czwartek, 6 grudnia 2007

Zasłona Dymna

Cóż za lud dziwnie jedyny!
Cóż za orłowe postaci!
Niedarmo drżały niziny
Szepcące o nich:”skrzydlaci”...”
[W. Orkan]

Wiele lat temu podczas pobytu w Tatrach wybrałem się wraz z towarzystwem na Orlą Perć, to nie był mój pierwszy raz! Założeniem było przejście uzupełnienie odcinka od Koziego Wierchu do Przełęczy Krzyżne. Nic innego jak turystyczna ambicja. Naszą bazą noclegową, było schronisko imienia Ludwika Zejsznera. Mimo braku komfortu było wspaniale. - Często przy wspominkach lubimy koloryzować, wypierać, to, co niegodne pamięci, a z czasem mówić o przeszłości jak o mitycznej idylli, w której realizowała się nasza młodość, zamazując narrację w jeden bezwarunkowy czas naszej sentymentalnej tożsamości. - W schronisku jak zawsze panował tłok, spaliśmy, więc na podłodze, to pewnego rodzaju egzotyka, ale bez przesady, już będąc nastolatkiem sypiałem w czasie rozmaitych podróży, a to pod kasą kolejową w Krakowie, a to w lesie gdzie wyściółką legowiska były gałęzie świerku... Pogoda wiadomo w górach zwłaszcza w tych wyższych raz w porządku, innym razem nie pozwala wychylić głowy przez kilka dni. Stan taki może być niekorzystny, kiedy nasze zapasy żywnościowe, nie maja przewidzianej większej rezerwy. - Bufet schroniskowy do tanich nie należy, patrzyliśmy, więc na to jak za oknem pada deszcz, jak w środku izby turyści napychają się fasolką po bretońsku, flakami z olejem czy jajecznicą na bekonie. Jeśli chodzi o sanitariat, każdy miał w tym miejscu przeboje. Po otwarciu drzwi ustępu, następował szok trzeba było wypionować się na piętach i krokiem Pinokia podążyć po zalanej moczem posadce, aż do ściany płaczu, zżartej przez ogromnego grzyba. Kuśtykało się na bezdechu, sznurówki nie mogły być luźne, niczego nie można było dotykać!

Po kilku dniach wreszcie pogoda, słońce rozświetliło Dolinę Pięciu Stawów Polskich, na, tyle, że wszystko, co marne poszło w niepamięć. Nawet próbowałem, ten sposób myślenia, związany bardziej z nastawieniem na naturę niż cywilizacje przeszczepić obcokrajowcowi, który biedny przeskakując z nogi na nogę, prosił mnie o pomoc, abym zdradził mu gdzie ukryte jest miejsce, w którym będzie mógł zaznać ulgi. W lesie, w kosówce – In the forest! - Odpowiedziałem. Nie mógł pojąć, w czym rzecz. Potem na werandzie widokowej schroniska podszedł do mnie z uśmiechem i potwierdził, to, co wcześniej próbowałem mu uświadomić. - Yes Dablju Si in the forest! Odkrycie Ameryki! Ale tego nie wie się od razu, nie dowiemy się o tym z katalogów reklamujących Polskę.

Jest cale multum ikon wskazujących na idylliczność rzeczywistości. Każdy z nas rozpycha się rękoma i kopie nogami, bo ktoś-coś tam obiecał! Zapewniano – Bądź z nami, opłaci się! Rozwiniesz się, zaznasz bezpieczeństwa, firma ciebie potrzebuje, grupa kocha. Tyle jest możliwości, można podnieść kompetencje, uczyć się, wdrażać w czyn nowe projekty. Państwo pomoże, kościół wesprze, partia wylansuje... Jak w poradniku zwiedzamy wodospad Siklawę, będzie i czas żeby pójść w górę, wierze w to, wyciągam rękę, na tle dłoni widzę szczyty Granatów. Czemu nie miał bym skorzystać? Przecież, to pikusie, teren turystyczny, trudności w skali tatrzańskiej dwa no góra trzy, żadnych lin, łańcuchów, nie trzeba, chodzi o czystą satysfakcje bycia na grani. Przecież coś człowiekowi od życia się należy!

Przybijam pieczątkę schroniska Nowa Przetoka. Mam plecak, wrzątek za darmo, jeśli trzeba będzie odremontuje się przed wizytą ulice, wymaluje trawnik na zielono, chwyci za bron, żeby sobie w patriotycznym uniesieniu pobaheterować. I wreszcie odpoczynek balanga przy butelce wódki. Karnawał z maskami na twarzy jak w rozkładówce playboya, ksiądz, pop-dyrektor, pastor czy przewodniczący, wszyscy jak jeden mąż, trzeba dawać ciała żeby żyć. Mgła pobratymców!

„... gdzie księżycową nocą,
Cień śpiących Tatr długą się smugą kładzie.
Gdzie blaski mdłe na jezior tle migocą.
A iskier pęk na srebrnej gra kaskadzie!”
[L. Rydel]

Żeby iść w górę do celu, po to tu przyjechaliśmy, później wrócimy do miast, do cywilizacji, powspinamy się jeszcze w Kluczowodach i Bolechowicach, wywołamy zdjęcia, coś z niczego się narodzi. Maniek cóż, odpadł, zarżnął się piwem, odparzył nogi, a przecież już się klarowało. Tyle jego, że ujrzał Wielką Niedźwiedzicę, tuż przed jej zgonem, przenosinami z Tatr do Gucwińskich, osierocone potomstwo, które później błąkało się po Wrocławiu. Do góry marsz! W stronę Przełęczy Krzyżne, podzieliliśmy się na dwie grupy. Ekipa pierwsza trzy osoby maszerująca bezpośrednio w stronę przełęczy i ja solo udający się w stronę Koziego Wierchu, a stamtąd przez Granaty do Krzyżnego. Było nie było wszyscy czuliśmy się pewnie.

To względne uczucie, kiedy człowiek myśli, że jest tak jak być powinno. Chcą nas, kochają, lubią, dają szanse, nic tylko brać! Frajer by nie korzystał, albo leń, który nie chce kiwnąć ręką. Robota, kariera, płaca godna kompetencji, dobre społeczne relacje, przydatność. Wszystko jak wyświetlają w reklamach, pełne zaufanie, emerytura, ochronka. - Tyle można! Ten, kto się waha potknie się o sznurówkę i padnie twarzą w posadzkę przed ścianą płaczu. A jest do licha i trochę! - Pracownia filmowa, rzeźby, pionier misji globalnej, szkolenie na astronautę, oprawianie obrazków z Maryjką, luksusowe warunki pracy, a nad wszystkim trzyma dozór kompetentna kadra kierownicza. Wejście pod Kozi Wierch od strony Doliny Pięciu Stawów, to nic szczególnego, nie było wiec żadnej rutyny, w samotnym wędrowaniu. W życiu nie wszystko robi się razem? A może ja tak myślę, a większość woli masówkę, wycieczki nad Morskie Oko liczące sobie 666 uczestników? Każdy musi wybrać, kiedy i w jakiej sytuacji razem lepiej czy samemu. Na wierchu przyjemnie, w dole schronisko, nad głową z wolna suną chmury, kozic jednak tu się nie zobaczy, za duży ruch, każdy przecież chce zaliczyć Orlą Perć, indywidualnie wpisać się w masowy rozgardiasz, taka moda trzeba być oryginalnym jedynym w swoim rodzaju. Znaki, szlaki i co tam jeszcze latanina w jedną stronę, zwiedzający giną, spadają w otchłań. Szarik zjada swoją kitę.

Granacka Przełęcz (2145) – W początku lata niebezpieczny śnieg. Zszedłszy nieco na stronę Doliny Pańszczycy wykonuję powietrzny trawers w urwisku Orlich Turniczek (2155) A potem przez spiętrzenie Orlej Baszty (2175)- idę szlakiem mijając wierzchołek.- Dobra pogoda zmieniła się w mgłę, widocznie jestem w chmurze? Brnę mimo wszystko dalej! Osiągam dwunastometrowy kominek i nim schodzę na Pościel Jasińskiego (2125). Trzymając się w pobliżu grani, perć prowadzi...?

Partia chce naszych składek. Skąd możemy wiedzieć, czy ci, którzy deklarują miłość i przyjaźń, nie potrzebują nas do zaspokojenia swoich potrzeb? Żaden folder informacyjny czy reklama nie oznajmi nam, że towar w sklepie jest wybrakowany, że prezes firmy wykorzystuje pracowników, nie płacąc im na czas. Kapłani oczekują zaangażowania, abyśmy ślepo wierzyli w ich słowa, płacili myto na ich potrzeby. Wszystko jest wybiorcze, pomoc doraźna, wyrachowana. Pomagacze, chcą profitu. Stajemy się niewolnikami, bo ktoś kupił nas za mieszkanie, pracę, fantasmagorię kariery, później zakładamy powróz i jazda ciągnąc furę, w kondukcie żałobnym.

Nie ma wizji, nie ma celu, ktoś wrzucił w tłum racę, nie wiadomo gdzie jest północ, gdzie południe, ktoś się o nas obija, popycha. W płucach gryzący dym. Pełno tego, żeby nic nie było widać, trzeba wszystko ukryć, na zewnątrz i w środku. Szczerząc zęby dla niepoznaki, stajemy się kłamcami.

Wszystko na nic, grubo deszcz zacina. Nawet nie ma sensu ryczeć o pomoc, nikt by nie usłyszał. Wspięło się, pora zejść; po omacku, ale jednak! Najpierw przez półki, potem przez ścianki, żlebami? Intuicyjnie w stronę doliny, aż dojdzie się pod strzechę. - Chwilami pełno rumoszu. Przezornie, żeby nie skręcić nogi. Granit śliski! Zadanie dla rąk i nóg, zygzakiem w dół. Nic tu po mnie!

Wojtek Krzysiek i Robert, w schronisku, pewnie siedzą przy stole i jedzą gorący kisiel. Oni też poczuli dupnięcie. Szkoda Orlej! Żal Krzyżnego, tyle dni tu kiblowaliśmy i nic! Kiedyś się jeszcze spróbuje, nie można mieć pretensji do świata natury. - Jeśli coś będzie nie tak... W Szatanim Żlebie diabeł strzeże cennych kruszców rażąc śmiałków kamieniami! Po kilku godzinach marszu trafiłem na szlak schodzący z Przełęczy Krzyżne ku Nowej Roztoce. Byłem w domu, tęsknił mi się wrzątek i ciepło izby, w której snują się biesiady przy zapalonych zniczach. Byłem ciekawy, w jaki sposób pierwsza ekipa rozegrała scenariusz po przeciwnej stronie szlaku. Gdyby tylko chodziło o mokre ubrania.

W orlich opowieściach zawsze dobrze! Hardzi wyszliśmy z Doliny Pięciu Stawów, być może, dlatego, że wzlatamy odpada, więc chodzenie na piętach ku potrzebie! – Wiążę sznurowadła - Logo Zimowej Stolicy Olimpijskiej z wielgachnie długim nosem Pinokia.

Brak komentarzy: