wtorek, 17 czerwca 2008

Demony Pośredniaka

Wybiorę się tam na godzinę czternastą, żeby wysłuchać, że Powiatowy Urząd Pracy nie ma mi nic do zaoferowania. Jakby takich rzeczy nie można było załatwić przez telefon czy listownie. To niesmaczne mam dość słuchania opowieści, że w zasadzie wszystko można, ale tak naprawdę nic nie można! W prasie natknąłem się na artykuł, w którym pisze się o powolnej agonii Rzeczpospolitej. Prace jak prorokował globalnie Lem, dostają tylko ludzie z klucza – znajomi, rodzina! Wszędzie koteria i konsorcja. Społeczeństwo przechodzi przez etap socjalizacji sfiksowanej. Młode pokolenie traci czas na edukacje, podczas gdy stanowiska pracy w różnych sektorach otrzymają i tak innego typu „fachowcy” lub emeryci podwójnie ściągający pobory.

Dyrektorka z PUP, powie mi jak jej przykro, bo mam udokumentowany za mały staż bezrobotnego. Pytam się. W czym PUP może mi pomóc, żebym mógł mieszkać w Polsce? Mam przychodzić, co miesiąc do pośredniaka, stać w kolejce z ludźmi, jak ostatnio było pijanymi, dla których jedyną alternatywą pozostało znieczulić się narodowym narkotykiem i słyszeć pieśń. - Pan sobie poradzi; są ludzie bez wykształcenia, najpierw dla nich są kursy, dofinansowania!

Implikacja - Za rozum, ambicje,umiejętności, w Polsce jest się tylko karanym.

Tragikomedia, kiedyś w PUPIE jedna z pań socjolog, która, odpowiedzialna była za szkolenia i rozmowy, poprosiła mnie abym ja bezrobotny sporządził jej mowę dla pracodawcy, przemawiającego na targach pracy do młodzieży!

Nie pasuję pod żaden kodeks, jestem zdrowy, nie mam grupy inwalidzkiej, zawód kulturoznawcy w Jeleniej Górze, to zagrożenie dla tutejszych kaowców, no i najgorsze przez ostatnie pół roku nie byłem zarejestrowany jako bezrobotny.

Szkoda, że nie jest pan niepełnosprawny! Powiedziała ostatnio pani dyrektor! Czyli do PUP-y, nie mam, po co chodzić, przecież ubezpieczony jestem we własnym zakresie, więc
wystawanie w kolejce, po to żeby się tylko podpisać nie ma najmniejszego
sensu; ani mi tam pracy przenigdy nie dadzą, ani pieniędzy i w niczym nie
pomogą.

Stan agonalny w kraju cwaniaków?

Jeśli w najbliższym czasie sytuacja się nie znormalizuje wraz z żoną wyjeżdżam stąd oby jak najdalej, aby już nigdy tu nie wrócić, ale dziś nie ma lekko,dziś posłucham sprawozdania urzędniczego rodem z "Procesu” Kafki.
Wszystko jest użyteczne!

Plują nam w twarz paragrafami i lokalną bezwzględnością!

Znalazłem sobie z własnej inicjatywy skorelowaną z zawodem pracę, ale, co tam, muszę stanąć do apelu poległych, żebrać o pokrycie kosztów zatrudnienia. Nie mam szans! Trzeba czekać wiele miesięcy, aby nabyć prawa wedle paragrafu do 500 zł stażu.

Z racji, że moja sytuacja jest wyjątkowa pani dyrektor wręcza mi awans na miarę polskiej rzeczywistości.

HURA! Nie muszę już jak wszyscy stać w kolejce, mogę bezpośrednio podpisywać się w gabinecie dyrektorki, która będzie mi osobiście sprawdzać ogłoszenia pod kątem zawodowym. i życzyć wszystkiego dobrego w czekaniu do grobowej deski.

AMEN!

Ostatni Traper Rzeczpospolitej

Miałem sen, do ogromnego bloku mieszkaniowego podkradł się złodziej. Najpierw przeskanował wzrokiem okna, potem uniósł się w powietrzu jak balon i przez uchylone okno jednego z lokali wpłynął do środka. Wszystkie mieszkania o dziwo były opuszczone, złodziej miał łatwą robotę, przechodził od mieszkania do mieszkania, w ścianach były drzwi, które same się otwierały. Szabrownik był w amoku, po pewnym czasie rytm grabieży zmalał, z wolna następowało zażenowanie. - Czy jest tak jak być powinno? Nie ma ludzi, pełno jest przedmiotów, nic tylko brać do woli, ale gdzie są ludzie! Strach pojawił się nieoczekiwanie poprzedziła go determinacja, chęć ucieczki na zewnątrz, jednak nic z tego! Z tej budowli nie ma wyjścia, błądzi się po niej, aż do śmierci!


Na pomysł przejścia beskidzkiego szlaku GSB wpadłem podczas okazjonalnej wycieczki w Beskid Śląski. Głośno wówczas powiedziałem: a gdyby tak pociągnąć tę ścieżkę do końca i to zimą! Trzeba było czasu żeby się w tym temacie rozeznać, ale wszystko poszło swoim torem i tak rozeszła się wieść, że idę, że jestem w centrum, że kraj mnie obserwuje.
Pierwsze dni były krytyczne, pokusa by zrezygnować atakowała. Przykładowo: Pędzi wyciąg w górę obok człowieka, a tu trzeba wchodzić na Czantorię z 30-kilogramowym bagażem, w takich chwilach nie można pękać.

Jestem Kaszubem, ciągnie mnie zimą w góry. Lato jest czymś innym, wszędzie pełno ludzi miejskiego gwaru na szlakach. Karpaty to rozlegle pasmo, a w tym miejscu nie było mnie od schyłku lat osiemdziesiątych wówczas, gdy cały ten tabor świeżo był postawiony. Przebywałem, tu na waleta..., mam wyjątkowy charakter. Ówczesny właściciel postawił mi ultimatum, ale ja uparłem się przy swoim! Ze mną jest tak, że już jesienią główkuję, aby zacząć wędrówkę. Na pewno już nie wymyję cuchnącego piwem czajnika; to se już ne vrati, ale po 20 latach zadośćuczynię w inny sposób, znowu jestem w tym samym miejscu.

- Potencjalnie w tym samym, bo las urósł i już nie widać skał, a jeszcze dziesięć lat temu przebijało przez drzewa jak ktoś się drapał tam gdzie go nie swędzi.


Góry, to góry, skały są czystą gimnastyką podbudowaną narcyzmem napinaczy, prawda brzmi okrutnie, w Tatrach, większość z nich nie urobiłaby prostej drogi.

- Masz punkt odniesienia siedmiotysięcznik w Himalajach.

Trzeba już wracać W domu nie byłem od paru miesięcy, ludzie się dziwią, jak moja rodzina, to znosi, a ci co zdradzają drążą, jakie ja mam małżeństwo?

- Kupiłem płyn do mycia szyb w kominku.

W porządku, i myj zawsze jak szyba ostygnie, akumulator powinien jeszcze z tydzień pociągnąć, a potem dzwoń do Mariana.

- Nie miałem okazji go poznać?

Facet inteligentny dużo podróżuje, a tu pilnuje lasu nie dla niego praca w mieście.

- Ok. jak sprzęt siądzie, to dzwonie, ale co mi tam prądu potrzeba...

Sprawa ze zwierzakami. Póki, co karmy powinno im starczyć. Nandze możesz te suche bułki dorzucić do michy. Luny nie rozpieszczaj, bo za bardzo się panoszy.

- Mam alergię na sierść kota.

Tym bardziej, niech załatwia się w lesie, a nie do kuwety. Koty, to dranie, kiedyś w Beskidzie Niskim, rys mi zmoczył namiot, śmierdzi, do tej pory...

- Ciekawe.

Za bardzo nie synchronizuj dnia, bo licho obserwuje. Podam przykład idę do wioski, na zakupy do sklepu, a tu facet z lasu, z piłą spalinową wychodzi i powiada: Pan, to zawsze o tej porze, po piwo i bułeczki. Ty nie wiesz, że oni wiedzą!


- Co ma być,to będzie żywcem mnie nie wezmą.

Różnie ludzie reagują. Wojtek jak tu zostaje, zasłania okna ręcznikami i nasłuchuje czy aby ktoś nie nadchodził. Marian śmieje się z tego i mówi: po co wywoływać wilka z lasu, kiedy więcej jest tego całego gangsterstwa w mieście niż w przyrodzie. Pomyśl czy ktoś o wyśrubowanych materialnie ambicjach idzie kraść do lasu?

- Co tam strach jest jeszcze ktoś Ponad!

No, to dobrze, bo inni, boją się duchów. Całymi dniami i nocami samemu w lesie... Z własnego doświadczenia powiem, że ludzie nawet na zawal serca potrafią umrzeć, kiedy słyszą i widza rozmaite fantomy czy mgliste zjawy bliskich.

- Daleki jestem w tych sprawach od sceptycyzmu, każdego dnia coś próbuje upodlić człowieka, zdegenerować, uwstecznić!

Wyobraźnia i psychika plątają figle: strach przed odgłosami natury, wyciem wilków, ujadaniem saren, a nawet śpiewem ptaków.

- Hm!

Jest jeszcze Nanga, naturalny komunikator, szczeka i biegnie w las, gdy coś się dzieje podkręca atmosferę.

- Coś ty, lepiej z gryzlimi mieć do czynienia niż z bydlakami!

