czwartek, 27 września 2007

Czas Wdrożenia?

W nauce jak w życiu, ludzie pragną żeby wszystko było ponazywane, stałe, swojskie i bezpieczne. W fizyce klasycznej mamy bardzo ważne trzy zasady Newtona. - Sprawdzają się oczywiście, ale czy zawsze mamy do czynienia z oddziaływaniem na siebie tylko I wyłącznie dwóch ciał? Normalnością są poduszki powietrzne, kostki hamulcowe, krzyże stojące wzdłuż dróg z pochodną postępu, którą należy przyjąć z pochyloną głową. Koncerny mają swoją taktykę niby zależy im na bezpieczeństwie, ale nad tym wszystkim i tak góruje lobby pieniądza. Do momentu, kiedy nie będzie potężnego ciśnienia, nic się nie zmieni, paliwem nadal będzie: ropa, gaz, węgiel; karoserie będą rdzewieć i giąć się pod byle naporem. Rosja będzie sięgać pod Biegun Północny, a Stany Zjednoczone do Iraku.

- Lęk jest zawsze psychiczny, bo fizyczny w tak krótkim czasie działania 0,02 – 0,01 sekundy, jest przez percepcję ludzką nie do zauważenia. Po prostu rozpędzasz pojazd do 50 km/h. I uderzasz nim w ścianę, ogląda, to wszystko przeszło setka osób, są media, goście zagraniczni, tajne służby. - Nie zapinamy pasów, testujemy nowe urządzenie, zderzak, który wywołuje opór świata nauki. Dziewięćdziesiąt procent energii kinetycznej zostaje przechwycona, skierowana w innym kierunku. Nie ma rezultatu zgniotu, nie trzeba nożyc do rozcinania karoserii. Kierowca jest żywy, zdolny do kolejnych pokazów.

- Zderzak Łągiewki, to dopiero początek autor nie wie, ile, to wszystko będzie go kosztować. Jest przecież „NIKIM”, lub jak inni wolą czarodziejem czy majsterklepką z prowincjonalnych Kowar! Wykształcenie, jakie posiada dla doktorów, inżynierów, sztabów urzędniczych jest żadne. Raptem wymęczył jakieś tam liceum, więc tak naprawdę nie ma, o czym mówić, nie zachodzi potrzeba...

- Trzy masy, inne zjawiska, procesy. W tym przypadku Newtona, nie zastosujesz, a obiektów może być nieskończenie wiele. Nie rozumiem, dlaczego fizyka nie poszła w tym kierunku, przegapiono bardzo proste rzeczy. – Tak myślę! Jak ja, taki prostak mogłem na to wszystko wpaść? - Od lat młodości kombinuję i myślę, najpierw miałem swoje laboratorium, potem zająłem się mechaniką; ta gałąź fizyki szczególnie mnie pociąga. Nie zaliczam się ani do teoretyków, ani do ścisłej grupy praktycznej. Czasem zanim coś się wymyśli, trzeba wyprowadzać wzory, układać fizyczne łamigłówki, potem przychodzi kolej na eksperymenty.

- Wiele rozgłosu o nic! Ucichnie lub szybko zgnije jak grzyby w lesie. Media zawsze są podekscytowane nieprawdopodobnymi historiami, a zderzaki są wadliwe i nigdy nie wejdą w użycie, nie ma odpowiedniej naukowej dokumentacji, nikt tego z zewnątrz nie badał. Potrzeba autorytetów, aby w nauce uznać coś za obowiązujące!

- Pokaz z 21 listopada 1998 roku, to dopiero początek. Od tego momentu zaczęła się tak zwana akcja zaczepna. Ford wystosował do mnie ofertę, abym za pewną kwotę zrzekł się wszelkich praw do wynalazku. Daewoo, też zainteresowane, postulowało, że owszem zajmie się badaniami, lecz o żadnych wynikach mnie nie poinformuje. Zrozumiałem, że wiele liczących się podmiotów, pragnie schować do szuflady, wszystko, co wiąże się z zagadnieniem odprowadzania sił bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Pojąłem, że nic szybko się nie stanie, że dla przebicia się z ideą, jej dobra, wcielenia jej w życie trzeba obrać metodę małych kroków. Stałem się ostrożny. Przed Nami Rewolucja!

- Ten odkrywca, no jak on mieszka. Rodzina jego boryka się z problemami, a on lekkoduch wymyśla perpetuum mobile. Żona i dzieci, wierzą w niego czy nie wierzą? Bieda, bezrobocie w domu, telefon odłączony, dodzwonić się nie można! Chłop w kilku koszulach biega, to ma być przyszły noblista? Zrobił wielki szum w Kowarach i myśli, że mu wszystko wolno, takich, to powinni zamykać, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy.

- Ogromny udział, pomoc w przecieraniu szlaku, w zrywaniu zasłon i uprzedzeń, skostnienia, ma mój przyjaciel z Krakowskiej Akademii Górniczo Hutniczej profesor dr hab. Stanisław Gomuła. To on jako jeden z pierwszych potraktował moje odkrycia poważnie, zgodził się przyjrzeć testom, przeprowadził analizy, pomiary, badał na Katedrze Maszyn i Urządzeń Energetycznych zjawiskowość nowego zagadnienia. Na pewnym etapie pomogła mi też Politechnika Poznańska, wykonano potrzebne modele i za to dziękuję, bo w innych placówkach naukowych natrafiłem na intelektualny beton. Wrocław uważał mnie za szarlatana, studenci pisali pracę magisterskie, a na oczy mnie nie widzieli, czerpali wiedzę z internetu – Ignorancja!

