Stać na straży własnego mienia,
Mieć wszystko tam gdzie być powinno.
Upilnować to, co się posiada, zdobyć bezpieczeństwo.
Mieć świnie pod wanną, kota w worku i...
W przestrzeni napotykamy kształty, które z wolna przybierają postać materialną. Widzimy jak fatamorganę coś wykluwającego się na pograniczu jawy i snu. Dom rodzinny, szkoła budzą w nas marzenia o życiu dla konsumpcji. Chcemy lalki, samochodziki cały lamus niezliczonych gadżetów. Młodość nasza jest tępa, starość zaś napawa się tym wszystkim, co przez długie lata braliśmy w swoje ramiona. Mamy kładki prywatne niosące nas w nieśmiertelność, etos pracy dla dóbr, a w krajobrazie pasaże. Wycieczki do nowo otwieranych marketów, w których można nabyć po cenie promocyjnej ściereczki kuchenne.
- Czy można być ponad to, wyizolowanym?
Priorytetem w naszym życiu jest dorobić się! Wziąć kredyt na mieszkanie, upiększyć je jak najmodniej. Pójść po kolejne pożyczki, standardowo dojrzewać w strefie żarcia, picia, aktywności seksualnej...
- Mieć! Oto kodyfikacja nowej religijności.
Pierwszym mieszkaniem otrzymanym od państwa w przypadku moich rodziców był barak, położony na dzikich peryferiach miasta. Kolejnym, wymarzony lokal spółdzielczy na osiedlu z szarego betonu; M3 - 54 metry kwadratowe.
Trzeba wiedzieć, że lata komuny, mimo całej ciężkości, nie niosły ze sobą, aż takiego bagażu dysproporcji, z jakimi mamy do czynienia obecnie.
Dysproporcje, dlatego o nich wspominam, im większe tym bardziej generują w ludziach chęci. Interesujące, że motorem życia dla przedmiotów może być zarówno skrajna bieda, jak i bogactwo. Zazdrość klasy niższej, wywodzącej się z przestrzeni gett i slumsów, jest często namaszczeniem do bycia konsumentami.
- Należy się nam!
- Inni mają, a my, co gorsi jesteśmy?!
- Jeśli ja nie miałem, niech przynajmniej moje dzieci
użyją do woli!
Pragniemy mieć więcej, bo to ściany krzywe, z rur cieknie, okna zwichrowane przepuszczają wiatr, a licha pensja robotnika wystarcza na chleb z dżemem! Tak rodzi się w człowieku frustracja.
Do szkoły wszyscy chodziliśmy odziani w niebieskie fartuchy. Już wtedy łapówkarze pompowali ciało pedagogiczne. Nawet członkowie mojej dalszej rodziny, wywodzący się z tej samej klasy społecznej, rozumieli co znaczy mieć pieniądze. A to mydełko, markowy alkohol, innym razem czekoladki i już towarzyszka Kowalczyk z wrednej baby przeradzała się w poczciwą, do rany przyłóż wychowawczynię. Kuzyni, jak elementarz mieli wyuczone, że majętność jest czymś ponad. Utwierdziła ich w tym matka pracująca zagranicą oraz wujek, zaprzedany prominent PZPR-u, dlatego też w pewnym momencie mój ojciec mógł usłyszeć od swojego szwagra: „Biednyś, boś głupi!”.
- Nie tylko ojca miałem głupiego, ale i matkę, kto wie może nawet i siostry, podczas gdy inni donosząc i plotkując na nasz temat odznaczali się wysokim ilorazem inteligencji, jak i moralną poprawnością. Ta cała hipokryzja powodowała, że podziały były nie do uniknięcia, szybko zrozumiałem, że z rodziną dobrze wychodzi się, ale tylko na zdjęciu.