To prawda zwierzęta nie, a ludzie pewnie gdyby im pozwolić, to by się wzajemnie pozagryzali.

- Żeby nas to nie dotyczyło, żeby nic nikomu nie trzeba było udowadniać, rozkazywać, z nikim konkurować, ile to już człowiek stracił czasu i energii na te buraczane niuanse.

Trzeba mieć swoje Karpaty i plecak na ramieniu, to są inne tory. Śni ci się las, skały, krajobrazy. Nie trzeba tak pędzić, słońce wschodzi i zachodzi, to wszystko starcza, tyle dynamiki przynosi każda pogoda. Zwierzęta tym bardziej, każdy gatunek ma swoją witalność, wysoce komunikuje. Lekko słońce przygrzeje już mrówki wychodzą ze swoich kopców, para myszołowów mknie nad skałami, drozdy, kosy, sikorki, dzięcioły, grzywacze...

- W mieście nie ma zlituj, harpie i labirynt szczurów, żaden romantyzm.

W waszym regionie fakt widać brak gospodarności, ludzie piramidę gnoju koło domu stawiają. Chodzę, to widzę, cały Dziki Wschód tu zajechał, osadnicy dbają o Dolny Śląsk jak o dom robotniczy! Każdy fragment tutejszej rzeczywistości mówi o tych ludziach kim oni są.

- To prawda! Moi rodzice przyjechali w Sudety z Mazowsza, ale znajomych mam o rodowodach ukraińskich, niemieckich, białoruskich czy litewskich, tylko, że mało, kto jest w stanie się przyznać do starych korzeni, a z nowym otoczeniem, też się nie identyfikuje. Masz rację: Dom Robotniczy!

Ale co chcesz tu była Trzecia Rzesza!

- Paradoksalnie można nazwać ziemie wroga ojczyzną, tylko, że mój ojciec rodził się w Skierniewicach, a nie w Hirschberg. Wiec jestem czy nie jestem u siebie?

Dlatego preferuje Karpaty. W Sudetach ludzie nie tylko są na bakier z poniemieckim dobytkiem, ale i z naturą, ona nie jest dla nich do końca swojska.

- To są sprawy zawiłe, ziemie przyznane, a nie odzyskane. Ciągle śmierdzi tu swastyką, złożoność urasta, a z nią rozdarcie, poczucie braku tożsamości. Polska i Warszawa dla Dolno-Ślązaków to coś odległego, bliżej stąd do Pragi, Berlina, Bratysławy, Budapesztu czy nawet Wiednia.

U nas na Kaszubach jest inaczej. Ludzie to społeczność dbającą o region, tożsamość i otoczenie. Dla nas liczy się reputacja, ukradniesz coś, masz piętno złodzieja i to do końca życia. Jesteś niegospodarnym brudasem wszyscy ciebie palcami wytykają i nikomu do głowy nie przyjdzie stawiać na środku podwórka gnojowych kopców "Kościuszki".

- Niemcy, tożsamości wspólnej z nimi nie mam, podobnie jak z Warszawą. Zostaje mi tylko figura mentalna, zadanie domowe z zakresu multikulturowości.
Ziemia Babel! Trzeba stąd uciekać oszczędzić sobie dalszego widoku stojących od 60 lat ruin, nawet ekonomia człowieka do tego zmusza, żeby nie patrzeć już na to wszystko.


Emigracja, to nie jest łatwy chleb. Poszedłbyś do roboty na wysokościach, za sezon jest tyle pieniędzy, co inni maja w rok.

- Dzięki już pracowałem. W moim przypadku nie jest, to żadne rozwiązanie, emerytury z tego nie ma, podobnie jak z tego, co teraz tu robimy. Zamiast constans happeningu potrzebuje jak drzewa stojące w lesie spokojnego wzrostu i stałych jak w przyrodzie w miarę dobrych warunków, no i banalnie słońca, deszczu, gleby do życia...

Nie żal ci tych przestrzeni, krajobrazu...

- Wyobraź sobie, że wyrosłem z tego żalu!

Wiosna się robi, plotki mówią o wilkach w Górach Łużyckich, ruszę niedługo w Polskę: Lublin, Bieszczady, Warmia, Wejherowo. Latem na taborze nie idzie wypocząć, a i też bardziej opłacalna robota na mnie czeka. Trzeba szukać prostych rozwiązań, a nie splinu ciągłego marudzenia.

- Spadek bezrobocia, wiem coś o tym. Latem dużo więcej ofert niż w zimę. Wyjdzie lub nie wyjdzie liczy się poszukiwanie: dwojnica, fujara alikwotowa, drumla, a gdy nie pasuje ci akordeon, przechodzisz na didgeridoo, boli cię przepona spróbuj z gitarą, aż coś w końcu zaskoczy np. casting na 900-lecie Sarniej Łąki, wysłali mi e-maila, żebym na niego poszedł, dawali 300 sarnich funtów.

Staszek będzie chciał, to wszystko uruchomić.

- Nasz wspólny narodowy łabędzi śpiew.

Może wasz, my Kaszubi, nie stoimy bezradnie, gdy dom się wali działamy i to zaraz. Na tej zasadzie wykonałem obudowę piecyka, wyszlifowałem podłogę, zwiozłem kwiatki żeby było radośniej, na górze zamontowałem biurko..., Wszystko wykonałem z własnej nie przymuszonej inicjatywy!

- Tak, widzę i w pełni pojmuję...


*


Zima tego roku nie dopisała, wiosna zaczęła się tym, czego nie było zimą wszędzie mnóstwo śniegu. Czy doskwiera mi samotność, albo czy się nudzę, ani jedno ani drugie. Mam wrażenie jakbym znajdował się gdzieś daleko cisza, spokój, kot i pies żyją jak większość ludzi nie potrafi! A Staszek, to pleciuga, potrzebuje ludzi, ale pluje im w twarz. Wszystko może zwrócić się przeciwko człowiekowi, a potem przychodzi rozgoryczenie, poszukiwanie wady w samym sobie, wyszło źle, a tyle się starałeś, ale co tam, było minęło.

Co jeszcze pilnuję, uczę się języka, gram. Lunę pewnego dnia wystraszyły wałęsające się po lesie nastolatki. Minąłem ich w trasie, szli jak taran, prawdopodobnie byli pod wpływem jakiejś substancji, rozbijali butelki, łamali drzewa, i te decybele. Kot jeszcze młody doznał traumy, ale znalazł się po dwóch dniach cały i zdrowy, przyprowadzili go ludzie z Bobrowa/Boberstein.
Jedni ratują życie, inni je z pietyzmem niszczą. Mniejsze grupy ludzkie trzymają jeszcze fason, ale od ośmiu osób wzwyż zaczyna się ta niewidzialna granica, kiedy to z jednostek wykluwa się zbarbaryzowany tłum. Potrzebne są jeszcze Hitlery, Staliny, Pol Poty, Karadžicze.
Tak masa ma swą ciężkość, punkt krytyczny. Każdy ruch, gest, śmiech, a może raczej rżenie jest zapowiedzią przyszłej eksplozji.

Przyjechali robić wszystko jedno, co. Nie spoufalam się, nie wyrzucam w świat tego wszystkiego, o czym nie warto nawet wspominać. Ognisko płonie, goście szaleją, nie obchodzi mnie, co sobie o mnie myślą, nie obchodzi mnie ich opinia uśmiecham się i patrzę na to wszystko z pewnej odległości.

Jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze gorzej. W Staszku, też to siedzi, ta woda na młyn, rozkochał się w regule i do grobowej deski nie odpuści, już lepiej jest jak Zbychu być z plecakiem.

- Po drodze ze Stożka syf, breja śnieżna, roztopy i błoto albo lód. Mam wolne tempo przez to no i przez tego wora ciężkiego. Waży ponad 25 kg, w tył odchyla... Po drodze będę coś z nim kombinował... Pozdrawiam.

Samoloty w nocy pulsują światłami i wyją, marzeniem moim jest być w jednym z nich by stąd odfrunąć!

- Śpię w lesie za schroniskiem Przysłup pod Baranią Górą. Po drodze nadal syf, błoto albo lód.

Czym jest tutejsze pomniejsze jutro, nielegalną pracą, mieszkaniem w betonowych slumsach, przyjazdem Wojtka ostatniego cyklisty na horyzoncie świetlistego szlaku?

- Teraz mocno wieje, czasami tarmosi człekiem po ścieżce. Od hali Rysianki śnieg. Wczoraj pobłądziłem, straciłem godziny. Są zrywki drewna i zrywają razem ze znakami szlaku...
Na Rysiance spotkałem miłych ludzi. Obfotografowali mnie jak małpę i wyślą tobie na napieraj. I nie dramatyzuj jak nie ma kontaktu. Mi jest gorzej jak wieczorkiem nie mogę napisać.

Bartek i Ryś mają rację! Te słupki, podesty pod namioty, ulokowane tuż za ogniskiem, są jak cmentarz toborowych, kiedy przychodzi noc zombiaki z wolna podnoszą się z szeolu, niepostrzeżenie wchodząc w nowe ofiary. W latrynie też trzeba uważać, ludzie w to nie dowierzają zamiast wodnika Szuwarka mieszka tam duch taboru, nie dość, że straszy, to jeszcze śmierdzi, zwierzyna płowa szerokim łukiem instynktownie omija te miejsce, lecz ludzie wciąż brną po lamblie i owsiki.