- Spotkałem tego dziwaka w czerwcu 2001 roku, w „Klubie Stajnia”, nawet z nim polemizowałem, ale on tylko ten zderzak, hamulec dynamiczny i tak dalej, a jak spytałem o procesy, to mi zaczął jak pętakowi wektory rozrysowywać na tablicy. Ja mam masę spraw do prowadzenia w rektoracie, wystarczająco wiele żeby sobie dać spokój z tego rodzaju historiami o cudownych samochodach, co to można z nich wyjść po kolizji bez szwanku.

- Wchodziłem w konflikty w kryzysy, a to problem natury teoretycznej, innym razem ktoś chciał zabrać mój patent, podpisywał się na dokumentach bez mojej wiedzy. Dla wytchnienia uciekałem w pracę nad pędnikiem i testami z hamulcem dynamicznym, tu mnie nie dosięgną, mogą obrzucać błotem, ale nie przyjdzie im do głowy być w nowych miejscach. To nie jest kwestia tworzenia, raczej odkrywania. W fizyce wszystko już istniejące, tylko trzeba, to odsłonić zrozumieć. W wypadku hamowania z zastosowaniem hamulca dynamicznego czas 0,5 – 1,5 sekundy, pozwala już odczuć, w czym rzecz. Jedziemy autem i podobnie jak w zderzaku stosujemy mechanizm odprowadzenia siły bezwładności w pożądanym przez nas kierunku. Gwałtownie stajemy, ale nie ma efektu wyrzucenia naszego ciała w przód, co więcej nawet, gdy szklankę napełnioną wodą, będziemy trzymali w ręce, to przy gwałtownym hamowaniu nie straci ona swej zawartości. To proste, hamulec i zderzak mogłyby ocalić setki tysięcy istnień ginących na drogach. Co do pędnika, odbiega ideą od wyżej wymienionych mechanicznych innowacji. Przedmiot ten, to nic innego jak uniwersalny silnik, prosty gabarytowo w porównaniu z obecnie istniejącymi. Większość pojazdów na świecie czy to samochody, czy statki, samoloty, potrzebują odpychać się od ziemi, wody czy powietrza, żeby skutecznie przemierzać przestrzeń. Problem, co w momencie, kiedy mamy cały ten skomplikowany mechanizm w postaci na przykład luksusowego samochodu, stojącego na idealnej tafli lodu? Otóż mimo silnika i paliwa, Bierny-Mierny-Wierny nie ruszy z miejsca, a przy zastosowaniu pędnika owszem będzie jechał. Energia hermetycznie zamknięta, zmagazynowana w silniku, wykorzystuje zderzenie klasyczne plus efekt Łągiewki, trzeba, to widzieć, na modelu żeby jasno zrozumieć, o co chodzi. Nie jestem w tym przypadku ścisłym nowatorem, podobne badania były już prowadzone, uważam, że trzeba je kontynuować. Pędnik wewnątrz siebie ma zmagazynowaną energię, która odpowiednio wykierowana puszcza obiekt w ruch. Nad tym pracowałem w Długołęce.

- Do czego, to można zastosować? Łągiewka za dużo generalnie myśli i mówi, przychodzą różni tam do niego, dzieje się, to bez żadnej kontroli. Niech WSI bezzwłocznie interweniuje. Przerwie dywagacje, przyjrzy się planom, może wykorzystamy, te zderzaki, hamulce i pędniki w armii? Temu profesorowi Gomule, też narzucić klauzulę – Ściśle Tajne! Zarekwirować cały sprzęt i papiery do naszych instytutów badawczych. I ostatnie, postraszyć dziennikarzy i zablokować wszelkie dane w internecie, żeby nie było żadnych wycieków. Sprawą powinien zająć się minister.

- Mgliściej, co raz tępiej, co raz mniej wiary w Polskę! Same przeszkody! Dla wielu ideałem byłoby gdybym nie istniał. Nie pozwolą człowiekowi normalnie pracować, wprowadzać wynalazki w życie. Zbyt ciasne horyzonty, średniowiecze w głowie. - Źle, tragicznie, bo samochody mniej się będą psuć, ludzie obejdą się w wielu wypadkach bez pomocy. - Mamona, wyrachowanie i strach, splatają całe gałęzie przemysłu. W Kowarach mógłby powstać zakład zderzaków, przecież jest bezrobocie, a pan minister proponuje mi warunki, na których więcej skorzystają urzędnicy niż sztab badawczy, wdrożeniowy czy zwykli ludzie. - Dobrze, że zwrócili przyrządy. Wstydzę się, ani ja, ani moja rodzina; synowie czy wnuk nie mogą liczyć na profit z pracy.
- Jestem na tropie nowości, nie porzucę zagadnień, które wiążą człowieka na całe życie?

- Wdrożenie, to mglista sprawa lepiej może pomyśleć jak unicestwić tę negatywną energię polskiej inercji, aby nam wszystkim nie szkodziła. Jak tu się realizować? Na około pęd do władzy, bonusy w oczach, pycha i nonszalancja. Szkoda życia! Najprawdopodobniej będzie tak; poczekają aż pan umrze, a wtedy położą ręce na całości lub wszystko ucichnie i będzie jak chce beton po staremu. Wydaje mi się, że lepiej „krowy” paść za granicą niż w Polsce być dyrektorem!


EUreka! – Optymalna opcja dla dotychczasowej budowy zderzaka! Teraz można uderzać samochodem w ścianę z prędkością 100 km/h. - Energii nie trzeba już zamieniać w ruch obrotowy, jak było do tej pory, to lepszy sposób mniej wadliwy. - Przemek skończył już AGH, będzie moim zastępcą. - Błąd polegliśmy na polskim rynku! Postanowiłem opatentować swój zderzak w Unii Europejskiej, z patriotyzmu wyleczono mnie elektrowstrząsami. - Warunki do rozwoju i pracy zapewnia mi niemiecka firma MFS, należąca, do Georga Piontka. Czekamy na zamknięcie procedury patentowej. W Iserohn, koło Dortmundu, powstają najnowsze modele i prototypy. Co jeszcze Otrzymuję, co miesięczną pensję i pełne wsparcie w pracach, załatwianiu spraw formalnych. Myśli moje i zajęcia koncentrują się na tym, co trzeba. Nie potrzebuje wielkich pieniędzy, uważam, że miło byłoby godnie spędzić starość. Zależało mi na interesie w Polsce, ale bardziej szanują mnie Hiszpanie, Niemcy, niż rodacy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: Jestem Europejczykiem i kocham swoją rodzinę!

- W środowisku naukowym zapadła głucha cisza, ale, to nie to samo milczenie, co kiedyś! Każdy chciał coś znaczyć, ugrać, przejechać się na plecach Lucjana Łągiewki.

środa, 19 września 2007

Miłość w przedziale 12/18

Narzeczony(a),który mieszka w innej parafii niż ta, w której spisuje się protokół przedślubny, otrzymuje specjalny dokument, który zanosi do kancelarii swojej parafii w celu ogłoszenia także tam zapowiedzi. Zapowiedzi ogłasza się przez wywieszenie informacji na tablicy ogłoszeń parafialnych przez 8 dni (dwie niedzielę i tydzień między nimi). Po ogłoszeniu zapowiedzi, należy dokument odebrać i zanieść do parafii, gdzie spisywany jest protokół przed ślubny.



- Jakie ty masz życiowe doświadczenia? Nie mówię, że jesteś głupi i nie wiesz ile jest dwa razy dwa, ale brak ci wiedzy pod tym względem.
- Pod jakim?
- Powiedzmy, życia i ogólnie!
- Przykłady, przykłady?
- Odpuściłeś sobie między innymi zajęcia z wychowania fizycznego! Przez głupi WF kiblujesz!
- Odbij! Nie zmuszaj mnie abym podrygiwał jak kretyn, za stary już na to jestem.
- Taki siłacz, wyjadacz z ciebie, a pajacyk cię blokuje?
- Nie chodzisz do mojej szkoły, to skąd możesz wiedzieć, co w niej się dzieje.
Ludzie mają już potomstwo, a tu jakiś włefista każe ci robić pajaca i kręcić fikołki, przecież to żenada!
- I co dzieciaci z Harvardem coś osiągną?
- Pewnie tak, nie wszyscy muszą być wykształceni, po studiach prawniczych.
- Albo ciebie z tym pijaństwem, któraś dziewczyna na dłużej zechce?
- Są takie, co chcą, pełno takich na około, a i w internecie wystarczy parę razy kliknąć i nie możesz się odgonić.
- Roksanka i ten twój najlepszy kumpel, co ci ją odbija darmozjad Walerianek?
- Prowokujesz, a przecież wiesz, że jestem nerwowy i ostatnio cię przepraszałem.
- Co może kolegami mnie swoimi postraszysz? Wszyscy się z ciebie śmieją, bo Walerian chodzi i opowiada pikantne szczegóły. – Ty no i wiesz, ja ją tego i psi!
- Mało mnie, to obchodzi, czy będę sam czy z dziewczyną.
- I widzisz, tu masz kolejną słabość, brak odpowiedniego podejścia do lasek.
- Co do Roksany, to był taki chamski paznokieć. Na sianko leciała, no może z początku nie, ale potem się rozbestwiła.
- Prawie wszystkie są takie, kochają zwierzęta: norki w szafie, jaguara w garażu i osła, który na to wszystko zarobi!
- Ty od razu myślisz, ze ja chcę mieć żonę. W przyszłości może tak, żeby mieć gębę, do kogo odezwać i ogólnie. No, ale wiesz, to jeszcze zależy jak będzie, bo jak nie będzie sianka, to, co znajdę sobie żonę narobię jej dzieci, a potem będę musiał iść na puszkach żyć, albo chodzić po hipermarketach i pytać się o pracę?
- Czyli co, Walerianowi nie dasz po mordzie?
- On I tak już nie raz nieźle wyłapał. Z Roksanką było very good, ale potem zaczęły się wypominki. Wiesz, że ja jej do kina nie chcę zabrać, do restauracji I nic nie mam jej do zaoferowania tylko siedzenie na ławce.
- Może chciała pospacerować po parku, pójść do Mc Donalda lub na jakąś piccę?
- To też, ale zauważyłem, że ona szybko się nudzi, ogląda się za innymi kasztanami, zmienia upodobania, a Walerian nie miał dziewczyny, więc mu ją odpuściłem.
-To było po tym jak wylądowałeś z tym skrętem jądra w szpitalu?
- No jakoś tak, pamiętasz oni mnie już wtedy zaakceptowali na zięcia. Jak wy wychodziliście, to oni przychodzili.
- A tego nam nie mówiłeś.
- To były moje sprawy, zaraz jak wychodziliście z odwiedzin, brałem komórkę, puszczałem do niej sygnał i za godzinę były ona i jej mamuśka.
- Ale mięso!
- No tak, ale potem rozbestwiła się, aż wreszcie Walerian odziedziczył spadek. On wcześniej miał same porażki. Jedną klientkę, to niby zdradzał. To potem sam, do niej przypucował, głupi kasztan, z tą historią. To było jeszcze do odkręcenia, no, ale on po pijaku esemesy wysyłał z przeprosinami, tyle, że nie na ten numer, co trzeba, tak się zapętlił. Potem z tego całego lamentu chodził przez cały tydzień jak zbity pies. A ja wtedy już z Roksanką chodziłem, on chciał pożyczyć pieniądze na nalewki, to mu moja była dała. Jeszcze się tak złożyło, że wtedy była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy!
- Pożyczył kasę i poszedł na Owsika?
- Pił sobie nalewki, palił papieroski, zadżumił się totalnie; do domu wrócił bez kurtki. Jacyś tam się przyplątali, chcieli go nawet z mostu zrzucić, zabrać buty, ale wzięli tylko kurtkę, podobała się im. Walerian był zrozpaczony, miłość w głowie, zamiast uciekać, dał się oporządzić jak frajer.
- Dostał kosza, bo mu nie zależało!
- Generalnie, to pechowiec, innym razem przez dwie zaproszone na imprezę panienki wylądował w szpitalu. Niby z huśtawki spadł.
- To wtedy jak miał ten ogolony łeb?
- Dokładnie wtedy.
- Ja myślałem, że on za karka robi, a tu patrz huśtawka.
- Nic innego jak imieniny Żółtego, zaopatrzone w nalewki, jakieś tam koleżanki przyszły, było git! Walerian dobrze się bawił, nawet próbował tam wyrywać jedną larwę, tyle,że mu przerwano.
- Co się stało?
- A do drzwi waliły gachy tych panienek. Grzecznie dzwonili i pukali, niby zaproszeni a jakże z piwami. No a Żółty wstrzymał Waleriana, który z nimi tam przez drzwi rozmawiał, żeby ich olał i udał, głupa, że niby nie słyszy i nie rozumie, w czym rzecz. - A tu wiesz, muza ryczy na cały blok widać, że balety pełną mordą.
- To wymówki nie ma!
- Głupi posłuchał! Mówiłem mu coś ty zrobił. A on swoje. - To kasztany, kasztany!
- I co?
- Następnego dnia, jak szli na poprawiny do Żółtego: PrFF! PrFF! – PRZEKOPKA!
- O kurcze!
- Żółtego, to tak lekko obili, Kula po mordzie parę razy dostał, Banderka, to samo, a Waleriana, to tak obkopali, że w szpitalu wylądował ze wstrząsem mózgu!
- Tak to jest można dostać wstrząsu mózgu za nie odryglowanie drzwi!
- Trzeba było jeszcze naściemniać jego matuli, że Walery spadł z huśtawki. Wiesz mamka w szoku, jakby jej powiedzieć prawdę, to zaraz na policję by zadzwoniła i jej syn jakby tylko wyszedł ze szpitala miałby powtórkę z rozrywki.
- Bis przekopkę!
- Albo kosę by mu ożenili, oni wiesz tam bardzo szarmanccy są. No i sam powiedz ja mam jeszcze takiego człowieka bić, za to, że poszedł w tany z moja byłą?
- A ona go chciała czy on ją?
- Siedzieliśmy kiedyś, na placówie, pożarci już na maksa, I tak sobie już wszyscy żartowali ja już miałem szczerze wszystko gdzieś, machnąłem ręką. I wtedy Walery wystartował do Roksany – Sypiesz się czy trzeba z tobą chodzić? A ona na to. – To zależy, z kim, jak i dlaczego. Zobacz, jaka wyrachowana!
- Mają tysiąc szans, mogą wiecznie trwać!
- Wiesz, w zasadzie, to ja im dobrze życzę. Walerian ma większe możliwości finansowe niż ja, może będzie jej wierny? No, bo w moim typie ona nie była, pewnie w przyszłości ja bym musiał tyrać, a Roksana chciałaby mieć profity, a mi jakieś sianko też się należy.
- No jak każdemu!
- Dzieci nawet mógłbym mieć, ale wszystko zależy od warunków w kraju. Jak będzie lepiej, kto wie, a jak gorzej, to za robienie dzieci za nic nie będę się brał!
- Po mojemu to lepiej się uczyć, bo wszystko inne rozmywa się w „X” lat!
- Ja widzę, to inaczej lepiej mieć Harvarda i odpuścić trzaskanie pajacyka. No, bo co narobię dzieci, a potem gdzie one pójdą na śmietnik? Zamiast piąć się, spadną w dół?
- A ten twój przyjaciel, kiedy bierze ślub?
- Moja eks-teściowa mówi, że za trzy miesiące jak Roksanka skończy 16 lat! Bo wiesz, było nie było, jest trochę załatwiania; Zapowiedzi, kartki ze spowiedzi, obrączki, dziecko w drodze, tymczasowe dowody osobiste…

sobota, 15 września 2007

Wszelkie Formalności

Pochówki najlepiej organizować przez firmę komunalną, pod nadzorem gminy. Jeżeli kupisz trumnę z tych droższych, to z tego, co masz przyznane na pogrzeb nie zostaje prawie nic! Wedle kosztów nie ma możliwości manewru. W mediach natomiast mówi się, że za skórę bierze się około 1600 zł. Jakby nie patrzył nie mieści się, to w rachunkach. Firmy muszą działać wedle jakiś działań poza prawnych.
Najpierw dostałem zlecenie pochowania wuja, był alkoholikiem nabawił się przez, to aldshaimera. Jego żona w tym czasie miała poważne problemy trawił ją nowotwór. Wuj jako pacjent szczególnej troski przebywał w hospicjum. Technicznie, w takim zakładzie nie dzieje się dobrze. Na każdy posiłek karmienie poważnie chorego, trzeba poświęcić około godziny! Nieliczna obsługa nie jest w stanie cierpliwie podejść do poszczególnych przypadków. Ludzie zarabiają tam po 700/800 złotych. Nie ma motywacji, ani możliwości żeby opanować sytuację w przepełnionej placówce.

- Niesienie krzyża 100 złotych!

Wujek Stach wytrzymał w hospicjum półtora miesiąca. Nie było ciekawie, miał bule brzucha, nic nie jadł! W pewnym momencie zapytałem się pielęgniarek czy on w ogóle się wypróżniał? Nie zauważyły, nie było okazji, przez dwadzieścia dni chory wije się z bólu i nikt nic nie wie, dlaczego?

- Taka umieralnia, taśma do momentu śmierci!

Wujka Staszka wizytowałem tylko ja, cała rodzina nie miała na to ochoty, być może nie czuła się zobowiązana. Kiedy przychodziłem do hospicjum wujek mimo tego, że był jak warzywo, uśmiechał się, ale były i momenty, kiedy, to wyładowywał na mnie gniew, chwytał mnie wtedy za barki, mścił się, za to, że cierpi w zamkniętym oddziale. Nie był łatwym pacjentem, buntował się, walczył, pluł i szczypał! Jego intelekt prawie nie funkcjonował, aż przyszedł czas, kiedy zanikł mu odruch połykania, obsługa dawała mu wtedy sondę.

- Dać komuś kwotę za opiekę?

Dopóki była stabilizacja czułem się zadowolony, byłem przy nim po kilka godzin dziennie, w między czasie sygnalizowałem ciotce, aby finansowo uregulowała sprawę przyszłej pielęgnacji nad mężem. Nie chodziło o łapówkę, ale zwyczajnie legalne rozwiązanie. Ciotka wiedziała, że wszystko nie idzie jak trzeba. Sama była ciężko chora, z drugiej strony miała żal do męża, za to, że nieustannie pił, stosował przemoc od momentu ślubu, do pojawienia się choroby. Staszkowi, jak powiedział lekarz: - Alkohol zżarł mózg!
- Ludzie nie chcą odwiedzać umierających i chorych.

W hospicjum panuje ponura atmosfera. Wielokrotnie pognębiony sytuacją czułem ogromny smutek i bezradność, oglądanie umierania zmienia człowieka! Na pięćdziesiąt osób leżących w zakładzie, dziennie było odwiedzanych trzy/cztery!
Ciężko mi było, być może, to ja przyspieszyłem zgon wuja. Zasugerowałem przecież pielęgniarkom, żeby podać mu ziołowy lek na przeczyszczenie. Tak też się stało, środek zadziałał, ale cztery dni później wuj źle się poczuł, a następnie zmarł!

- Rodzina do końca zachowała dystans!

Moje pełnomocnictwo obejmowało, nie tylko opiekę, ale i zorganizowanie wszelkich formalności związanych z pochówkiem.
W dwa dni trzeba było załatwić akt zgonu, pogrzebówkę w Zusie, rozmaite upoważnienia. Trumnę zamówiłem dębową za 1200 złotych, krzyż za 100, mycie ciała za 300! Z tym przygotowaniem zwłok nieboszczyka do pogrzebu zachodzą pewne komplikacje, drużyna odpowiedzialna za te zadanie woła sobie, dodatkową stówkę do kieszeni. Wystarczy jedno spojrzenie na wykonawców, aby zrozumieć, na co idą te pieniądze.



- Transport zwłok wchodził w koszta meykapu!

Praktyczna porada! Jeśli ktoś ma zamiar otworzyć trumnę podczas ostatniej ceremonii, niech nie żałuje wspomnianej stówki, bo w innym wypadku widok nieboszczyka może przerazić na całe życie!
- Potem jest noszenie trumny, do wykopanego dołu.
- Druga praktyczna wskazówka! Co wybrać, czy tradycyjny system chowania, czy novum, czyli „system śląski”, bez zasypywania dołu przy rodzinie? Jeżeli zdecydujemy się na wariant łagodniejszy, z układaniem kwiatów na kraty, to proponuje po około piętnastu minutach, powrócić na miejsce pochówku, by zobaczyć jak robota została wykonana. - W moim przypadku przez zbagatelizowanie sprawy, musiałem sam łopatą uformować mogiłę!
Ceremoniał przegalopował rutynowo, ksiądz bardzo się spieszył, nie tylko ja miałem wrażenie, że jest nie tak jak być powinno. Dobrze jest, więc zdyscyplinować i duchownego.

- Jeśli chodzi o kwiaciarnie.

Tu nie można również odpuścić! Każdy pragnie zebrać swoje żniwo. Żeby na grobie nie pojawiły się zwiędłe badyle zamiast kwiatów, za które słono się płaci, w żadnym wypadku nie można na wstępie płacić całej należności. Dobrym rozwiązaniem jest zaliczka, która automatycznie daje motywacje do uczciwości. Tych zagadnień jest bez liku, najczęściej w momencie traumy darujemy hienom fory, nie chcemy się wadzić, nawet w przypadkach, gdy dochodzi do zamiany trumny; to znaczy, płacimy za droższą, a dostajemy tańszą!

- Poczęstunek, warto czy nie warto?

Stypa odbyła się w bardzo dobrej atmosferze; to znaczy daleka była od traumatycznego modelu katolickiego, gdzie wszyscy są klasycznie zdołowani. Koszta imprezy, to 30 złotych za bardzo dobry obiad plus ciastko i napój na jedną osobę. Dziś restauracje prześcigają się z ofertami, można zbijać cenę, targować się, posiedzieć przynajmniej z pięć godzin.

- Informacja też kosztuje!

O śmierci swojego męża ciotka Anna dowiedziała się ode mnie. Nie mogła być na pogrzebie, z powodu poważnej operacji w związku z rakiem jelita grubego. Po zgonie wuja Stacha, Anna myślała, że zaczyna nowe życie, wolne od ucisku, zniewag i tego wszystkiego, co było koszmarem przeszłości. - Co ciekawe? Lekarze i rodzina, przez cały czas choroby, utrzymywali ją w niewiedzy. Najsmutniejsze jest, to, że ja sam starałem się umiejętnie dawkować nieprawdę, kreując przed umierającym człowiekiem optymistyczne wizje.
Z ciocią przez całe życie miałem bardzo dobre relacje, traktowała mnie wyjątkowo, ujrzała we mnie bratnią duszę, nie miała swoich dzieci.

- Propozycja!

W przeszłości wielokrotnie proponowała mi pewnego rodzaju ofertę. Chciała, abym, hipotetycznie opiekował się nią i jej mężem, kiedy zajdzie taka potrzeba. Otrzymałem wniosek przejęcia jej całego majątku to jest siedemdziesięciu tysięcy złotych w zamian za deklarację.- Odmówiłem! Rozumiałem, że nie mogę być cwaniakiem, który podejmuje zobowiązanie, a z drugiej strony, nie jest skłonny poświęcić swojego życia dla osoby chorej na aldshaimera. Oczywiście, mogłem ruszyć głową, w wyrachowaniu układać scenariusze, ale, to byłoby wstrętne. Ciotka Anna była zaskoczona, w ten sposób nabrała do mnie jeszcze większego zaufania.

- Z rodziną, za Pan Brat?

Toczyłem batalię o ciotkę, podobnie jak w przypadku wuja, każdy dzień życia przecież ma sens. W rozmowie z ordynatorem, uzgodniliśmy, że w zasadzie można jeszcze spróbować szczęścia w klinice. Jednak w tym zagadnieniu spotkał mnie nieoczekiwany opór ze strony rodziny! Miałem problem etyczny, krewni uważali, że tego rodzaju pobyt, to spory wydatek pieniężny, a przy tak złych rokowaniach, nie ma najmniejszego sensu uruchamiać całego procesu opłat z tym związanych. Byłem zdruzgotany, milczałem, nie mogłem powiedzieć Annie, co się dzieje, jaka jest jej realna sytuacja, jakimi zawodnikami są jej bliscy.
- Choroba postępowa.

Mówili tak: - Aniu! Lada dzień wyjdziesz zdrowa do domu! Trzeba będzie się leczyć, choroba ustanie. Nie ma powodu się martwić, podróżować po klinikach, Warszawach, Wrocławiach…, przechodzić niepotrzebne operacje! - Najgorsze, że ciotka w te opowieści naprawdę uwierzyła. W praktyce oznaczało, to przegraną, zaniechanie alternatywnych rozwiązań walki z rakiem finansowanych przez Unię Europejską. Były też i jej pieniądze, wszystko można było rozegrać inaczej.

- Bez łapówki, to Makabra!

Chora trąciła logikę, w tym czasie ponownie proponowała mi przejęcie kwot pieniężnych i mieszkania. - Odmówiłem!
Apelowałem do krewnych, że w tym szpitalu, bez łapówki jest trauma! Nie chcieli słyszeć, że bez datku do kieszeni nic nikogo nie interesuje. Opowiadałem, na co żaliła się ciocia. Postulowałem - Trzeba dać ordynatorowi z dwa tysiące i ciotka będzie traktowana jak księżniczka!
- Być jak oddział intensywnej terapii!

Zwłoka spowodowała, że ciotkę chciano już wypisać ze szpitala. Osobiście zostałem wezwany przez ordynatora na konsultację. Ten prosił mnie, aby poddał się nietypowemu szkoleniu w zakresie pielęgnacji pielęgniarsko-lekarskiej nad bliską osobą. - Nie łapówka, tylko interwencja wysokiego urzędnika państwowego spowodowała zmianę diagnozy, nie zostałem lekarzem, biała służba przestraszyła się konsekwencji.

- Polski folklor!

Pieniądze od ciotki, których nie chciałem, przejęła jej siostrzenica
Umierająca była już w zupełnie innym świecie, całą noc wyła z bólu, gdyż środki przeciwbólowe wedle prawa, przysługują pacjentom tylko po operacji! – VIP nie wytrzymał i interweniował! Zdecydowano, że osoba, która jeszcze parę godzin temu miała być wypisana do domu, idzie na stół operacyjny. Za pieniądze chorej kupiono środek na przeczyszczenie przed operacyjne. Ciotka jednak miała schorzenie korelujące z przeciwwskazaniami tego leku. Lekarze i obsługa nie zwrócili na to uwagi. Można cierpieć, wyć z bólu, z partaniny i warcholstwa, nieodpowiedniej diagnozy.

- Skóra kosztuje 1600 złotych!

Operacja była tylko środkiem doraźnym, rak w krótkim czasie przerzucił się na trzustkę po trzech miesiącach Anna umarła! Wiele zrozumiałem, zdobyłem doświadczenie, dopiąłem pogrzeb na amen. Ciocia była osobą uduchowioną i religijną, często dawała datki na kościół. Taki paradoks, w zaradności można wszystko dobrze zorganizować, być w porządku, jednak inni potraktują, to jak padlinę! - Ksiądz przeprowadził ceremonię bardzo obcesowo, w znacznie większym pośpiechu niż w przypadku wuja. Wszystko było dla niego anonimowe; rodzina, denat, ale nie pieniądze! W takich chwilach ludzie pokazują swój prawdziwy charakter. Każdy gest jest ważny, nawet sposób chwytania otrzymanego banknotu do ręki. Dobrze widać, co energię danego człowieka porusza. Najlepszym przykładem jest moja krewna, która w całości przejęła spadek, bez cienia zażenowania od majaczącej osoby. Szukuje się nowa historia rodzina będzie chodzić do sądu.

-Ładny wieniec kosztuje 400 złotych z hakiem,
wykup miejsca na cmentarzu 600,
sprawa sądowa 10 % od kwoty sporu!

środa, 5 września 2007

Bunkier

W Skierniewicach, mieszkaliśmy na ulicy Poniatowskiego. Gdy wybuchła wojna ojciec mój dostał kartę mobilizacyjną i ruszył do walki z Niemcami. Działania nie trwały długo, Armia Polska cofała się pod naporem hitlerowskiej machiny, przesuwała się na wschód, tam była rozbrajana przez Sowietów. Ludzie nie wiedzieli jak reagować, chcieli się bić, ale nie było szans, aby cokolwiek pozytywnego rozstrzygnąć. Mój ojciec podjął dobrą decyzję, nie zaufał jak inni Rosjanom, przekonującym, że polskim żołnierzom krzywda się nie stanie. Gdyby nie ten fakt nie byłoby ojca, tylko wspomnienia z Syberii, łagrowe listy czy wykopany ze zbiorowej mogiły guzik z orzełkiem. Bolesław, podjął ucieczkę. Jego powrót do domu trwał kilka tygodni. Polska była już pod okupacją, nie można było poruszać się w dzień i w żadnym wypadku w mundurze wojskowym. Nocą było o wiele lepiej, kilkaset kilometrów trwała wędrówka lasem i polami. Mama była bardzo zadowolona, kiedy jej mąż zjawił się w domu. Dom nasz stał na pagórku osiemdziesiąt metrów od rzeki Łupi. Na całą sześcioosobową rodzinę przypadała jedna izba z kuchnią. Niemcy byli już u nas na początku września, opanowali miasto, wehrmacht zajął polskie koszary, zaczęło się panowanie nazistów. Życie się skomplikowało, ale nie na tyle żeby ludzie nie mogli przyzwyczaić się do nowych warunków. W naszej izbie przez całą okupację żołnierze niemieccy byli dwa, trzy razy. Nawet trudno mi to odtworzyć Byłem dzieckiem, biegałem po podwórku, a ojciec z matką odpowiadali na rutynowe pytania Niemców. Żyło się biednie jedynym karmicielem był ojciec. Czasem trochę żywności otrzymywaliśmy od dziadków; mleko krowie, jabłka z sadu. Na co dzień jedliśmy ziemniaki, kaszę jaglaną, prażuchę – ziemniaki mieszane z mąką, maczało się też chleb w oleju z cebulą, a na śniadanie bardzo często była maślanka. Ojciec pracował dorywczo, prace na budowie, porządkowanie miasta. Gdy były bombardowania robota ustawała, cała rodzina żywiła się wtedy obierkami ziemniaczanymi. W szkole uczono nas niemieckiego, ale mi to nie wchodziło do głowy, świadectwa wydawali po niemiecku i polsku. Potem zorganizowano tajne nauczanie i tam nas rodzice posyłali. Byłem dzieckiem wojny, kiedy nastała okupacja miałem trzy lata, okres mojego rozwoju przypadł w nieciekawym czasie. Jednak, dobrze wspominam momenty, kiedy, to biegaliśmy po łąkach, podwórku,kąpaliśmy się z kolegami w Skierniewce. Chodziło się też z ojcem na raki i ryby; środowisko nie było zniszczone, ryb było więcej niż teraz. Ciepłą porą biegało się na bosaka, zimą trzeba było na nogi zakładać trepy, to nie była wygoda, trzeba było umieć w tym chodzić, buty mieliśmy tylko od święta, czy do szkoły. W pobliżu Skierniewic w kompleksach leśnych działała partyzantka. Niemcy nie byli zadowoleni, gdy złapali kogoś, urządzali niesmaczne widowisko. Do dziś pamiętam szafot ulokowany w centrum rynku, pięciu mężczyzn wiszących na szubienicy, z jakimiś kartkami pod spodem. Ludzie patrzyli na to ze smutkiem, hitlerowcy niemal na każdym słupie informowali o bandytach i wywrotowcach. Panował strach, większość starała się nie politykować, trzeba było przetrwać, utrzymać przy życiu rodziny. Czy była gwarancja? Słyszało się, że całe Skierniewice, miały zostać eksterminowane, skończyć w lesie, albo w obozie koncentracyjnym. Sytuacja była typowo na przetrzymanie. Okresy biedy przeplatały się z okresami względnego „dobrobytu”. W lecie, jak w naturze, panowała obfitość. Ojciec polował na dzikie kaczki, przynosił mąkę na chleb z młynu, w którym dzięki Bogu dostał pracę. Zimą przez całą okupację wykluwała się we mnie gruźlica. I tak miałem szczęście, bo dużo dzieci umierało z niedożywienia i braku witamin. Kiedy leżał śnieg, nasze menu składało się z chwytanych przez ojca wróbli, gołębi, kawek, a czasem i dzikich królików? Mama robiła, co mogła, aby ugotować dobry rosół z gołębia. Po śmietnikach nikt nie grzebał, nic w nich nie było, a i ludzie woleli iść coś złapać, pokombinować. Umieralność wokoło była duża, w wielu rodzinach często nie było obiadów, chowano dorosłych i dzieci, u nas na szczęście nikt nie zmarł. Inaczej było z ojcem. Właściciel młynu, u którego pracował mój ojciec, miał wielki kłopot naraził się Niemcom, wedle ich paragrafów zasłużył na karę śmierci. Śledztwo było tak prowadzone, aby jak najszybciej doprowadzić sytuację do końca. Konopacki był zrozpaczony, prosił mojego tatę, aby ten winę wziął na siebie, bo w jego wypadku zachodzi możliwość, że Niemcy z racji na posiadanie licznej rodziny, darują mu życie. Ojciec był w szachu, bał się, że straci pracę, dochód na rodzinę, myślał, aż w końcu zgodził się na propozycję młynarza. Najszybciej jak mógł zgłosił się do hitlerowskiego urzędu i całą winę wziął na siebie, przyznawał się do wszystkiego, co mu zarzucano, Niemcy uzyskali, to, co chcieli zamknęli go w więzieniu. Kiedy mama dowiedziała się o wszystkim, wzięła wszystkie swoje dzieci I poszła na gestapo wstawiać się za mężem. Bolesław został skazany na karę śmierci, Eugenia prosiła „nadludzi”, aby darowali tacie życie. Pamiętam jak przechodziliśmy, kładką przez rzekę w kierunku miejsca gdzie stacjonowali hitlerowcy. Matka powoływała się na nas, na to, że bez mężczyzny sama sobie nie poradzi z utrzymaniem dzieci przy życiu. Mama była mądra, wzbudzała litość, była stanowcza i racjonalna, wiedziała, że trzeba próbować, że nie wszyscy Niemcy byli do końca źli. Tak, to oczywiste, są ludzkie kanalie, ale są i ludzie, którzy mimo wszystko potrafią wczuć się w sytuację. Ostatecznie za sprawą tych próśb ulegli, mama wynegocjowała kompromisowe rozwiązanie. Przed ojcem pojawiła się szansa życia, Niemcy w bardzo krótkim czasie oczekiwali z jego strony rekompensaty poprzez pracę. Tato miał wybudować w ciągu kilku dni bunkier, o rozmiarach średniego garażu. Trudno powiedzieć, do czego okupantom był potrzebny ten schron, ale miał on w większej swej części być pod ziemią i tylko nieznacznie wystawać ponad powierzchnie. Ojciec pracował sam, dniem i nocą bardzo się przejął sytuacją, robił, co mógł, aby oddalić od siebie wyrok, nadludzkim wysiłkiem wywalczył dalsze życie. Ojciec do domu przyczołgał się stękający, był pobity i posiniaczony, na plecach miał pręgi, leżał jeszcze przez jakiś czas, aż wrócił do zdrowia. Znowu jedliśmy króliki, ryby, kawki, i gołębie. Konopacki był bardzo szczęśliwy, wdzięczny i zadowolony. Tato wrócił do swojego pracodawcy i zawsze był traktowany jako szczególnego rodzaju pracownik. Konopacki, zatrudniał tatę przez całą okupację i jeszcze rok po wojnie, do momentu, gdy rodzina zaczęła podejmować inne decyzje. Od młynarza mieliśmy mąkę, kasze jaglaną, w takich ilościach, że starczało nie tylko dla nas, ale i dla pozostałej rodziny. W tym czasie nikomu się nie przelewało, ale od czasu pobicia ojca sytuacja się poprawiła. Można było biegać na bosaka po trawie, ściernisku, korzystać z beztroskich lat dzieciństwa.
Pod koniec wojny w 1944 roku ojciec naraził się Niemcom drugi raz! Sprawa była poważna, groziła za to czapa dla całej rodziny. Tato, jak każdego dnia wracał z pracy, w pewnym momencie dobiegły do jego uszów jęki dobiegające z kierunku nasypu kolejowego. Kiedy zaciekawiony, podszedł bliżej, okazało się, że natrafił na uciekinierów z transportu Warszawa – obóz koncentracyjny? Bobowicze, byli wywożeni zaraz po upadku Powstania. Mężczyzna był w pełnej kondycji, ale jego żona, przy wyskakiwaniu z pociągu, poważnie złamana nogę. Ludzie ci byli w wieku około trzydziestu lat, mogli jeszcze wiele znieść, jednak trzeba było im pomóc. Ojciec w dzień mógł im tylko zanieść koce i ubrania. Natomiast nocą Bobowicze zostali przyprowadzeni do naszego domu. Ułożono ich na siennikach, do końca okupacji obowiązywała nas tajemnica. Nikomu nie można było mówić, że mamy w domu gości.
Małżeństwo zżyło się z nami, było im u nas dobrze, rany się wygoiły, a w pewnym momencie Niemcy odeszli powodowani strachem przed nadciągającymi Rosjanami.
Osiemnastego stycznia 1945r. W naszym domu pojawili się czerwonoarmiści, Skierniewiczanki, nie mogły liczyć na pobłażanie, chroniły się w tym czasie jak partyzanci w lesie, trzeba było unikać gwałcicieli. Rosjanie okradli nas z różnych rzeczy, po szafkach grzebali. W mieście dochodziło wręcz do anegdotycznych zawłaszczeń, tak było z krową, która najpierw ukradziona, potem sprzedawana za bimber gospodarzom, ponownie przechodziła z rąk do rąk, dopóki żołnierze frontowi, nie ruszyli w dalszy bój. Z ich odejściem sprawy się znormalizowały. Kobiety mogły już wrócić z leśnego spaceru. Ktoś inny musiał uważać. Fala gwałcicieli rzuciła się na zachód
W Skierniewicach mieszkaliśmy jeszcze dwa lata, potem etapami praktycznie cała nasza rodzina przemieściła się z Polski Centralnej na Dolny Śląsk. Bobowicze, którzy byli u nas przechowywani, skusili ojca żeby zamieszkać w Jeleniej Górze. Później pojechaliśmy tam wszyscy. Małżeństwo, któremu wyszliśmy na przeciw, okazało się nie do końca wdzięcznym, mieliśmy z nimi wiele problemów. Bobowicz, rozwiódł się w końcu ze swoją żoną, z którą dotknął niemal spraw ostatecznych, szybko znalazł sobie nową małżonkę mówiącą po niemiecku. Ci ludzie nie nauczyli się niczego ze swoich ciężkich doświadczeń, a przecież wieźli ich do obozu!