W naszej przestrzeni budzi się dobrobyt. Trzeba walczyć o: plazmy, odtwarzacze, nowe samochody, pojechać na wakacje do bunkra nad Morzem Śródziemnym
Mieszkanie w komunie blokowej, to kolejna nauka poprawności. Zawody sportowe pomiędzy rodzinami Zdanowiczów, Wiertaków i Wieczorków. Nawet gdybyśmy nie chcieli, sąsiedzi będą dociekać, kim jesteśmy, na jaki kolor malujemy ściany, czemu nie płodzimy dzieci, jakie są nasze zarobki, a nawet tak absurdalne pytanie: skąd mamy ziemniaki na zimę. Zakupując cokolwiek do domu, trzeba się liczyć, że sąsiad, spotykając nas na schodach, będzie chciał rozpakować zawartość pakunku i zobaczyć, co się w nim kryje. Podobnie też każda intymna rozmowa, może być z powodzeniem podsłuchiwana przez sąsiadkę, nie krepującą się przyłożyć ucha do drzwi naszego mieszkania. - Nas to interesuje! Wszystko, to prowadzi do wojny bytów, w której obie strony są na przegranych pozycjach, gdyż sytuacje są tak tępe, że aż wstyd je rozpatrywać. Aby przekonać się, jak to wszystko prosperuje, wystarczy wynieść na zewnątrz jeden z przedmiotów, który się posiada i z perspektywy obserwatora patrzeć, jak białe robaki w ciągu zaskakująco krótkiego czasu, ogołocą sprzęt do zera. Dlatego też istnieje stała sąsiedzka kontrola; pragnie się wiedzieć wszystko o wszystkich. Ponoć tego typu zabiegi wyznaczają normę. Skoro wiemy, co mają i robią inni, łatwo jest decydować, czego nam potrzeba.
Dziś, kiedy mamy skrzynki na reklamy; z własną rodziną, ale również podczas spotkań towarzyskich z innymi ludźmi, możemy wytyczyć cele. Zdanowicze dorabiający na rynku zaproponują nam zakup płytek podłogowych o podobnym deseniu do ich własnych. Wiertaki i inni będą starali się wpłynąć na to, abyśmy zmienili nasze upodobania muzyczne. Ich życzeniem będzie, abyśmy słuchali muzyki takiej, jakiej oni chcą słuchać. Frantowie nie będą mogli pojąc, dlaczego w naszych oknach nie ma firan, a są trzciny przypominające bambusy. Zaproponują po sąsiedzku pomoc - Jak nie macie firan, to możemy je wam dać! Zły elektryk, podobnie jak i jego córka, będą służyć głosem doradczym, dosłownie w zakresie każdego ulokowanego w piwnicy na półce przetworu. Wszyscy muszą wiedzieć o każdym remoncie, wyjeździe, kroku podejmowanym jednostkowo. A Zdanowicz, książę klatki schodowej, gdy nie będzie w towarzystwie swojej żony, zaglądnie pod spódnicę naszym siostrom. Takim ludziom kłaniamy się i mówimy Dzień Dobry!
Powiedziałby ktoś – Taki jest świat, podstawą do zagarnięcia godności osobistej jest przyzwolenie, na które się godzimy. Trzeba wyznaczyć granicę, gdzie nikt nie ma prawa łamania naszej intymności.
Już dobrze. Teraz napij się kawy. Posłuchaj, jak schodzą do roboty sąsiedzi, sprzątaczki, urzędnicy, socjal i budżetówka. Zatrzymaj się na chwile, zastosuj ramy otwarcia, poprowadź dialog o chorobach i pogodzie, nie można przecież dąsać się na wszystkich.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym. Maż w Stanach u boku innej, córka również wybrała życie za Oceanem.
- Jak tam praca?
Wścibstwo podciągnięte pod troskę. A dziękuję, jakoś tam...
– No, to dobrze. Trzeba kombinować, albo inaczej wyjeżdżać póki jeszcze można. W Polsce zostają tylko starcy i nieudacznicy!
- A ile zarabiasz? No to ładnie!
Niesie się zapach drogich perfum, Pani Ania zgrzyczy coś jeszcze pod nosem na temat zepsutych domofonów, które to nas wszystkich powinny chronić przed wizytami obcych. Rzeczywiście popsute, ktoś kopnął w pulpit z numerkami, może ze złości, że nie mógł namierzyć nazwiska, którego szukał. Ludzie teraz są tacy anonimowi.
Samodzielność i siła tkwi w czerwono-biało pasiastej fladze z białymi gwiazdkami na niebieskim tle. Tych, którzy są w Ameryce, postrzega się jak bohaterów, każdy z nas praktycznie ma w rodzinie herosa zmagającego się z zaoceanicznym azbestem. Wielka też odpowiedzialność ciąży na naszych przyjaciołach. Kiedy już nie będą mieli gdzie iść, dogonią ich nasze e-maile, postawią na baczność telefony. I tak – Miron winien wszystkich ściągnąć do Ameryki! Krzysiek do Hiszpanii, a Mariusz nad Jezioro Genewskie. Bez wątpienia wielki progres nastąpił z chwilą wejścia naszego kraju do Unii Europejskiej. Już nie musimy czekać, aż ktoś łaskawie uraczy nas zachodem. Z całych sił sami pędzimy, jak lemingi w stepy Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i cholera go wie jeszcze, jakiego kraju? Dolar bardzo stracił, a funt zyskał. Miron, nie jest już nam tak bardzo potrzebny. Krępujące, ale tak naprawdę prawie go nie znamy, wiemy tylko, ze ściągnął w ślad za sobą żonę, która złapała wiatr w żagle i odpłynęła do majętnego Jankesa. Stąd wydaje się roztropniej zapoznać kogoś na miejscu: Holendra, Irlandczyka, Dunkę.... Startować z jakiegoś poziomu, aby już na początku deklasować konkurencje.
