się w nowej sytuacji, gdzie często nawet teoretycy nie mają rozpoznania. Zmiany, wywołują w społeczeństwie cały zakres rozmaitych reakcji, od totalnej izolacji (blokada przyswajania nowych tendencji) np. u osób starszych, nie przyzwyczajonych do tak szybkiego tempa przemian, wrogiej postawy w stosunku co do rozmaitych nowości, jak i ciągu wręcz narkotycznemu, prezentowanemu przez nowe generacje. Jeden z dyrektorów IBM, powiedział kiedyś McLuchanowi: „Kiedy moje dzieci rozpoczęły pierwszą klasę, przeżyły już kilkakrotnie swoich dziadków .” To oznacza tę ogromną przepaść międzypokoleniową, ale i zmianę punktów orientacyjnych w zakresie społecznych i jednostkowych odniesień (brak autorytetu dla starszego pokolenia i dotychczasowego pojmowania świata). Słowem, postmodernizm nie bierze się znikąd, wyrasta z pejzażu, jaki go otacza. W wyniku rewolucji technicznej, następuje zmiana dotychczasowych paradygmatów, teoretycy zauważają, iż to co było pewnikiem w modernizmie, przestaje obowiązywać. Postmodernizm „podkarmiony” przez liberalizm, wydaje się szybko podchwytuje owe tendencje, znajdując wykreowane przez się argumenty, iż świat „wielkich narracji”, nie jest w stanie określić świata, który zaczyna się rozwarstwiać w mozaikę burząca dotychczasową tożsamość społeczeństw.
Świat linearny, modernistyczny, opierał się na racjonalności – „rozumności podpieranej przede wszystkim autorytetem filozofii i nauk ścisłych...” , przeżywa kryzys. Ekspansja komunikacji spazmatycznej, dokonała istotnego przesunięcia w zakresie pojmowania racjonalności. W postmodernizmie, wiedza nie ma już takiego autorytetu, jak w modernizmie, nauczyciele tracą znaczenie, są jedynie nadawcami komunikatów, ku konsumpcji, konsument może uznać ów komunikat, ale nie musi. Swoją „małą narrację”, może równie dobrze wypracować sam na zasadzie znalezienia prawdy jednostkowej, może jednak też i wybrać swoją tożsamość z „sieci wielu różnych specyficznych racjonalności” . Jean Francois Lyotard, stan ten nazywa kryzysem „wielkich narracji” .
Przesunięcie w rozumieniu świata i komunikowaniu można również wytłumaczyć na przykładzie zmiany, jaka nastąpiła na organizmie mediów, w szczególności telewizji. Miczka, aby wytłumaczyć zmiany komunikacyjne przytacza terminologię stosowaną przez Francesco Casetiego i Rogera Odina , którzy to dokonują podziału na paleo- i neo –telewizję.
Paleo-telewizja bazuje na wykładniach modernizmu, proponuje ramówke programową wedle ściśle ustalonych norm nadawania, gdzie edukowanie widza jest postrzegane jako misja. W telewizji takiej, jasny i klarowny jest podział na edukujących (nadawcy) i edukowanych (odbiorcy), mamy zatem nauczycieli i uczniów. Jednostka wychowana w takim systemie komunikacyjnym już w dzieciństwie dowiaduje się, czego się od niej oczekuje: „kim może być i powinna być” . Do tego rodzaju telewizji, można zaliczyć Telewizję Polską z okresu PRL, programy emitowane w okresie tzw. „demokracji ludowej”, nacechowane były właśnie chęcią kreowania postaw wśród Polaków. Telewizja odwoływała się do historii, tożsamości, wzmacniała poczucie więzi rozmaitymi programami, ale i również edukowała, czego przykładem była tzw. telewizja edukacyjna (programy edukacyjne, naukowe, reportaże, teleturnieje edukacyjne itd.). Bajki reprezentowane w tamtym okresie miały na celu, podobnie jak programy szkolne, wyzwolić wśród młodych odbiorców odpowiednie postawy aprobowane przez państwo. Kanon tożsamości był już gotowy i nadzorowany przez państwo i mimo, że media w Polsce były wówczas niesuwerenne (cenzura, manipulacja wiadomościami z zakresu polityki), to jednak wiele aspektów edukacyjnych paleo-telewizji, zostało zachowanych w umyśle ówczesnych widzów, jako pożyteczne i pomagające ukształtować ich światopogląd. Treści z tamtego okresu bardzo często pojawiają się w obecnych mediach. Stare programy, do których sięga współczesna telewizja wytrzymują próbę czasu, czego nie można powiedzieć o programach współczesnych, jakże szybko się dezaktualizujących. Pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów programów z tamtego okresu, które i obecnie są chętnie emitowane w telewizji: „Bolek i Lolek”, „Miś Uszatek”, „Reksio” (bajki), „Wakacje z Duchami” i „Podróż za jeden uśmiech” w reżyserii S. Jędryki (filmy telewizyjne), „Akademia Pana Kleksa”, „Przygody Pana Kleksa” i „Pan Kleks w kosmosie”(popularne filmy w reżyserii K. Gradowskiego, emitowane zarówno w paleo, jak i neo-telewizji), czy „Stawka Większa niż Życie” w reż. A. Konica (serial telewizyjny). Fenomenem samym w sobie stał się „Teatr Telewizji”, który to mimo zagrożenia, ostał się we współczesnych mediach, jako jeden z nielicznych programów, zmuszających widza do wzmożonego myślenia etc.
Zmiana w zakresie komunikacji spowodowana, jak wspominałem w głównej mierze szybkim postępem techniki, wywołała zmianę tożsamości.
Dziś już widownia Telewizji Polskiej, nie oczekuje, wtłoczenia w siebie jednej zasadniczej idei, która ma się stać normą zachowania i budowania tożsamości. Telewizja rozumie zmianę, która zaszła i dlatego nie upiera się aby mocno obstawać przy nadawaniu programów podporządkowanych jednej matrycy. Miczka wspomina, iż liberalizm i tolerancja, stanowią podstawę do wykładni nowego komunikowania; jest to tzw. szacunek dla odmienności .Telewizja nie próbuje dziś robić nic na siłę, próbuje zaprezentować możliwie, jak największą ilość możliwych przebiegów myślowych, prawd jednostkowych, jest to też pewnego rodzaju obojętność, gdyż telewizja nie chce już dziś być nauczycielką jednego słusznego kodu. Miczka, aby podkreślić tę popularną zasadę, przytacza słowa: „twoje życie, twoja sprawa” .
„Neo-telewizja nie jest już przestrzenią edukującą, lecz przestrzenią wspólnego biesiadowania (F.Casetti, R. Odin) . Programy podporządkowane są rytmowi i treściom dnia codziennego. Traci w niej swoje dotychczasowe znaczenie ramówka, ponieważ w ciągu jednego dnia różne programy łącza się ze sobą. Struktura neo-telewizji upodabnia się do nieprzerwalnego strumienia informacji, który znosi tradycyjny podział na gatunki (zastępowany jest on ich swobodnym krzyżowaniem) i fragmentaryzuje wszystkie poetyki (pojawiają się liczne wstawki i przerywniki). Neo-telewizja, nie realizuje jednak umowy zawartej z widzami, ona ogranicza się tylko, do podtrzymywania z nimi kontaktu, zachęca ich do „życia” z sobą . W takiej sytuacji telewizja jest podobna do spuszczonego z łańcucha pieska, który teraz biega tam gdzie ma ochotę, wyszukując pożywienia (pieniędzy), łasząc się jednocześnie do wszystkich tych, którzy nań zwrócą najmniejszą uwagę. Postmodernistyczna telewizja nie ma już uczniów, ona ma wielbicieli, dla których pomerda ogonem w lewo czy w prawo, w zależności od zapotrzebowania. Dowodem tego typu współzależności między telewizją a widzami, są niektóre programy, gdzie widownia może w jakiś sposób czuć się współrealizatorem medialnej rzeczywistości. Telewizja wydaje się zachęca publiczność tymi słowy, - ja nie tylko, że nie chcę być dla was znienawidzonym belfrem, narzucającym coś czego wy nie chcecie, ale jeszcze pragnę, abyście to wy widzowie decydowali, kto ma być i co ma być na antenie.
Programy reality show są tego klasycznym przykładem, publiczność poprzez formę głosowania decyduje, czy w programie ma zostać powiedzmy Agnieszka Frytkowska, zabiegająca o względy mężczyzn przed kamerami (Big Brather – TVN, gdzie popularna Frytka spółkowała z jednym z mężczyzn w wannie, tuz po wejściu do programu), czy popularne i lubiane „gwiazdy reality”: Gulczas i Klaudiusz, prezentujący przed publicznością polsatowskiego „Baru – Złoto dla Zuchwałych” swoje obnażone zadki. To od publiczności zależy, na co się zdecyduje i co będzie oglądać.
Telewizja obecnie wydaje się dostarcza tylko rozrywki i satysfakcji zgłodniałej i coraz bardziej wybrednej publiczności .Odczuwam niejednokrotnie wrażenie, że obecne treści komunikowane przez telewizję, przypominają formą młodzieżową imprezę; huczną i wesołą, czasem z elementami grozy, gdy ktoś przekroczy granice przyzwoitości, kończącą się jedną wielką balangą, torsjami i jakże widowiskowym „kacem medialnym”. Publiczność na której odbywa się eksperyment testowania nowych sytuacji audiowizualnych, musi wybrać w myśl postawy postmodernistycznej spośród wielu różnorodności, wielowymiarowości i heterogeniczności, wzorce, które zbudują tożsamość jednostkową. „Realizatorzy postmodernistycznych programów zakładają /.../,że wszystkie tożsamości są równe, ale każda istnieje oddzielnie i może być odpowiednia dla jednostki, dlatego człowiek musi się nieustannie samoidentyfikować i ma prawo do zmiany zdania na własny temat. „Samoidentyfikacja jest przede wszystkim kwestią uczuć” . I tak oglądamy powiedzmy debatę telewizyjną na temat zdrady małżeńskiej, eutanazji, czy adopcji dzieci przez pary homoseksualne i nie możemy liczyć na żadne wsparcie ze strony telewizji jeśli chodzi o ocenę tego zjawiska. Redaktor prowadzący program w neo-telewizji jest od tego, aby budować napięcie poprzez system sprawnie budowanych pytań i przedstawiać skrajne biegunowo, kontrowersyjne poglądy, natomiast widz musi sam ocenić czy zadany problem lub zjawisko jest według niego do pogodzenia, czy też nie.
Telewizja jest w stanie wyciągnąć na wierzch, tematy najbardziej odrażające i przed kamerami uczynić z nich debatę publiczną z udziałem telewidzów. Neo-telewizja z tego powodu jest ogromnym zagrożeniem przede wszystkim dla organizmów nieukształtowanych; małe dziewczynki, mogą uczyć się na przykładzie „Frytki”, w jaki sposób stać się „popularną twarzą telewizyjną”.
Pod wpływem telewizyjnej edukacji przesunięcia moralne, konkretyzują się w rzeczywistości np. uczestniczka Baru- Vip pieszcząca penisa żonatemu koledze z programu, może być inspiracja dla szeregu nastolatek. Przecież wszystko jest dozwolone, a nawet pokazywane w telewizji. Mężczyźni to lubią wykorzystam, to przy, najbliższej nadażającej się okazji , może pomyśleć każda dziewczyna oglądająca tego typu programy.
Telewizja postmodernistyczna nie odwołuje się tak bardzo do wartości związanych z narodem, rodziną, językiem i zwyczajami, przeszłość nie jest dla niej tak ważna, można od niej odejść, albo inaczej wręcz należy, gdyż punktem odniesienia dla neo-telewizji jest teraźniejszość (życie codzienne); trzeba bowiem jak najszybciej dążyć do realizacji rozmaitych satysfakcji.
Rys współczesności znakomicie określa Z. Bauman . Autor ten rozważając problem śmiertelności i nieśmiertelności w ponowoczesnym świecie, zauważa, iż przeważająca część społeczeństwa, zarzuciła myśl o możliwości istnienia po śmierci, wytwarzając jednocześnie nowy typ nieśmiertelności tu i teraz. Media pozwalają w iluzoryczny sposób zatrzymać rzeczywistość; stać się osobą medialną oznacza wryć się w pamięć milionów, stąd pęd ku jakże popularnym dziś programom typu reality, czy castingom do muzycznego programu „Idol”(Polsat). Nowy tryb życia, zachęca też do budowania „kładek prywatnych” ku nieśmiertelności, nie każdy przecież może stać się popularną gwiazdą, ale już każdy, może pozostawić coś w spadku dla potomnych i przez to uzyskać pewną formę nieśmiertelności. Nieśmiertelność tak rozumiana, posiłkowana konsumeryzmem, prowadzi kolejne pokolenia do idei nadmiernego gromadzenia, korzystania z rozmaitych satysfakcji i przekazywania pałeczki z zapisem materialnym kolejnym pokoleniom, aby te również żyły dla gromadzenia i pamiętania o tych, którzy nagromadzili.
Zanim zacznę prezentować i przytaczać dalsze przesunięcia w zakresie pojmowania nieśmiertelności, pragnę przytoczyć za Miczką dwóch teoretyków postmodernizmu i ponowoczesności: Z. Melosika i T. Szkudlarka , którzy to, wyróżniają w ponowoczesności, charakterystyczne typy zachowań i tożsamości ludzkich (są to często modele wypreparowane przez jednostki na bazie doświadczenia postmodernizmu i postmodernistycznej neo-telewizji). I tak typ pierwszy, to wedle nich tzw. „ „przezroczysta tożsamość globalna”, czyli „uniwersalny ekspert, negocjator i badacz, który jest wyposażony we wszystko, co potrzeba aby radzić sobie w rzeczywistości ponowoczesnej, łatwo przystosowuje się do nowych warunków kulturowych, nie wgłębiając się zarazem zbyt daleko w treści poszczególnych narracji „ślizga się po powierzchni znaczeń /.../ czuje globalizację, ignoruje lokalizacje i regionalizm, wypracowuje gotowe schematy poznawcze na temat każdej rzeczywistości...” . Zauważmy, że persona ta porusza się w świecie wedle swojej jednostkowej małej narracji, często ukształtowanej za pośrednictwem nowych mediów. Drugi typ - „tożsamość globalna każda”, to człowiek otwarty na wszelakie różnice, cechujący się wysoką empatią kulturową, tacy ludzie mogą być praktycznie każdym, w zależności od tego gdzie się znajdą (pomyślmy, jakie konsekwencje wynikają z odbioru telewizji przez takiego człowieka przyjmującego praktycznie wszystko). Trzeci typ – „tożsamość upozorowana”, tu oddam głos teoretykom, którzy wspominają iż jest to: „ tożsamość totalnie medialna i konsumpcyjna, która nie potrafi przypisać sobie jakiegokolwiek mocnego „znaczenia”. Po prostu, człowiek posiadający taką tożsamość, wszystko traktuje jednakowo, wszystkie różnice są dla niego bez znaczenia, ponieważ ma poczucie, że nie ma w nim nic autentycznego. Treść życia zastępowana jest przez styl, styl zmieniający się co chwilę w kulturze konsumpcji, co często prowadzi do nihilistycznej postawy i pogłębia wrażenie absurdu egzystencji” . „Tożsamość typu supermarket”, jednostka z taką tożsamością przechadza się po targowisku i wybiera, konstruuje z wielu źródeł kulturowych, swoją tożsamość; tu spostrzeżenie z osobiście przeprowadzonego wywiadu z roku 2003 (wywiad porusza zagadnienia subkultur oraz bieżących fenomenów kulturowych) .
– „Ja pamiętam, jak się wśród młodzieży hip-hop objawiał. No ja się dosyć późno wkręciłem w te klimaty, ale goście którzy wcześniej zaczynali się w to wchodzić, to byli chłopaki, którzy na oglądali się amerykańskich filmów i tym podobnych spraw. I wiesz zobaczyli i ekscytacja, zaczęli się ubierać /.../. W mojej klasie np., jak przychodzili do szkoły byli wiesz wyzywani przez wszystkich, i przez nauczycieli wyśmiewani, że noszą te szerokie spodnie i wyglądają, jakby... . A teraz, wśród młodzieży można wyliczyć: hip-hopowców – tzw. hip-hopowców, skeatów, których jest naprawdę mało, później punki i metalowcy , satanisci, i anarchiści tego typu grupy. Obwieszają się oni jakimiś wisiorkami, a w domu wierzą w Horusa. Bo mam koleżankę, to jest siostra mojego kolegi, i byłem tam u nich kiedyś instalować komputer, jak popatrzyłem po ścianach, to miałem niezły ubaw i musiałem się pytać kumpla, co to jest.- Ja tam płakałem ze śmiechu, jak się dowiedziałem w co oni wierzą. - Kumpel jest normalny i wierzy, że jest Bóg, ale ostatnio stwierdził, że jest ateistą, bo jakby był Bóg, to nie miał by tak ciężko. Po prostu wiesz, ma taki wiek. No a jego siostra wierzy tak: w diabełki, bożki – wiesz jakieś Światowidy jakieś „Wity-stfoszy” i tym podobne, ale najciekawsze jest to, że na ścianie ma ogromny wielki znak Horusa. Spytałem się co to jest ? – Mówię co to oko Ozyrysa? Kumpel mi odpowiada: nie, to oko Horusa, moja siostra w to wierzy. Przychodzi jego siostra, patrzę na jej szyję, a tam tak: pentagramy; we wszelakich możliwych formach , normalne i do góry nogami, jakieś krzyże celtyckie; no po prostu kupa niepotrzebnego śmiecia, i zadaję pytanie co to wszystko oznacza? I ona mi zaczyna tłumaczyć, że ten tutaj pentagram, to ochrania przed złymi siłami, kolejny przywołuje dobre moce i dodaje siły witalnej , ten chroni przed duchami, a ten przed zmarłymi itd.. Słucham jej uważnie i udaję powagę, ale coś mi nie wychodzi. Ona stwierdza, że jestem głupi, bo się z niej śmieje i sobie zaraz wyszła, poszła gdzieś do koleżanki. Wchodzimy do pokoju, gdzie jest telewizor, no i aby sobie zapalić papierosa na balkonie. Idziemy i ja patrzę na ścianie w tym pokoju wisi zdjęcie murzyna. Pytam się kto to jest ? Kumpel mi mówi - To jest afrykański prorok, w niego wierzy moja matka. I po prostu ja wtedy wybuchłem absurdalnym śmiechem, bo nie mogłem już wytrzymać, a jeszcze mi kumpel pokazał literaturę swojej matki. Pisało tam, że ten i ten jest bogiem, jest prorokiem wszechczasów, no i po prostu bardzo dużo zdjęć na ten temat itd. . I się dziwie... ; jego ojciec nie mieszka z matką, jest normalny, jest tzw. katolikiem niepraktykującym. Do kościoła nie chodzi, bo mu się nie chce, w domu sobie siedzi ogląda telewizor; syn też nie wierzy w jakieś bożki, a inni członkowie jego rodziny .... . I tak to w Polsce wygląda, że ludzie; niektórzy już tak fiksują, po prostu z braku zajęć; albo nie wiem z czego , z tej utopii co się tutaj dzieje, że po prostu zaczynają wierzyć w Horusa!”
Wracając do charakterystyki typologicznej, kolejną tożsamością jest „tożsamość amerykańska”. Oznacza to nic innego jak naśladowanie poza USA, amerykańskiego image’u jest to szczególnie popularne w Polsce i w polskich mediach. Ostatnią osobowością jest „tożsamość typu brzytwa”, ta szuka odseparowania od wyżej wymienionych, człowiek taki irytuje się ponowoczesnością i wszystkim tym, co ona niesie z sobą. Przedstawicielami mogą być osoby zasilające środowiska fundamentalne np.: „Młodzież Wszechpolska”, czy słuchacze „Radia Maryja”, jak i na świecie fundamentaliści islamscy.
Przedstawione za teoretykami modele tożsamości oczywiście wchodzą między sobą w rozmaite zależności, oddziałując i krzyżując się wzajemnie, czasem tworząc zlepki tożsamościowe. „Eugeniusz Wilk w pozycji pt.: „Nawigacje Słowa. Strategie werbalne w przekazach audiowizualnych”, w jednym z rozdziałów pt.: „Wibrująca tożsamość” wskazuje, iż wysoka technologia doprowadza, przyśpiesza i intensyfikuje proces fragmentaryzacji i rozproszenia tożsamości . Te wszystkie procesy rozproszenia można nazwać, „tożsamościami technospołecznymi” .
Ludzie zaczynają naśladować media i maszyny, przejmując od nich cyfrowy wzór postępowania, jest to zamiana „mięsistego serca na procesory”. Ta zmiana w zakresie punktu odniesienia i budowania własnego światopoglądu odbywa się w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata, a od 1989 roku również i w Polsce. Społeczeństwa zatapiają się w iluzji, jak w świecie realnym, świat mediów elektrycznych, stał się dla milionów naturalnym otoczeniem, życie poza miastem i bez możliwości korzystania z sieci i posiadania w domu telewizora, komórki, komputera etc. staje się życiem wybrakowanym. Paradoksem jest fakt, iż przez postępującą wirtualizację, interaktywność medialną, tak naprawdę miliony ludzi, żyją w ułudzie wspólnoty, przebywając niejednokrotnie latami w czterech ścianach, gdzie podstawową formą dialogu lub oglądu, są tak naprawdę martwe przedmioty, takie jak monitor komputera i ekran telewizora. Gdyby całą naszą cywilizację pozbawić dopływu prądu, szybko okazałoby się iż przeważająca większość ludzi nie ma alternatywy życiowej, ma problemy z zagospodarowaniem wolnego czasu, i nie wie tak naprawdę kim jest oraz jak rozmawiać z żywymi ludźmi.
Powróćmy do Z. Baumana, jego rozważań na temat śmierci i nieśmiertelności w ponowoczesnych realiach. Oczywiście śmierć pozostaje tematem tabu; nadal stroni się od niej. Ph.Aries w „Człowiek i śmierć” , oznajmia, że następuje odwrócenie, że społeczeństwo wyrzeka się śmierci (chodzi o myślenie o śmierci własnej lub osób z najbliższego kręgu). W świecie, jak panuje kult młodości, osoby stare i chore są usuwane poza nawias społeczny, a w ostatnim czasie eutanazja zalegalizowana już w niektórych krajach, pozwala uporać się nie tylko z tym problemem, ale i z obciążeniami ekonomicznymi budżetu danego państwa (utrzymywanie starych i schorowanych ludzi przy życiu jest kosztowne, może się okazać, że w warunkach małego przyrostu populacji, poszczególne budżety państw tego nie wytrzymają). Podejście do śmierci podlega przewartościowaniu, śmierć realną usuwamy, aby nie mieć z nią problemu, kłopotu, aby nie rzutowała za bardzo na nasze samopoczucie, wszak mamy przecież „biesiadować” i korzystać w życiu, z rozmaitych rozkoszy, substytucji i wymienności. Mamy powoływać do życia „nowe domy publiczne” - metafora J.Baudrillarda wskazująca na USA , nieautentyczność tego państwa oraz centrum słodkiego szaleństwa rozpropagowanego przez postmodernizm, odsuwając wszystko co realne i nieprzyjemne na bok.
Śmierć jest obecna w takiej kulturze w ujęciu nierzeczywistym, lecz iluzorycznym, przetransponowana na język mediów („chwilo trwaj wiecznie” – parafraza Goethego „Faust”), zyskuje aprobatę społeczną z kilku zasadniczych powodów. Po pierwsze jest odwracalna, możemy zobaczyć na ekranie telewizyjnym serwisy informacyjne, filmy fabularne itd., gdzie pokazuje się obrazy śmierci, ale posiłkujemy się wówczas podświadomie, że to nie jest do końca tak, możemy nawet po kilku latach zobaczyć ponownie ten sam film, przywracając do życia aktora, który już dawno nie żyje. Możemy wciąż pokazywać w mediach osobistości, które wywarły wpływ na los świata, aż wyrobimy w sobie myśl, że nadal te persony w jakiejś formie są żywotne i do nas przemawiają; to wszystko jest specyficzną formą nieśmiertelności ponowoczesnej, o której wskazywał Z. Bauman. Oczywiście, na takie doznanie śmierci zgadzamy się, jak najbardziej, a nawet idąc dalej oczekujemy tych obrazów, jako intrygujących, skrajnych i granicznych .
Drugi powód społecznej aprobaty dla obrazów śmierci, ale i przemocy jest dyktowany czystą rozrywką; oto przecież siedzimy sobie w wygodnym fotelu kina, czy w domu przed telewizorem i możemy sobie podglądać spektakl z mortycznymi obrazkami. Zdajemy sobie sprawę, że to wszystko nie dzieje się realnie, wobec tego bezpiecznie ekscytujemy się, podniecamy i odreagowujemy lub zaspokajamy swoją ciekawość (podobnie, jak niegdyś czynili to ludzie uczestnicząc w rozmaitego typu egzekucjach). Oglądanie trupa, to iście medialny przekaz, nawet wyprzedzający perwersje seksualne, zresztą to zależy od aktualnego zapotrzebowania widowni. Komercyjne stacje telewizyjne na podstawie doświadczenia płynącego z kina (całość przekroju kinematografii bogata jest w treści ukazujące śmierć, agresję i perwersję) i konsorcja dojrzały w obrazach mortycznych, doskonały produkt budowania potęgi medialnego przekazu, uznając, że śmierć zawsze potrafi być atrakcyjną.
Śmierć, jako fakt kulturowy; o którym pisze Z.Bauman „została wtłoczona przez mechanizmy rynkowe w obszar „targowiska przyjemności”/.../. Umieranie i śmierć, zdarza się na co dzień w świetle dziennym lub w blasku reflektorów przed oczyma milionów. Śmierć ogląda się tak często, że widzowie oswoili się z jej widokiem, który nie wywołuje już grozy, ani nie skłania do większych refleksji. Umieranie stało się jednym z licznych widowisk /.../.Gra w śmierć podnieca, budzi emocje, fascynuje umysł i przyciąga uwagę /.../, staje się w miarę jej uprawiania, sztuką dla sztuki; apetyt rośnie w miarę konsumpcji” . To wszystko nie pozostaje bez oddźwięku. Widzowie są prowadzeni przemocą od programu do programu, aby w konsekwencji nabierać doświadczenia, kształtującego ich tożsamość i być gotowymi do chłodnego odbioru przemocy w rzeczywistości, jak i też do rozmaitych form jej powielania.
Media dokonują masażu, jest to doświadczenie traumatyczne, decentralizujące społeczeństwo piśmienne, „zderzenie dawniej posegmentowanej, wizualnej kultury z nową integralną kulturą elektroniczną stwarza kryzys tożsamości, wyjałowienie jaźni, a to z kolei wytwarza niesłychaną przemoc, która jest po prostu poszukiwaniem tożsamości, prywatnym i zbiorowym, społecznym i komercyjnym” .
Współczesne media handlują śmiercią i wszystkim tym, co najgorsze. Telewizja jest nafaszerowana przemocą; kolejne pokolenie wyrasta na interakcjach człowiek-maszyna. Gry komputerowe dla dzieci to niekończące się rzezie.
Patrząc na obraz mediów współczesnych trudno zachować optymizm. Trudno przewidzieć, czy będziemy mieć dalszą tendencję spłycania, czy doczekamy się kolejnej rewolucji medialnej lub jej reformy. McLuchan pisze: „poszerzenie ludzkiej świadomości wywołane elektrycznymi mediami mogą wprowadzić nas w nowe tysiąclecie, ale także mogą stać się ucieleśnieniem antychrysta – Yeatsowską dziką bestią, której godzina wreszcie nadeszła /.../. Takie katastrofalne zmiany w środowisku nie są przy tym moralnie neutralne; to jak je postrzegamy i jak na nie reagujemy, określa ich ostateczne psychiczne i społeczne konsekwencje. Jeżeli nie będziemy chcieli ich w ogóle dostrzegać, staniemy się ich niewolnikami /.../, będzie nami miotało niczym korkami na fali” . Dla wielu ludzi, świat mediów jest nierozpoznawalny, lub postrzegany jako świat realny; oto prawdziwa dekonstrukcja rzeczywistości.
Perszingi
Listopadowy ranek; chłód na dworcowych ławkach. Za oknami plucha, w sercu melancholia. Sokiści przyjdą około ósmej, do tej pory trzeba ogarnąć lamus, zjeść, co nieco i ruszyć na wyzwanie nowego dnia.
Witek narzeka na zdrowie, przeklina wszystko, jednak jako mężczyzna ma zawsze ochotę na przejście stu pięćdziesięciu kroków w kierunku kiosku ze świerszczykami za szybą. Kiedyś nad ranem baraszkował z żoną, dziś w grafik dnia wpisuje kolorowe tableau z roznegliżowanymi panienkami.
Tygodnie, miesiące i lata; zegar, kasy biletowe, pisuary ze ścianą płaczu, zakład fryzjerski, zamknięta świetlica, w której można było kiedyś obejrzeć telewizję. – Widok, jak panorama z filmu; odkrywa gmach z wolna wypełniający się ludźmi, z majaczącą na horyzoncie sylwetką Zygmunta.
- Masz jakąś pojarę? Ogień!? Zimno jak cholera, kaloryfery wyłączone..., Żarłeś już coś?
Grad pytań ustanawiający realność czasoprzestrzeni.
- Zapowiadają przyjazd „Szrenicy”. Będzie co zapalić, może i zbierzemy monetę na dobre śniadanie z napojem.
- Szlak mnie trafi!
Po czterdziestominutowym opóźnieniu; wreszcie: „Proszę odsunąć się od toru”, stukot, pisk... Frajerzy i mecenasi, spektrum potencjalnych sponsorów, wylegających z wagonów na peron czwarty. Witek ukradkiem wskakuje do jeszcze ciepłego pociągu, sprawdza czy aby ktoś czegoś nie zostawił. Zygmunt uskutecznia bajer o braku pieniędzy na operację; płacze, wzbudza litość.... Zdobyczna torba, szal, papier toaletowy zwinięty z wucetu. Tłum na peronie, schodach, w holu: współczujące kobiety, wyluzowana młodzież, hojni mężczyźni, nieświadome smrodu życia dzieci. Jednym zdaniem - Wit i Zygi, delektujący się zdobycznym Pall Mallem! - Swobodnie - starczy i na hejnał mariacki.
- Nie wiem, po co jak pajac wystajesz przed tym kioskiem, kiedy codziennie masz okazję wyrwać podczas rzeźby nie jedną kobitę. Tym bardziej, że Twoja stara, dawno już cię olała. Nie ma powrotu! - Umyłbyś się, czy to normalne, że ja stary, mniej cuchnę niż ty?
- Możliwe..., Harnaś skopie ci dupę, za Justynę!
- Mam gdzieś tego kozaka, i całe jego środowisko – chodzi tylko oto żebyś nie obrzydzał frajerów.
- I oto, abyś nie czepiał się pierdół. Wbijam się do przedziału. Pełno luda, tłoczno, nie ma gdzie dupy posadzić i co – chwila, moment wszystko ucieka, ludzie są wrażliwi..., na mundurowych też to działa. Podchodzą do ciebie, pachniesz: łapią za rękę, żądają wyjaśnień, dokumentów; cuchniesz: z miejsca odpuszczają, jeszcze można ich podkręcić tym, że ma się HIV-a. Trochę postraszyć i już masz...
-Siedemnaście złotych. Nieźle nie?
- Spokój i Swoboda! Nie jakaś tam prycz w schronisku z podwyższonym rygorem.
Przed oczyma jak fatamorgana, zaryglowane drzwi jadłodajni o wyszukanej nazwie „Dworcowa”. To już się nie wróci; minęła epoka kanapek z mortadelą, parującej golonki i kaszy jaglanej w sosie pomidorowym. W bufecie można było zamówić: Basztowe, Rycerskie; zupełnie inaczej toczyło się życie, odmiennie przystrajano stoliki. A dziś, trudno oswoić się z nowością. Lepiej jest być bezdomnym, przyjąć potępienie w oczach tych, co bez problemów, zawsze i wszędzie dają rady.
- Już na chodniku.
-Zobacz jak obcinają nas te panienki!
- Drażni je to, że się śmiejemy. Spojrzysz takiej w oczy, a ona nie zrozumie z tego nic.
- Drażni je, nasz widok. - Myślą młode siksy: Żule! Borsuki bez ambicji i wykształcenia!
- Ale nie połapią, dlaczego olewamy je z ekstrawagancją. Wyobraź sobie – Ot tak się przebraliśmy. Ukradkiem, aby nikt z sąsiadów nas nie zobaczył, opuściliśmy domy, w których sobie spokojnie mieszkamy. Ty jesteś emerytem, który na tyrał się w swoim życiu do woli, a ja twoim synem o naturze szaleńca i ciągle przychodzi nam coś do głowy. Mamy papiery, wykształcenie, takie tam pierdoły, a za żuli przebraliśmy się z fanaberii.
- Taki teatr?
- Przedstawienie, plan zdjęciowy, jak sobie tam nazwiesz.
- I co?
- No i ludziska, jak te panienki patrzą, jak cielęta na coś, czego nie rozumieją.
- Płaszcz w miejsce marynarki, rozczłapane kozaki, ufajdane spodnie i sąsiadka ta od kwiatów, z zapytaniem - dlaczego się przebraliśmy?
- Mamy przewagę i jeszcze jest przy nas niewidzialna dla większości t a j e m n i c a, rejestrująca całe nasze życie.
- I ona działa niepochopnie.
- A po co ma się spieszyć! Wystawać, jak Justyna na przystankach?
- Rzeczywiście! Po Co?
Róg Złotniczej, Drzymały i Wincentego Pola, jeden z ostatnich sklepów, w którym zatrzymał się czas. Szyld z transcendentną nazwą, wypisany farbą z lat sześćdziesiątych. W środku, za ladą Pani Zosia z ochrypłym wokalem. Otwierają się, co chwila drzwi; dzieciak wbiega z ulicy po słodycze, młodzież w granatowych mundurkach kosztuje, cytronetę, a zapuszczone Polki kupują kości na zupę...
- Osiem bułek, maślankę i Paprykarz Szczeciński na ząb!
- Jedenaście złotych i dwadzieścia groszy.
- I Pani da te papierosy za cztery trzydzieści.
Teraz torami na wpół eksploatowanymi, w kierunku hybrydy. Pod wiaduktem, z którego pod lokomotywy rzucali się samobójcy. Dziś z tego pamiętającego jeszcze faszystów mostu, nie ma się pod co rzucać, chyba że pod drezynę.
- Masz tabletkę od bólu głowy?
- Straszna bida na murawce. Antek Mańkę po dupie głaszce...
- Jak by się rozpogodziło po południu...
- Szedł pies i śmierdział.
- Polecielibyśmy na Świerczeskiego.
- Dusza miałby pyszne światło w obiektywie. Daj szluga!
Opowiem ci historię o turystach zjeżdżających do Krakowa.
- Kraków i Piwnica pod Baranami?
- Nie! Legenda o Trabancie i Anglikach zasłyszana od Harnasia.
- Dlaczego o Trabancie, a nie o Syrence?
- Też zastanawiałem się dlaczego, być może ze względu na Warszawę.
- Zachodnią, Centralną czy Lwowską?
- Tę, przez którą pomyka kolejka WKD.
- Mam tylko, pojary!
- O.K
Pod górkę przez plac w pobliżu dawnego kościoła „SS”, ulicami Pierwszego Maja i Okrzei. W prawo obok zlikwidowanego baru: „Karzełek”, do bramy stanowiącej wejście w podwórze.
Bez szklanki, stołu, aluminiowych sztućców, krzeseł i zasad savoir vivru; obiado-śniadanie!
- Paprykarz jest! Bułki są...
- Maślanka?
- Jest!
Tajemnica rejestruje zarys wyimaginowanych obrazów. Jej sklecona z drewna kamera nie wychwytuje dźwięku i dialogów. Mimo to, wszystko dzieje się wedle ustalonych prawideł. W lewym górnym narożniku pojawia się brama, w niej oświetlone sylwetki przechodniów.
Kadrowanie nastroju ceglastych kamienic. Ujęcia i najazdy; twarze bohaterów, elementy ich garderoby.
- Oregano srano!
- I popijamy maślaneczką!
- Win tur
- Orbis, Inturist i Gromada razem wzięte.
- Chowają się!
- Angole jak paprykarz w puszce, ładują się do Trabanta. A w szybach średniowieczna oraz renesansowa architektura Krakowa. Kierowca robi co może, lawiruje wokół Plantów, daje w dupę honekerowi, gdy pociskają ulicą Długą.
- Się Żyje!
- Ta! Angole wyją z radości. Przewodnik, kolejno pokazuje im najgorsze slumsy, obwozi po całej Nowej Hucie. Zawozi na posiłek do baru mlecznego, gdzie ziomale częstują ich Cudzesami. A nocleg mają w robotniczym hotelu zaaranżowanym na komunę: PCV, górnospłuki, prycz, stolik, pokoje wymalowane..., lamperia. Wycieczki ponoć są po całej Polsce.
- Łza się w oku kręci.
- Goście myją się w zimnej wodzie, szarym mydłem. Płacą za to grubą kasę.
Wszystko jak taśma. Jedna sekunda przeskakuje w drugą, podwórze urasta do rangi mikroświatu. Spojrzenie w dowolnie wybranym kierunku ustanawia rytm i dysonanse. Hejnał Mariacki z butelką w roli głównej, lustracja kubłów na śmieci, sztuczna szczęka Zygmunta oraz krzątająca się w oknie kobieta, właścicielka lumpeksu; tak właśnie dowolne miejsca i rzeczy mogą zmieszać się z sobą w jeden wielowątkowy komunikat, w jedną samoreprodukujacą się symulakrę.
T a j e m n i c a ! Uporać się z tym labiryntem opisów i znaczeń, spostrzeżeń i myśli, ugrać w logiczną całość, nieokiełznany strumień świadomości. Wyjść z samego siebie, by obiektywnie poznać własną tożsamość. Jestem aktorem, czy nie jestem? Przebieram się; śni się to wszystko czy rejestruje? Co jest realnością, co fikcją? Czy rzeczywista prawda może być relatywna? Gołębie fruwające nad dachami, zniżające lot w mgnieniu oka siadają na dowolnie wybranych gzymsach, antenach i parapetach. Widzą nas z góry, po przekątnej z perspektywy ptasiej.
Kroki, chodniki, ulice; wszystko ma swój nastrój; historię pięciu minut świetności. Tak było z ulicami Okrzei, Matejki, Generała Karola Świerczewskiego, zastrzelonego ponownie tym razem przez system demokratyczny. Symbole wolności czy latające szczury, ludzie, czy pasożyty?
- Co tam Kraków, był i niech sobie będzie?
- Jest, bo go Ruskie wyzwolili.
- Armia Radziecka!
- Wyzwolili i przejęli pod kontrolę.
- I dlatego Iwan dziś nie wystaje na Bankowej tylko niszczeje na cmentarzu i nikt mu wieńców nie zanosi.
-Solimarność!
- Pełen plac robotników domagających się zmian na lepsze.
- Prowokacja SB – biała farba zalewa pomnik Iwana.
- Po co to wszystko: zachód, socjalizm, katiusza i perszingi?
-Zimna Wojna?
- No! Właśnie?
Anima! Jej drewniane kamery; Dziennik Telewizyjny i Wiadomości. Szklane Hotele dla Niemców, dworcowe ławki dla pariachów; kryte baseny i hospicja. Wszystko na wyciągnięcie ręki, aby nacieszyć się do woli miastem rodzinnym, nakarmić się grobami.
Anihilacja! Cały szacunek, relacje ludzkie, rozłożone na gazetach. Chryzantemy samokrzewiące..., jak w galerii; przecena z sześć czterdzieści dziewięć, w pięć z groszami. Misa 20 centymetrów, kompozycje z kwiatów sztucznych; różne rodzaje, cena od sześć dziewięćdziesiąt dziewięć, podkład pod wiązanki. Wszystko, czego trup zapragnie: ciepło, żarcie, seks... Wszystko oprócz papierosa!
- Harnaś i Justyna pewnie teraz...
- A mogliby razem narwać świerku, wywalić go na gazety i trafić co nie co, aby się polepszyło.
- Spójrz na te baby! Z wkładami plastikowymi za złoty czterdzieści dziewięć. Niby tępe, a jednak zarabiają!
- Jaki geszeft. Perszing: „Śruba”, „Fala”, „Kapliczka”, „Płomień” i „Lord”!
- Najbardziej okazały z wszystkich.
- Sześćset gram, czas palenia 120 godzin.
- Nie jakieś tam minimum minimorum, szklana „Malina” za osiemdziesiąt groszy.
- A jeszcze masz „Amfora plastikowy”.
- Czerwone, oranż, białe – złocone i patynowane.
- Niezliczone tony parafiny, przeznaczone do spalenia na wolnym powietrzu.
- Dobre ceny, jakość, wybór. Trzeba być zaradniejszym od cmentarnych biznesmenów i Harnasia.
- Moje! Moje, chodźcie do tatusia - Perszingi!
Tuż za bramą rozpościera się wymiar pamięci, podporządkowany całemu konglomeratowi rozmaitych ideologii. Miejsce kontemplacji i wyciszenia. Z dala od zgiełku, a jednak w samym centrum świata.
Marmury, katafalki, aleje, krzyże, gotyckie napisy i gwiazdy Dawida. - Sacrum z uchodzącym z ziemi butanem. - Ile w tym wszystkim znaczeń, ciężaru, emocji, rozmaitych wierzeń łagodzących stany napięcia. Anima! Obdarzanie ludzi, zwierząt, roślin, a nawet przedmiotów nieśmiertelną duszą. Motyw przejścia, chętnie wykorzystywany przez literatów. Kraina ciemności, po której wędrują cienie, czekające w kolejce do reinkarnacji lub jak chcą ateiści, składnica zwłok, wydzielona dla psychicznego masażu żywych. Prozaicznie - hipermarket, dla hien i szakali: „Anubisów”, „Hadesów”..., rosnących jak grzyby po deszczu, zakładów pogrzebowych.
- Tyle kasy wywalonej w próżność.
- A mogłyby za to powstać autostrady, szkoły, noclegownie, biznesy i miejsca pracy.
- Tu leży rodzina Leśniewskich, Tam mauzoleum Kusiaków...
- I Wszyscy wiecznie zalegają.
- Na dwadzieścia pięć lat. Zanim się ich stąd nie wysiuda.
- Smaruj chłopie, jak chcesz, aby bliscy w spokoju odpoczywali.
- Po lewej trzy amfory
- Ładuj, ja stanę na czatach.
Do czego można użyć worków po kartoflach, plecaków na swetry i kanapki. Co z duszą wtrąconą w otchłań kosztów i przychodów? I czy poprawnie jest rozwarstwiać życie na dwa czynniki?
- „Lord” i „Kapliczka” Jazda do wora!
„Zatrzymaj się człowieku! Jeszcze wczoraj byłem tam gdzie ty jesteś. Bądź gotowy, by podążyć za mną”.
- Co za perfidne epitafium. - Nie mam ochoty iść za tobą, dopóki nie wiem, dokąd się udałeś!
Gdzie podziewają się umarli?
- W Pamięci. Gdy ciała wraz z duszą się rozpadają, a tchnienie żywotne wraca do Boga. - Nie ma żadnego dualizmu, a tylko oczekiwanie. - Czekamy..., trupy w nieświadomości czekają, aż wszystko się skończy. I nikt nikogo nie wyprzedza, w nic się nie wciela. - Nie ma dualizmu!
Masz zdolność widzenia siebie jako szkieletu? Ogołocenia swego ciała z mięsa i krwi w taki sposób, że pozostają tylko kości. Potrafisz to wszystko nazwać i policzyć?
- „Lord” i inne Perszingi do tatusiowego wora.
Praca ciężka i stresująca. Podobnie, jak lustrowanie wagonów w poszukiwaniu fantów, daje satysfakcję. Dwa wory pełne zniczy. Garby na plecach Zygiego i Witolda. Ciężar i ulice, pot, znój, bezdomność i zawsze ten sam wróg.
- Zafajdani Sokiści! Wyłapują ludzi jak gestapo. Ale za nic nie napiszą, że pod estakadą nie można przechodzić.
- W tym cała przebiegłość, dobrze jest ściągać od ludzi po pięćdziesiąt złotych.
- Jakby Polacy zarabiali kokosy.
- No! A tabliczki ostrzegającej nie było, nie ma i nie będzie.
- Gestapo!
Żywy człowiek; można nań spojrzeć, jak zgrabnie uwija się ustawiając na półkach, akcesoria cmentarne. Z jakim zapałem proponuje zakup klientom. Można przylgnąć twarzą do szyby i wczuć się w cały potencjał zjawiska, któremu na imię... Kobieta, część składowa ogniska domowego, zamknięta w rozmaitych przeszkleniach, tableuach, sklepach tekstylnych, hipermarketach czy kioskach. Jest, na co popatrzeć. I Wszędzie lampy; światło, nostalgia za normalnością. Skończyło się jedno święto, już szykujemy się do następnego. Na Placu Ratuszowym stoi ogromna choinka, oświetla przechodniów całym widmem barw, jak galaktyka. Rok w rok; rąbanie świerków. Bóg się rodzi i umiera; dekoracja wystaw..., mantra ułomności i pseudo-prawdy. W tym wszystkim toniemy!
- Zjadłbym kiełbasę!
- Pierogi, sałatkę i karpia.
- Makowca o fakturze agatu.
- Marzy mi się, że jesteśmy u rzeźnika i mamy swobodny dostęp do zawartości lodówki. Nie musimy żebrać, bierzemy swobodnie to, co się należy.
- Znaczy się krakowską, śląska i zwyczajną.
- I popalamy to wszystko Fajrantem.
- Jatka – stoisko ze zdrową żywnością!
- Zagrycha!
- Wywalić padlinożercę na stół świąteczny.- Na Zdrowie! Popijamy trucizną.
Dalej w odmęt listopadowego zmroku, prędzej aby zatrzeć ślady osobistej nędzy. Być może to już ostatni taki listopad. Nie wiadomo, jak dalej potoczą się losy. Kogo pochwyci siła instynktu, a kogo exodus?
Dom, aby doń dotrzeć, trzeba się zsunąć z okolicznego Wzgórza Partyzantów i wejść ukradkiem wejściem od ulicy Krakowskiej. Wszystko ostrożnie, by treść nie ucierpiała, by nadmiernie nie sygnalizować powrotu. Jak gdyby wcale się nie wychodziło, jak gdyby nie było się tym, kim jest? Wejść na dworzec, ostrożnie jak z nitrogliceryną; gołym, niewinnym jak niemowlę.
- Wreszcie!
Worki, pudełka, lodówka – życie ma cel, który jest elementem wielkiego celu. Nasza egzystencja nie jest czymś, co dzisiaj jest, a jutro zgaśnie i przyklepią to wszystko łopatą; nasze ciało i ducha, jak grudę ziemi.
- W domu.
Ławki – wybrać tę najlepszą przy grzejniku, czy tę najbezpieczniejszą tuż przy drzwiach. Być w pogotowiu? Sokiści przyjdą około ósmej. Do tej pory trzeba się odpowiednio ułożyć, coś przekąsić i dogrzać. Raptem kilka godzin, a potem przenieść się w inne miejsce i przyjść z powrotem, kiedy już będzie można spać do rana.
- Fajrantu chciał. Fajranta się doczekał!
- Wyciągam!
Świat z wolna opróżnia worki z lampionami. „Lordy”, „Kapliczki” w promocji, leżą wedle posłania. W ten sposób można nacieszyć się namiastką światła; spokojnie do snu przeglądnąć katalog reklam, rozebrać się, gdy jest już ciepło, pomarzyć o dostatku - czekać aż przyjdą „anioły”.
- Odpalam! Czerwone, oranż, białe – złocone i patynowane
Pociski balistyczne - Niech Żyje Roztropność, Centralne Ogrzewanie!
Poradź się drewnianej kamery czy można okraść trupa?
Witek narzeka na zdrowie, przeklina wszystko, jednak jako mężczyzna ma zawsze ochotę na przejście stu pięćdziesięciu kroków w kierunku kiosku ze świerszczykami za szybą. Kiedyś nad ranem baraszkował z żoną, dziś w grafik dnia wpisuje kolorowe tableau z roznegliżowanymi panienkami.
Tygodnie, miesiące i lata; zegar, kasy biletowe, pisuary ze ścianą płaczu, zakład fryzjerski, zamknięta świetlica, w której można było kiedyś obejrzeć telewizję. – Widok, jak panorama z filmu; odkrywa gmach z wolna wypełniający się ludźmi, z majaczącą na horyzoncie sylwetką Zygmunta.
- Masz jakąś pojarę? Ogień!? Zimno jak cholera, kaloryfery wyłączone..., Żarłeś już coś?
Grad pytań ustanawiający realność czasoprzestrzeni.
- Zapowiadają przyjazd „Szrenicy”. Będzie co zapalić, może i zbierzemy monetę na dobre śniadanie z napojem.
- Szlak mnie trafi!
Po czterdziestominutowym opóźnieniu; wreszcie: „Proszę odsunąć się od toru”, stukot, pisk... Frajerzy i mecenasi, spektrum potencjalnych sponsorów, wylegających z wagonów na peron czwarty. Witek ukradkiem wskakuje do jeszcze ciepłego pociągu, sprawdza czy aby ktoś czegoś nie zostawił. Zygmunt uskutecznia bajer o braku pieniędzy na operację; płacze, wzbudza litość.... Zdobyczna torba, szal, papier toaletowy zwinięty z wucetu. Tłum na peronie, schodach, w holu: współczujące kobiety, wyluzowana młodzież, hojni mężczyźni, nieświadome smrodu życia dzieci. Jednym zdaniem - Wit i Zygi, delektujący się zdobycznym Pall Mallem! - Swobodnie - starczy i na hejnał mariacki.
- Nie wiem, po co jak pajac wystajesz przed tym kioskiem, kiedy codziennie masz okazję wyrwać podczas rzeźby nie jedną kobitę. Tym bardziej, że Twoja stara, dawno już cię olała. Nie ma powrotu! - Umyłbyś się, czy to normalne, że ja stary, mniej cuchnę niż ty?
- Możliwe..., Harnaś skopie ci dupę, za Justynę!
- Mam gdzieś tego kozaka, i całe jego środowisko – chodzi tylko oto żebyś nie obrzydzał frajerów.
- I oto, abyś nie czepiał się pierdół. Wbijam się do przedziału. Pełno luda, tłoczno, nie ma gdzie dupy posadzić i co – chwila, moment wszystko ucieka, ludzie są wrażliwi..., na mundurowych też to działa. Podchodzą do ciebie, pachniesz: łapią za rękę, żądają wyjaśnień, dokumentów; cuchniesz: z miejsca odpuszczają, jeszcze można ich podkręcić tym, że ma się HIV-a. Trochę postraszyć i już masz...
-Siedemnaście złotych. Nieźle nie?
- Spokój i Swoboda! Nie jakaś tam prycz w schronisku z podwyższonym rygorem.
Przed oczyma jak fatamorgana, zaryglowane drzwi jadłodajni o wyszukanej nazwie „Dworcowa”. To już się nie wróci; minęła epoka kanapek z mortadelą, parującej golonki i kaszy jaglanej w sosie pomidorowym. W bufecie można było zamówić: Basztowe, Rycerskie; zupełnie inaczej toczyło się życie, odmiennie przystrajano stoliki. A dziś, trudno oswoić się z nowością. Lepiej jest być bezdomnym, przyjąć potępienie w oczach tych, co bez problemów, zawsze i wszędzie dają rady.
- Już na chodniku.
-Zobacz jak obcinają nas te panienki!
- Drażni je to, że się śmiejemy. Spojrzysz takiej w oczy, a ona nie zrozumie z tego nic.
- Drażni je, nasz widok. - Myślą młode siksy: Żule! Borsuki bez ambicji i wykształcenia!
- Ale nie połapią, dlaczego olewamy je z ekstrawagancją. Wyobraź sobie – Ot tak się przebraliśmy. Ukradkiem, aby nikt z sąsiadów nas nie zobaczył, opuściliśmy domy, w których sobie spokojnie mieszkamy. Ty jesteś emerytem, który na tyrał się w swoim życiu do woli, a ja twoim synem o naturze szaleńca i ciągle przychodzi nam coś do głowy. Mamy papiery, wykształcenie, takie tam pierdoły, a za żuli przebraliśmy się z fanaberii.
- Taki teatr?
- Przedstawienie, plan zdjęciowy, jak sobie tam nazwiesz.
- I co?
- No i ludziska, jak te panienki patrzą, jak cielęta na coś, czego nie rozumieją.
- Płaszcz w miejsce marynarki, rozczłapane kozaki, ufajdane spodnie i sąsiadka ta od kwiatów, z zapytaniem - dlaczego się przebraliśmy?
- Mamy przewagę i jeszcze jest przy nas niewidzialna dla większości t a j e m n i c a, rejestrująca całe nasze życie.
- I ona działa niepochopnie.
- A po co ma się spieszyć! Wystawać, jak Justyna na przystankach?
- Rzeczywiście! Po Co?
Róg Złotniczej, Drzymały i Wincentego Pola, jeden z ostatnich sklepów, w którym zatrzymał się czas. Szyld z transcendentną nazwą, wypisany farbą z lat sześćdziesiątych. W środku, za ladą Pani Zosia z ochrypłym wokalem. Otwierają się, co chwila drzwi; dzieciak wbiega z ulicy po słodycze, młodzież w granatowych mundurkach kosztuje, cytronetę, a zapuszczone Polki kupują kości na zupę...
- Osiem bułek, maślankę i Paprykarz Szczeciński na ząb!
- Jedenaście złotych i dwadzieścia groszy.
- I Pani da te papierosy za cztery trzydzieści.
Teraz torami na wpół eksploatowanymi, w kierunku hybrydy. Pod wiaduktem, z którego pod lokomotywy rzucali się samobójcy. Dziś z tego pamiętającego jeszcze faszystów mostu, nie ma się pod co rzucać, chyba że pod drezynę.
- Masz tabletkę od bólu głowy?
- Straszna bida na murawce. Antek Mańkę po dupie głaszce...
- Jak by się rozpogodziło po południu...
- Szedł pies i śmierdział.
- Polecielibyśmy na Świerczeskiego.
- Dusza miałby pyszne światło w obiektywie. Daj szluga!
Opowiem ci historię o turystach zjeżdżających do Krakowa.
- Kraków i Piwnica pod Baranami?
- Nie! Legenda o Trabancie i Anglikach zasłyszana od Harnasia.
- Dlaczego o Trabancie, a nie o Syrence?
- Też zastanawiałem się dlaczego, być może ze względu na Warszawę.
- Zachodnią, Centralną czy Lwowską?
- Tę, przez którą pomyka kolejka WKD.
- Mam tylko, pojary!
- O.K
Pod górkę przez plac w pobliżu dawnego kościoła „SS”, ulicami Pierwszego Maja i Okrzei. W prawo obok zlikwidowanego baru: „Karzełek”, do bramy stanowiącej wejście w podwórze.
Bez szklanki, stołu, aluminiowych sztućców, krzeseł i zasad savoir vivru; obiado-śniadanie!
- Paprykarz jest! Bułki są...
- Maślanka?
- Jest!
Tajemnica rejestruje zarys wyimaginowanych obrazów. Jej sklecona z drewna kamera nie wychwytuje dźwięku i dialogów. Mimo to, wszystko dzieje się wedle ustalonych prawideł. W lewym górnym narożniku pojawia się brama, w niej oświetlone sylwetki przechodniów.
Kadrowanie nastroju ceglastych kamienic. Ujęcia i najazdy; twarze bohaterów, elementy ich garderoby.
- Oregano srano!
- I popijamy maślaneczką!
- Win tur
- Orbis, Inturist i Gromada razem wzięte.
- Chowają się!
- Angole jak paprykarz w puszce, ładują się do Trabanta. A w szybach średniowieczna oraz renesansowa architektura Krakowa. Kierowca robi co może, lawiruje wokół Plantów, daje w dupę honekerowi, gdy pociskają ulicą Długą.
- Się Żyje!
- Ta! Angole wyją z radości. Przewodnik, kolejno pokazuje im najgorsze slumsy, obwozi po całej Nowej Hucie. Zawozi na posiłek do baru mlecznego, gdzie ziomale częstują ich Cudzesami. A nocleg mają w robotniczym hotelu zaaranżowanym na komunę: PCV, górnospłuki, prycz, stolik, pokoje wymalowane..., lamperia. Wycieczki ponoć są po całej Polsce.
- Łza się w oku kręci.
- Goście myją się w zimnej wodzie, szarym mydłem. Płacą za to grubą kasę.
Wszystko jak taśma. Jedna sekunda przeskakuje w drugą, podwórze urasta do rangi mikroświatu. Spojrzenie w dowolnie wybranym kierunku ustanawia rytm i dysonanse. Hejnał Mariacki z butelką w roli głównej, lustracja kubłów na śmieci, sztuczna szczęka Zygmunta oraz krzątająca się w oknie kobieta, właścicielka lumpeksu; tak właśnie dowolne miejsca i rzeczy mogą zmieszać się z sobą w jeden wielowątkowy komunikat, w jedną samoreprodukujacą się symulakrę.
T a j e m n i c a ! Uporać się z tym labiryntem opisów i znaczeń, spostrzeżeń i myśli, ugrać w logiczną całość, nieokiełznany strumień świadomości. Wyjść z samego siebie, by obiektywnie poznać własną tożsamość. Jestem aktorem, czy nie jestem? Przebieram się; śni się to wszystko czy rejestruje? Co jest realnością, co fikcją? Czy rzeczywista prawda może być relatywna? Gołębie fruwające nad dachami, zniżające lot w mgnieniu oka siadają na dowolnie wybranych gzymsach, antenach i parapetach. Widzą nas z góry, po przekątnej z perspektywy ptasiej.
Kroki, chodniki, ulice; wszystko ma swój nastrój; historię pięciu minut świetności. Tak było z ulicami Okrzei, Matejki, Generała Karola Świerczewskiego, zastrzelonego ponownie tym razem przez system demokratyczny. Symbole wolności czy latające szczury, ludzie, czy pasożyty?
- Co tam Kraków, był i niech sobie będzie?
- Jest, bo go Ruskie wyzwolili.
- Armia Radziecka!
- Wyzwolili i przejęli pod kontrolę.
- I dlatego Iwan dziś nie wystaje na Bankowej tylko niszczeje na cmentarzu i nikt mu wieńców nie zanosi.
-Solimarność!
- Pełen plac robotników domagających się zmian na lepsze.
- Prowokacja SB – biała farba zalewa pomnik Iwana.
- Po co to wszystko: zachód, socjalizm, katiusza i perszingi?
-Zimna Wojna?
- No! Właśnie?
Anima! Jej drewniane kamery; Dziennik Telewizyjny i Wiadomości. Szklane Hotele dla Niemców, dworcowe ławki dla pariachów; kryte baseny i hospicja. Wszystko na wyciągnięcie ręki, aby nacieszyć się do woli miastem rodzinnym, nakarmić się grobami.
Anihilacja! Cały szacunek, relacje ludzkie, rozłożone na gazetach. Chryzantemy samokrzewiące..., jak w galerii; przecena z sześć czterdzieści dziewięć, w pięć z groszami. Misa 20 centymetrów, kompozycje z kwiatów sztucznych; różne rodzaje, cena od sześć dziewięćdziesiąt dziewięć, podkład pod wiązanki. Wszystko, czego trup zapragnie: ciepło, żarcie, seks... Wszystko oprócz papierosa!
- Harnaś i Justyna pewnie teraz...
- A mogliby razem narwać świerku, wywalić go na gazety i trafić co nie co, aby się polepszyło.
- Spójrz na te baby! Z wkładami plastikowymi za złoty czterdzieści dziewięć. Niby tępe, a jednak zarabiają!
- Jaki geszeft. Perszing: „Śruba”, „Fala”, „Kapliczka”, „Płomień” i „Lord”!
- Najbardziej okazały z wszystkich.
- Sześćset gram, czas palenia 120 godzin.
- Nie jakieś tam minimum minimorum, szklana „Malina” za osiemdziesiąt groszy.
- A jeszcze masz „Amfora plastikowy”.
- Czerwone, oranż, białe – złocone i patynowane.
- Niezliczone tony parafiny, przeznaczone do spalenia na wolnym powietrzu.
- Dobre ceny, jakość, wybór. Trzeba być zaradniejszym od cmentarnych biznesmenów i Harnasia.
- Moje! Moje, chodźcie do tatusia - Perszingi!
Tuż za bramą rozpościera się wymiar pamięci, podporządkowany całemu konglomeratowi rozmaitych ideologii. Miejsce kontemplacji i wyciszenia. Z dala od zgiełku, a jednak w samym centrum świata.
Marmury, katafalki, aleje, krzyże, gotyckie napisy i gwiazdy Dawida. - Sacrum z uchodzącym z ziemi butanem. - Ile w tym wszystkim znaczeń, ciężaru, emocji, rozmaitych wierzeń łagodzących stany napięcia. Anima! Obdarzanie ludzi, zwierząt, roślin, a nawet przedmiotów nieśmiertelną duszą. Motyw przejścia, chętnie wykorzystywany przez literatów. Kraina ciemności, po której wędrują cienie, czekające w kolejce do reinkarnacji lub jak chcą ateiści, składnica zwłok, wydzielona dla psychicznego masażu żywych. Prozaicznie - hipermarket, dla hien i szakali: „Anubisów”, „Hadesów”..., rosnących jak grzyby po deszczu, zakładów pogrzebowych.
- Tyle kasy wywalonej w próżność.
- A mogłyby za to powstać autostrady, szkoły, noclegownie, biznesy i miejsca pracy.
- Tu leży rodzina Leśniewskich, Tam mauzoleum Kusiaków...
- I Wszyscy wiecznie zalegają.
- Na dwadzieścia pięć lat. Zanim się ich stąd nie wysiuda.
- Smaruj chłopie, jak chcesz, aby bliscy w spokoju odpoczywali.
- Po lewej trzy amfory
- Ładuj, ja stanę na czatach.
Do czego można użyć worków po kartoflach, plecaków na swetry i kanapki. Co z duszą wtrąconą w otchłań kosztów i przychodów? I czy poprawnie jest rozwarstwiać życie na dwa czynniki?
- „Lord” i „Kapliczka” Jazda do wora!
„Zatrzymaj się człowieku! Jeszcze wczoraj byłem tam gdzie ty jesteś. Bądź gotowy, by podążyć za mną”.
- Co za perfidne epitafium. - Nie mam ochoty iść za tobą, dopóki nie wiem, dokąd się udałeś!
Gdzie podziewają się umarli?
- W Pamięci. Gdy ciała wraz z duszą się rozpadają, a tchnienie żywotne wraca do Boga. - Nie ma żadnego dualizmu, a tylko oczekiwanie. - Czekamy..., trupy w nieświadomości czekają, aż wszystko się skończy. I nikt nikogo nie wyprzedza, w nic się nie wciela. - Nie ma dualizmu!
Masz zdolność widzenia siebie jako szkieletu? Ogołocenia swego ciała z mięsa i krwi w taki sposób, że pozostają tylko kości. Potrafisz to wszystko nazwać i policzyć?
- „Lord” i inne Perszingi do tatusiowego wora.
Praca ciężka i stresująca. Podobnie, jak lustrowanie wagonów w poszukiwaniu fantów, daje satysfakcję. Dwa wory pełne zniczy. Garby na plecach Zygiego i Witolda. Ciężar i ulice, pot, znój, bezdomność i zawsze ten sam wróg.
- Zafajdani Sokiści! Wyłapują ludzi jak gestapo. Ale za nic nie napiszą, że pod estakadą nie można przechodzić.
- W tym cała przebiegłość, dobrze jest ściągać od ludzi po pięćdziesiąt złotych.
- Jakby Polacy zarabiali kokosy.
- No! A tabliczki ostrzegającej nie było, nie ma i nie będzie.
- Gestapo!
Żywy człowiek; można nań spojrzeć, jak zgrabnie uwija się ustawiając na półkach, akcesoria cmentarne. Z jakim zapałem proponuje zakup klientom. Można przylgnąć twarzą do szyby i wczuć się w cały potencjał zjawiska, któremu na imię... Kobieta, część składowa ogniska domowego, zamknięta w rozmaitych przeszkleniach, tableuach, sklepach tekstylnych, hipermarketach czy kioskach. Jest, na co popatrzeć. I Wszędzie lampy; światło, nostalgia za normalnością. Skończyło się jedno święto, już szykujemy się do następnego. Na Placu Ratuszowym stoi ogromna choinka, oświetla przechodniów całym widmem barw, jak galaktyka. Rok w rok; rąbanie świerków. Bóg się rodzi i umiera; dekoracja wystaw..., mantra ułomności i pseudo-prawdy. W tym wszystkim toniemy!
- Zjadłbym kiełbasę!
- Pierogi, sałatkę i karpia.
- Makowca o fakturze agatu.
- Marzy mi się, że jesteśmy u rzeźnika i mamy swobodny dostęp do zawartości lodówki. Nie musimy żebrać, bierzemy swobodnie to, co się należy.
- Znaczy się krakowską, śląska i zwyczajną.
- I popalamy to wszystko Fajrantem.
- Jatka – stoisko ze zdrową żywnością!
- Zagrycha!
- Wywalić padlinożercę na stół świąteczny.- Na Zdrowie! Popijamy trucizną.
Dalej w odmęt listopadowego zmroku, prędzej aby zatrzeć ślady osobistej nędzy. Być może to już ostatni taki listopad. Nie wiadomo, jak dalej potoczą się losy. Kogo pochwyci siła instynktu, a kogo exodus?
Dom, aby doń dotrzeć, trzeba się zsunąć z okolicznego Wzgórza Partyzantów i wejść ukradkiem wejściem od ulicy Krakowskiej. Wszystko ostrożnie, by treść nie ucierpiała, by nadmiernie nie sygnalizować powrotu. Jak gdyby wcale się nie wychodziło, jak gdyby nie było się tym, kim jest? Wejść na dworzec, ostrożnie jak z nitrogliceryną; gołym, niewinnym jak niemowlę.
- Wreszcie!
Worki, pudełka, lodówka – życie ma cel, który jest elementem wielkiego celu. Nasza egzystencja nie jest czymś, co dzisiaj jest, a jutro zgaśnie i przyklepią to wszystko łopatą; nasze ciało i ducha, jak grudę ziemi.
- W domu.
Ławki – wybrać tę najlepszą przy grzejniku, czy tę najbezpieczniejszą tuż przy drzwiach. Być w pogotowiu? Sokiści przyjdą około ósmej. Do tej pory trzeba się odpowiednio ułożyć, coś przekąsić i dogrzać. Raptem kilka godzin, a potem przenieść się w inne miejsce i przyjść z powrotem, kiedy już będzie można spać do rana.
- Fajrantu chciał. Fajranta się doczekał!
- Wyciągam!
Świat z wolna opróżnia worki z lampionami. „Lordy”, „Kapliczki” w promocji, leżą wedle posłania. W ten sposób można nacieszyć się namiastką światła; spokojnie do snu przeglądnąć katalog reklam, rozebrać się, gdy jest już ciepło, pomarzyć o dostatku - czekać aż przyjdą „anioły”.
- Odpalam! Czerwone, oranż, białe – złocone i patynowane
Pociski balistyczne - Niech Żyje Roztropność, Centralne Ogrzewanie!
Poradź się drewnianej kamery czy można okraść trupa?
Subskrybuj:
Posty (Atom)