Yes!Yes!Yes! Nie potrzebujemy Mirona, zapraszają nas premierzy poszczególnych państw, w których tyramy jak niewolnicy. A za większe pieniądze, z miłą chęcią, jak na kosmopolitów przystało, zajmiemy się podmywaniem dup emerytów i rencistów bogatego świata. Szczytem w zakresie robienia kariery, jest nic bardziej prostszego, jak zrobić doktorat w Polsce, a następnie wyjechać zagranicę czyścić muszle klozetowe! - Chwat, zwycięzca z wypchanym portfelem, musimy ocalić świat, sprostać naszym instynktom, wykarmić kolejne pokolenia.
Negocjuję cenę za wykonanie prac alpinistycznych, tu na miejscu! Czyli mniej mi zapłacą, o ile zaakceptują moją bezpretensjonalność. Myślę sobie, żyłowaliście i zaniżacie dalej koszta czasu, który się dla was poświęca. Kobieta dosłownie zapowietrza się, gdy podaję stawkę przeciętną tak naprawdę.
Wszystko mi jedno, co będzie, jest granica, do której można zejść, w innym przypadku najmujcie sobie, tych, których dawno już tu nie ma. Dochodzimy do konsensusu, teraz jeszcze tylko czekać, aż będzie można zacząć.
Cierpliwość, słowo klucz, niekorzystne warunki atmosferyczne, ignorancja, gra znaczonymi kartami. Oznajmiam, że soboty traktuję jako dzień wolny, to tym bardziej wydłuża czekanie, wiąże się z tolerancją. Nikt przecież nie rozumie fanaberii określającej, że sobota jest biblijnym dniem świętym i że w związku z tym najzwyczajniej jestem wolny, odpoczywam od teatru złotówek, funtów i euro. W głębi duszy triumfuję, złamałem kod hegemonii człowieka nad człowiekiem. Sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu.
- A niedziela?
Owszem mogę pracować, ale chyba wy nie możecie, jesteście tak zabiegani, że potrzeba wam zakazu, aby uświęcić to, co człowiek uznał za święte.
Kontestowanie - Żyć dla codziennej iluzji, wypluwać kolejne pokolenia w „umowę społeczną”, płodzić beznamiętne masy dla potrzeb rynku i ekonomi. Bo inaczej - Ludzie! Wszystko szlag trafi, wszystko się zawali.
Pięć złotych na godzinę oferuję nowym pracownikom, jeden z moich współrozmówców. Skarży się, że jeszcze kilka dni temu miał pięcioosobową załogę, a dziś do dyspozycji ma tylko dwóch ludzi. - Chyba za mało im pan płacił, albo robotnicy wyjechali zwyczajnie za granicę. Otrzymuję potwierdzenie.
– No i powiedz człowieku, co ja mam teraz robić, nie ma ludzi, nie ma interesu...!
Zostałem ostatnim przekaźnikiem ciągłości rodzinnej. Mój kuzyn, ze Szklarskiej Poręby za bardzo przejął się uwarunkowaniami. Nie miał pieniędzy, pracy ani rodziny, przez lata brnął w alkoholizm i depresje, aby na końcu zacisnąć postronek na szyi i zawisnąć.
Taka ciężkość, rozpad i upadek, a przecież naszych ojców pchał do miejsc, z których dziś uciekamy, entuzjazm. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, na Ziemie Zachodnie napływali osadnicy. Przyjeżdżali z większym lub mniejszym dobytkiem, zza Bugu i z Polski Centralnej. Bezrolni i małorolni, gospodarze, robotnicy i parobkowie. Czekały na nich nowe obszary, domy, dzieci i praca.
Na początku zakasanie rękawów; nikt tu o nic nie dbał, status ziem był nie do określenia. Mnożyło się szabrownictwo, a przestrzeń pod ciężarem nowego porządku uwsteczniała się cywilizacyjnie. Można było szczać po klatkach, tłuc szyby gdzie się da, pochłaniać inwentarz sąsiadów, demontować trakcje elektryczne. Mnożyły się okazję żeby się obłowić. Po sześćdziesięciu latach pożegnania przez naszych przodków Mazowsza, Litwy czy Ukrainy, fruniemy na skrzydłach tanich przewoźników do Londynu. Wita nas Zjednoczone Królestwo, abyśmy mogli wyrazić wszędobylskim ku..., naszą barbarzyńską tożsamość i zaraz potem zarzygać Heathrow.
Perfidna mentalność pluskwy wypijającej krew z wszystkiego, co jeszcze funkcjonuje. Funty, euro, dolary, jak krew do spożycia. Nie dać się rozgnieść, zagłodzić, nażyć się konsumpcją do syta; w ukrytych szczelinach, złożyć jaja pod podwalinę większej kolonii.
Płyną chmury nad śródmieściem. Czekanie jak tortura. Nie chodzi o pieniądze, ani miejsce, które człowiek wybiera. Znęca się nad człowiekiem, o wiele coś bardziej doniosłego, tożsamość i bycie! - Pracuję na dachu, pociągam pędzlem połacie, wybieram linę w przyrządzie asekuracyjnym. Nikt nie wtrąca mi się w zakres obowiązków, jestem zbyt wysoko, poza zasięgiem, relaks, odprężenie, ulga! Delikatnie przerzucam linę ku przeciwnej stronie, niestety zaczepia ona o jedno z narzędzi, próbuję zachować przytomność. Pistolet do pianki izolacyjnej zsuwa się jednak w dół, spada w otchłań, niknie! Najszybciej jak można staję pod podstawą budynku. Białe robaki maszerują chodnikiem, mają dumne oblicza, naznaczone tysiącletnią tradycją. Gdzieś w tym wszystkim zdematerializowała się cząstka mojego działania. Panta rej, niewidoczni antagoniści.
Ogarnij całość! Jeszcze o tym nie wiesz, nie zdajesz sobie sprawy z błogosławieństw, które będą twym udziałem. Możesz żyć w luksusie, zaciągać kredyty, emigrować do krajów, w których poziom życia jest wyższy. Przykleić do korkowej tablicy fiszkę, w niedługim czasie będę posiadał, opracować system totolotka!
W brudnych, wymazanych farbą ciuchach, nie wzbudzam, szacunku społecznego, a przecież, nie jestem tym, co robię. Czyszczę rynnę, a za chwilę mówię Dzień Dobry dyrektorowi placówki kulturalnej, który zna mnie z zupełnie innej działalności. – Moje uszanowanie! Z ogromnym dystansem, wymieniam spojrzenie z materią, która blokowała się przed moimi możliwościami.
Proszę! Jestem takim, jakim chcieliście żebym był. Ufajdanym w farbie od stóp po czubek głowy, odchodem uniwersytetu, któremu ot najwyżej, pozwala się pomalować dach i wyczyścić rynnę.
Co tam kasa, zabór mienia, tutaj stoją chore domy, na zatrutej ziemi. Dlatego za absurdalne uważam przedsięwzięcie jednego z moich znajomych. Praca w Londynie, tyra w molochu; lata wyrzeczeń i gonitwy za wyższym standardem pochłaniania. Aby na końcu lać fundamenty na grząskich piaskach Mordoru.
Rozmawiam z Sąsiadką, majętną poniekąd, ale ze zdemolowanym życiem osobistym.
- Ukradli mi samochód!
Nie patrzyliście, czy ktoś przy nim się nie kręcił?
Jeszcze nie zdążyłam spłacić kredytu, a już mi go rąbnęli.
Jak ja teraz będę jeździć do pracy?
Co za ludzie?
Co za naród?
Dlaczego nie powycinają tych drzew?
Rosną sobie, jak gdyby nic i zasłaniają widok z okna na samochody.
Spółdzielnia powinna coś z tym zrobić; tak dalej być nie może. Trzeba wyciąć wszystkie drzewa, aby już nikt, nigdy nie tracił majątku!
Mieć świnie pod wanną - klucz, zasłyszana anegdota.
Jest w tym coś z rozwiercania zamków w willi mojego wujka, z kradzieży samochodu sąsiadki, z zaglądania pod spódnicę moim siostrom. Słychać już nawet alarm podniesiony przez prosięta, kiedy cała masa repatriantów, bezszelestnie i niewidocznie skrada się ku obranym celom. - Nasz dom jak twierdza, otoczony palisadą; po trawniku biega wilczur i doberman. Ziemia się kręci, noc się zbliża, potem jak gdyby nigdy nic wschodzi słońce, a my zauważamy, że coś jest nie tak w otoczeniu. Świnie hałasują, psy nie chcą jeść śniadania, dlaczego na trawniku leżą pocięte fragmenty drutu kolczastego? Zdaje się, że ktoś ukradł nam sadzonki, rozwiercał drzwi od garażu, są nawet ślady błota na marmurach. Jak tu przetrwać w przyszłości, może zamontować kamery, załatwić zezwolenie na broń, w amoku strzelać do tych, którzy próbują odciąć dopływ prądu. Trzeba też będzie zamontować fotokomórki i blokady, wprawić szyby pancerne, ustawić barykadę i słuchać świń, czy aby nic im nie zagraża.
- Schowam moje skarby, nakryję je pancerzem, stanę do walki, żeby mi ich nie ukradli. Chrumkają biedactwa, teraz są bezpieczne, pan nad nimi czuwa, nie są przecież tak błyskotliwe, żeby przewidzieć zagrożenia. Jak dać im do zrozumienia, żeby zmieniły się choć troszkę? Mniej prowokowały, rzucały się w oczy, dyskretniej taplały w barłogu, przybierały mniej wyzywające pozy?
- Świnie, świnki, świniunie, świneczki. Dla was, przez was, dla waszej przyszłości wypruwałem się jak knur; nie spałem po nocach; emigrowałem, nurkowałem w odmęt za perłami, by rzucić je wam pod racice. Proszę! Schowam was, ukryję. Kiedy zjawi się dematerializacja, nie przyjdzie jej do głowy, gdzie jesteście.
Koniec robót przy ulicy Mostowej, zabieram sprzęt: liny itd.. Rozmawiam z kierowniczką. Zostaję poinstruowany, że w holu ośrodka poruszać się mam w foliowych workach na nogach.
– Proszę się do tego zastosować!
Ależ oczywiście pani kierowniczko. - Na potwierdzenie macham głową, aby kobieta poczuła ulgę. Oficjalnie jestem zerem. Szacunek w tym wypadku jest postrzegany pionowo: więcej go dla rozgrywających na górze, a mniej dla pionków przesuwanych na polu gry. Tak też traktuje się każdego człowieka utrzymującego się w Polsce z pracy rąk. Ukradli mi godność! To o wiele ważniejsze niż cokolwiek. Mam jednak pokój w sercu i wiele dystansu, do tego wszystkiego, co się dzieje wokoło. Wracam myślami do kuzyna samobójcy, szkoda, że nie nauczył się żyć z funkcją braku. Są ludzie na tym świecie, nie mający rąk, nóg, pozbawieni zdrowia psychicznego i wzroku. Nigdy nie pomyślę o nich, że są odpadami, więcej w nich prawdy o świecie niż w nie jednym zdrowym, uposażonym po zęby wrzaskliwym konsumencie. Nie jesteśmy doskonali. Skąd ten krzyk, czy abyś chciał posiąść, a nie jest ci dane?
Świnie, po ciężkim stanie oblężenia, obroniłem. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogłem je trzymać przez długie miesiące prozaicznie pod wanną. Ewaporyzacja, pozbawiała mnie kolejno: samochodu, sanek, rowerów, skutera, narzędzi ogrodniczych. Z budynku zniknęły: odgromnik i rynny. Wewnątrz z pomieszczeń wyniesiono: komputer, dwa telewizory; w tym jeden ciekłokrystaliczny, pralkę i lodówkę, cały drobny sprzęt gospodarstwa domowego. Na końcu jakiś haker dorwał się do moich danych, pozaciągał kredyty i wyczyścił do zera stan mojego konta.
Generalnie jednak wytrwałem. Obroniłem okop „Świętej Trójcy”, z mnóstwem robactwa, kotem w worku, zaduszoną trzodą chlewną!
Jeśli nie my nakarmimy, to nami nakarmią...
Późna noc, komórka wyrywa mnie ze snu. Jestem jak wujek dobra rada, telefon zaufania, gorąca linia od spraw patologii i uzależnień. Łączę - Przykładam do ucha aparat, słyszę basowy rytmiczny głos:
- Aktualnie pracuje na dom, co tam zwykłe mieszkanie.
Londyn, to moloch, przemęczę się te kilka lat i wracam, budować posesję.
Problem jest zupełnie inny!
Wyobraź sobie, że mam trudności ze znalezieniem fachowców od szeroko pojętej budowlanki.
Zaczynam się martwić, nie masz kogoś na oku, kto mi ułoży cegły?
Mijam rozkładających się na mych oczach sąsiadów! Myślę o nowym opowiadaniu: „Teoria Nitki i Cegły”. Napiszę je, gdy wszystko się zerwie. Przedmioty umierają i my też; huzia, kto pierwszy?
środa, 1 sierpnia 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz